Podróże, wakacje
Wakacje
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Hiszpania, Lanzarote cz.I - Wietrzna Diabelska Wyspa:) - porady, zwiedzanie i opis wakacji użytkownika piea.

Czerwiec 2013

Moja podróż na Lanzarote, to jak niektórzy już wiedzą, była zaplanowana dosłownie na kilka dni przed wyjazdem jako taki spontaniczny, babski wypad w gronie koleżanek, ale bez mężów (jak na babski wypad przystało) :), którzy z różnych powodów nie mogli z nami jechać.... :)).

Więc kiedy już zaświtał nam w głowach pomysł na babskie wakacje, we trzy umówiłyśmy się na jakiś fajny wyjazd typu last minute. Na początku brałyśmy pod uwagę głównie Portugalię, a zwłaszcza region Algarve, potem pojawiła się opcja, że może jednak polecimy na Rodos... albo może Sycylia?

I tak buszowałyśmy po tych ofertach, ale zawsze coś którejś z nas nie pasowało: a to któraś już tam wcześniej była, a to cena była za wysoka, a to hotel za duży, a to znów za mały, a to za daleko od plaży, a to bez opcji all inclusive, za którą mocno obstawały moje współtowarzyszki podróży, i tak szukałyśmy... i szukałyśmy...., aż w końcu padło na Lanzarote, która szczerze mówiąc nie była wcześniej jakimś specjalnym obiektem moich podróżniczych marzeń, tzn. brałam ją oczywiście pod uwagę, jako, że wiedziałam, że jest zupełnie inna i dość ciekawa, ale była zawsze gdzieś w drugiej dziesiątce na mojej tajnej „podróżniczej liście” :)).

No ale w końcu klamka zapadła, bo w innym razie szukałybyśmy jeszcze ze dwa tygodnie, aż by nas w końcu wakacyjny tłum już zastał; zapakowałyśmy więc co trzeba, wycałowałyśmy na pożegnanie naszych kochanych i baaaaardzo wyrozumiałych mężów :) no i w drogę.

Panowie czasami też sobie wyjeżdżają w swoim męskim gronie na jakieś polowania, ryby albo mecze, więc z tym babskim wypadem nie było jakiegoś specjalnego problemu, tym bardziej, że to nie był pierwszy taki babski wyjazd, choć pierwszy w takim składzie :).

Ale wracając do Lanzarote: wyspa jest niewielka, ma wymiary mniej więcej 60 x 20 kilometrów, więc jest możliwa do objechania z grubsza w 2 dni, a wolniejszym tempem i nieco dokładniej w 3 dni.

Taki mały rozmiar wyspy ma też swoje zalety, bo jak już większość ważniejszych miejsc się zobaczy to pozostały czas można z czystym sumieniem przeznaczyć na rzeczony wypoczynek, czego nijak nie mogłam dokonać na poprzednich Kanarkach, bo ilość ciekawych miejsc i atrakcji przekraczałaby tam nawet czas 2-tygodniowego pobytu, a tak już mam, że jak posiadam świadomość istnienia jakiegoś fajnego, ciekawego miejsca tuż obok, to za nic nie mogę spokojnie usiedzieć choćby jednego dnia w hotelu :)).

Wylot na Lanzarote nasza poczciwa póki co ”Itaka”, zorganizowała nam o zabójczej godzinie 5:50 rano, co było o tyle bolesne, że o 3:50 trzeba było być już na lotnisku; dodając do tego jeszcze czas na dojazd na Okęcie i wygrzebanie się z domu, oznaczało w moim przypadku pobudkę przed 2 w nocy.

W zasadzie noc już była i tak z głowy, ale takie drakońskie godziny wylotów mają też swoje plusy: o 12 w południe czasu kanaryjskiego byłyśmy już w hotelu i chłodziłyśmy się powitalnym drinkiem:)), zdążyłyśmy już się rozpakować, odpocząć, obejrzeć dokładnie hotel, posiedzieć w barze, przejść się na mały rekonesans po naszym miasteczku, wrócić na kolację i jeszcze iść na spacer na dłuuuuugaśną promenadę położoną tuż przy oceanie:)), tak więc pierwszy dzień przeznaczony z reguły w całości na podróż, spędziłyśmy prawie cały na Kanarkach. (warto czasem wstać bardzo wcześnie, he,he.., bo kto rano wstaje, temu....itd. he...he...).

Lokalizacja naszego bardzo, jak się okazało, sympatycznego hotelu „Barcelo La Galea” w samym centrum turystycznej, dość sporej miejscowości Costa Teguise , była o tyle wygodna, że pozwalała nam dowolną ilość razy spacerować ile razy tylko się chciało; z hotelu były dosłownie 2 przysłowiowe kroki do głównej promenady, na liczne plaże i do skupiska największej ilości lokalnych knajpek, sklepów, klubów i atrakcji takich jak aqua park, akwarium miejskie, itd.

W tej części Relacji ograniczę się jednak do opisu miast i miasteczek Lanzarote, które udało nam się zobaczyć, jej plażowych walorów i lokalnych specjałów oraz fenomenalnych kreacji Cesara Manrigue, będącego tudzież istnym Guru tejże wyspy ; a dopiero w drugiej Relacji opiszę Wam wulkaniczny charakter wyspy i jej do dziś niespokojną, diabelską duszę z gorącej lawy i popiołu.

Może na wstępie napiszę kilka słów o owym Cesare Manrique, ponieważ jego nazwisko będzie tu padać bardzo często, gdyż swoją działalnością bardzo zmienił wizerunek tej wyspy i nie sposób nie otrzeć się na każdym kroku o kopie jego sztuki czy niezwykłe miejsca, które stworzył.

Kim był Cesar Manrique? to na tej wyspie bez wątpienia najbardziej znana postać. Był mieszkańcem Lanzarote, urodził się tutaj i zmarł; był to wszechstronnie uzdolniony artysta malarz, rzeźbiarz, architekt, projektant, ekolog i wielki miłośnik natury. Przez większą część swojego życia związany był ze swoją ukochaną wyspą.

Już w młodości wykazał się geniuszem, z powodzeniem tworzył i zaczął być znany w świecie; w latach 60-tych XX w wyjechał do Stanów, gdzie już stały przed nim otworem znane galerie; był u szczytu sławy i kariery, którą porzucił jednak, aby powrócić na swoją ukochaną Lanzarote, gdzie rozpoczął swoją działalność mającą wpływ na obecny wygląd wyspy.

Dążył do zachowania tradycyjnego budownictwa kanaryjskiego, był przeciwny ustawianiu tablic reklamowych szpecących krajobraz, był wrogiem budowania wielkich hoteli i masowej turystyki do rozwoju której na taką skalę jak na innych hiszpańskich wyspach, nie chciał dopuścić. Sam zamieszkał w niezwykłym domu w naturalnym korycie wyschniętego potoku Taro de Tahiche, którego parter został umieszczony w naturalnych skalnych jamach powstałych po erupcji wulkanu.

Obecny wygląd wyspa zawdzięcza jego działalności - oprócz jego niezwykłego domu, w którym obecnie działa Fundacja jego imienia, stworzył między innymi słynnego El Diablo - symbol parku Timanfaya, oraz inne symbole, równie znane jak: Mirador del Rio, Jardin de Cactus - oryginalny ogród kaktusów, ogrody i baseny w hotelu Los Salinas w Costa Teguise, fenomenalne założenie Jameos del Aqua - sala koncertowa wewnątrz skalnej, powulkanicznej groty, gdzie kiedyś było to miejsce spotkań artystycznej bohemy. Tworzył też ruchome rzeźby, które nazywał Wind Toys, które obecnie zdobią wyspę w wielu miejscach. Bardzo przyczynił się na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego Lanzarote. W każdym razie Pan Cezar to ciekawa postać, a poznając wyspę, jego kreacje i te wszystkie wind toys poustawiane przy rondach na całej wyspie, polubiłam gościa naprawdę mocno :).

Nasza hotelowa miejscowość Costa Teuuise to taka typowo letniskowa mieścinka. Jej początki jako kurortu turystycznego sięgają lat 70-tych XX wieku, gdy przy udziale Césara Manrique powstał tu pierwszy, bardzo luksusowy jak na tamte czasy 5* hotel ”Gran Melia Salinas”. Hotel jest niezwykły, jego zewnętrzne aleje są ogólnie dostępne będąc ostatnią częścią promenady nadmorskiej kończącej miejscowość.

Obecnie kurort sprawia wrażenie, że składa się wyłącznie z hoteli, knajp, straganów ulicznych i licznych wypożyczalni samochodów, ale nie do końca tak jest...

Jest tu też bardzo urokliwe miejsce: to serce miasta - zwane Pueblo Marinero, mały, klimatyczny ryneczek, pięknie zaprojektowany przez oczywiście owego Cezara Manrique.

To takie miejsce z duszą, w bardzo kanaryjskim stylu, ożywające wieczorami, gdzie skupiają się modne, lokalne restauracje przyciągające tłumy turystów spragnionych kulinarnych rozkoszy, a zapachy z restauracyjnych kuchni i z aromatycznych cygar mieszają się i unoszą do późnej nocy.

Na chodnikach przed lokalami poustawiane jest mnóstwo stolików, gdzie rzesze turystów po pysznie pachnących kolacjach popijają lokalne i mniej lokalne trunki. Można sobie wyobrazić ten gwar i niezwykły klimacik...., a na środku ryneczku na podwyższeniu stoi ładna, spora altana, z której co wieczór jakiś grajek zabawia gości Pueblo muzyką na żywo, grając hiszpańskie melodie i inne niesamowite znane standarciki, a żadnego tam rzępolenia nie było, tylko kojąca muzyka głównie w hiszpańskich rytmach.

Dwa razy w tygodniu Pueblo Marinero zamienia się w nastrojowy wieczorny targ: jeden jest lokalny, kanaryjski w bardziej artystycznej odsłonie, gdzie miejscowi sprzedawcy wystawiają naprawdę piękne rzeczy, a drugi taki typowo afrykański, gdzie głównie Marokańczycy, Senegalczycy i tudzież inni przedstawiciele rasy czarnej sprzedają swoje torebki Gucci-Pucci:)) i inne takie ”rolexy” jako pamiątki, których pełno wszędzie we wszystkich kurortach świata, bo badziewia wszelkiej maści, jak wiadomo na tym świecie nie brakuje.

W ciągu dnia mieszkańcy i turyści Costa Teguise mają do dyspozycji kilka pięknych, złoto piaszczystych plaż: Playa de las Cucharas, Playa Bastian, Playa Jabillo, Los Molinos- to tylko niektóre z ich nazw. W Costa Teguise ma również swoją rezydencję król Hiszpani - Juan Carlos. W zasadzie to rezydencją jest pewnie owa posiadłość wyłącznie w środku, bo na zewnątrz to raczej niewielki, wręcz bardzo skromny domek letni.

W Costa Teguise jak i na całej zresztą wyspie można spotkać mnóstwo kotów; mieszkają sobie na skwerkach miejskich i na klombach, wyglądają uroczo, są nad wyraz odżywione i zadbane, nie jakieś tam wyliniałe strachy na wróble, tylko prawdziwie piękne okazy, czyli że ta diabelska wyspa bardzo kotkom służy, które w swym charakterze też mają coś niecoś z demona :).

Z Costa Teguise jest bardzo blisko do stolicy wyspy - Arrecife, do której wybrałyśmy się lokalnym autobusem. Stolica w skali tej wyspy to zaledwie 30 tysięcy mieszkańców. Arrecife jest bez wątpienia centrum handlowym i administracyjnym Lanzarote z nowoczesnymi budynkami i ulicami handlowymi, ale nowoczesny tryb życia miasta nie przeszkodził w zachowaniu tutaj charakterystycznego stylu kolonialnej miejscowości rybackiej; wystarczy przespacerować się po parkach lub przejść wokół Laguny San Gines pełnej zacumowanych łodzi rybackich i rybaków naprawiających sieci.

Miasto, założone w XVI wieku wiodło spokoje życie małej wioski rybackiej, która musiała się jednak zmagać z berberyjskimi piratami atakującymi wielokrotnie wyspę. Na niewielkiej wysepce naprzeciwko miasta w 1574 roku na rozkaz króla Filipa II zbudowano tu Zamek San Gabriel, który jednak został spalony i zniszczony przez piratów korsarza Morato Arraeza; 20 lat później zamek został odbudowany i w takim kształcie pozostał do dziś; połączono również wysepkę z zamkiem mostem Puente de las Bolas, który również dotrwał do naszych czasów. Nazwa mostu „most kul” wzięła się od kul zdobiących jego filary.

Arrecife ma bardzo ładną, kanaryjską, choć również i nowoczesną zabudowę, może poszczycić się przepiękną plażą i niestety jedynym wysokim budynkiem na całej Lanzarote, dość szpecącym miasto, w którym mieści się dziś luksusowy, 5* Gran Hotel.

Dzięki Cesare Manrique, który wpłynął na władze Lanzarote - ustawowo zabronione jest tu wznoszenie budynków wyższych aniżeli trój-kondygnacyjne, a ten jedyny wieżowiec wybudowano właśnie wtedy, gdy artysta na rok opuścił wyspę :).

Jedynym plusem istnienia tegoż szkaradztwa (taki budynek, zupełnie niezauważony w jakimkolwiek wielkim mieści, tutaj wystaje jak wrzód na d... i szpeci z daleka widok całej okolicy) jest kawiarnia mieszcząca się na najwyższej kondygnacji, gdzie serwują wyśmienitą cortado i skąd roztaczają się piękne panoramy na Arrecife i okolice.

Wjechałyśmy tam windą, posiedziałyśmy trochę rozkoszując się miłym chłodzikiem od upału, wypiłyśmy pyszną kawkę, porobiłyśmy fotki i zjechałyśmy na dół aby zobaczyć z bliska zamek Świętego Gabrielal i pochodzić po lokalnych uliczkach.

Żeby nieco pozwiedzać wyspę własnym tempem, wypożyczyłyśmy też autko, którym zrobiłyśmy raptem niecałe 300 kilometrów:), to są właśnie te walory wyspy posiadającej niewielkie rozmiary :).

Pojechałyśmy więc najpierw do jednego z najstarszych miast na wyspie, dawnej stolicy oddalonej od linii oceanu do Teguise. Nazwa miasta wywodzi się od imienia pięknej księżniczki, córki ostatniego króla Guanczów.

Miasto założone w 1418 r. przez stulecia było jej stolicą. Jego sława i dobrobyt przyciągały piratów, którzy wielokrotnie je napadali i łupili. Pamiatką po najkrwawszym napadzie z roku 1596 r jest nazwa jednej z ulic: Collejon de la Sangre - ulica krwi. Świadectwem dawnej świetności miasta są przestronne place, brukowane uliczki oraz efektowne białe domy z bogato rzeźbionymi drzwiami, oknami i pięknymi balkonami. To stąd wyruszały ekspedycje na podbój reszty archipelagu. W ten sposób Teguise stała się łącznikiem pomiędzy Kastylią i Ameryką u początków podboju Nowego Świata.

Najlepiej jest scharakteryzować Teguise jako miasto wręcz szlacheckie. Historia jego świetności i potęgi zapisana jest na murach każdego budynku i każdej ulicy miasta.

Surowe mury klasztorów, piękne kościoły, eleganckie sklepy i wytworne pałace od wieków budzą tu respekt, a przestrzenne domy zamożnych rodzin wzniesione z kamienia i pomalowane na biało ściany z zielonymi elementami stolarki i malownicze, drewniane balkoniki są typowymi elementami architektury miasta.

Miejsca warte zobaczenia to z pewnością Kosciół Nuestra Senora de Guadelupe - powstały w XV w. z neogotyckim wyposażeniem oraz figurką Matki Boskiej z Gwadelupy; Palacio Spinola - piękna rezydencja wzniesiona w latach 1730-1780. Obecnie znajduje się tu muzeum oraz oficjalna rezydencja rządu Wysp Kanaryjskich oraz XV wieczny Klasztor San Francisco, gdzie chowano najznamienitszych obywateli miasta.

Głodna zwiedzania zaproponowałam jeszcze dotarcie na szczyt pobliskiego wulkanu Guanapay, na którym mieści się Zamek Świętej Barbary, a nagrodą za trud dotarcia tutaj będą widoki jakie można kontemplować z góry.

Zauważyłyśmy że na wulkan prowadzi jakaś dróżka, więc uradowane, że nie musimy się tam wspinać, postanowiłyśmy tam wjechać naszym chevroletem:); owa droga okazała się bardzo wąska i momentami nieźle pokręcona i wijąca, modliłyśmy się żeby nic nie jechało stamtąd na dół, bo byłoby ciężko się wyminąć...., ale jakoś dałyśmy radę.

Widoki naprawdę były rewelacyjne, tylko potworne wietrzysko na górze nie pozwoliło porozkoszować się w pełni tymi pocztówkowymi panoramami.

Sam Zamek Świętej Barbary to forteca z XVI wieku, wybudowana na szczycie wygasłego wulkanu. Forteca była wielokrotnie napadana i niszczona, ale w 1586 roku została przebudowana, wzmocniona i w takiej formie dotrwała do dziś.

Teguise znane jest z coniedzielnych targów lokalnych, na które zjeżdżają tu istne tłumy z całej wyspy. O ile bardzo lubię taki klimat małych, lokalnych targowisk ich koloryt i autentyczność, o tyle już tłumy zwalające się w takie miejsca jakoś do moich atrakcji już nie należą, dlatego odwiedziłyśmy Teguise rankiem, ale nie w niedzielę, kiedy wprawdzie zabrakło kolorytu lokalnego targu, ale za to było przyjemnie pusto i nic nie zakłócało nam robienia fotek :).

Warto jeszcze wspomnieć, że Teguise jest również kolebką timple, bardzo starego instrumentu muzycznego, typowego dla wysp kanaryjskich, gdzie sekret jego budowy przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie. Timple jest instrumentem lokalnym, podobnym do malutkiej gitarki, a jego wesoły, lekki dźwięk oddaje charakter Kanaryjczyków, którzy potrafią być jednocześnie bardzo gościnni i zarazem nieco powściągliwi (jednego wieczoru nasz lokalny grajek grał na takiej gitarce timple na naszym ryneczku Pueblo Marinero w Costa Teguise, faktycznie brzmi to niezwykle melodyjnie i wysokotonowo).

Z Teguise udałyśmy się do Taro de Tahiche, gdzie mieści się osławiony dom Cesara Manrique, który go stworzył w 1968. Dom jest absolutnym urzeczywistnieniem marzeń artysty o życiu w sąsiedztwie i w zgodzie z ukochaną, lanzarocką naturą. Położony na surowym polu lawy ma 1500m2 powierzchni. Dolna kondygnacja to pięć połączonych tunelami naturalnych ”baniek” powstałych w czasie zastygania lawy. Niektóre są połączone z górnym poziomem otworami, przez które wpada światło oraz ”wystają” drzewa z dolnego poziomu. Ciekawie prezentuje się również basen z bazaltową kładką oraz przytulny ogród z gillem stylizowanym na miejscową architekturę oraz przyjemnie zacienioną wnęką ze stołem i ławami do siedzenia.

Górna kondygnacja to połączenie miejscowego stylu budownictwa z nowoczesną architekturą (duże okna, otwarte przestrzenie, szerokie tarasy i niesamowite okno, przez które dosłownie wdziera się lawa do środka wnętrza). Dziś znajduje się tu ekspozycja sztuki nowoczesnej Manrique’a, Pabla Picassa i innych artystów. Ten dom robi na mnie ogromne wrażenie i już wiem, że niekłamanie uwielbiam Pana Manrigue :).

Dalej zmierzamy przez północno wschodnią część wyspy do punktu widokowego MIRADOR DEL RIO , stworzonego również przez Cezara M., aby podziwiać stamtąd podobno najpiękniejszą panoramę na malutką wyspę o cudnie brzmiącej nazwie La Graciosa.

Mirador del Rio to cypel Fariones - skaliste nabrzeże lawy, które wdziera się w morze jak ostrze noża. Cieśnina między tym cyplem a wybrzeżem La Graciozy nazywa się El Rio, czyli „rzeka”. Na samym szczycie tego blisko 500 metrowego urwiska znajduje się właśnie Mirador del Rio, najlepsze miejsce do podziwiania krajobrazu, którego nie da się łatwo zapomnieć.

W oddali oprócz la Graciosy majaczą skały pobliskich, malutkich wysepek Montana Clara i Alegranza. Złocisty kolor La Graciosy, z małym spokojnym i widocznym jak na dłoni portem jedynego miasteczka na wyspie Caleta del Sebo, lazurowe wody płytkiego tu Atlantyku, i potężne czarne klify lawy pod nami - to widoki folderowe, na długo do zapamiętania.

W głównej części punktu widokowego znajduje się pięknie wkomponowany w lawę bar-kawiarnia z niesamowitymi żyrandolami projektu Cezara M. Cypel Fariones i Mirador del Rio to moim zdaniem jedno z najpiękniejszych i wywołujących największe wrażenie zakątków na Lanzarote.

Stamtąd wracamy trasą prosto na Jameos del Aqua - kolejne wspaniałe miejsce na wyspie i dzieło genialnego Cezarego. Ilość samochodów i autokarów na parkingu nieźle nas odstrasza, ale trudno się mówi, idziemy więc kupić bilety i decydujemy się na zwiedzanie w tłumie; są niestety takie miejsca, gdzie tłumów nigdy nie ubywa, więc czy dziś czy jutro to i tak byłoby to samo i to o każdej możliwej porze.

Znajduje się tu jeden z cudów natury Cueva de los Verdes, którą będziemy zwiedzać innego dnia, bo dziś interesuje nas ostatni fragment skalnego tunelu- czyli słynna Jameos del Agua.

Wewnatrz tej groty utworzyło się naturalne jeziorko podziemne powstałe na skutek filtracji wody morskiej. W tej lagunie żyją przedstawiciele fauny, która została odcięta od świata zewnętrznego ok. 3 tysiące lat temu. Wyróżnia się wśród nich całkowicie ślepy endemit - malutki krab albinos.

Jameos del Aqua to założenie stworzone przez Cezara M, w naturalnej zapadłej grocie, powstałej na końcu tunelu który utworzył się tu podczas wybuchu wulkanu La Corona; i o ile Cueva de los Verdes to naturalny tunel lawowy (jako cud natury opiszę go w Drugiej części Relacji poświęconej wulkanom i lawie), o tyle Jameos del Aqua to już projekt geniuszu ludzkiego.

Manrique wykorzystał tu naturalne zapadlisko lawowe tworząc niezwykle piękne miejsce, istny rajski ogród z basenem po środku z zaaranżowanymi wspaniale kompozycjami roślinnymi, salą koncertową, kawiarnią. Tutaj ręka Cezara M. działała bardzo rozważnie, podkreśliła piękno miejsca i stworzyła wnętrze o niepowtarzalnej przestrzeni łączącej artystyczne wizje geniuszu artysty z istniejącą naturą.

Pisałam już o tym wcześniej, że kiedyś, w czasach twórczych autora tego miejsca, było to centrum spotkań artystycznej bohemy; dziś podobno na kilka dni w roku zamyka się Jameos del Aqua dla turystów i organizuje się tutaj ekskluzywne, bardzo drogie dyskoteki dla bogatszego światka zamkniętego przed oczami zwykłych Kowalskich.

Nacieszywszy oczy wspaniałymi rozwiązaniami artystycznymi połączenia piękna natury z projektem i aranżacją ludzkiej wyobraźni artysty ruszamy jeszcze do pobliskiej miejscowości Guatiza, gdzie znajduje się kolejne dzieło Pana Cezarego - Ogród Kaktusów, zaaranżowany w głębokiej niecce, pozostałości po jakiejś starej kopalni wydobycia krzemu o ile dobrze pamiętam.

Tysiące gatunków kaktusów wznosi się tu ponad czarnym popiołem wulkanicznym, udowadniając odwiedzającym, że życie tu mocno trwa mimo tak jałowego miejsca. Nad okoloną kamiennymi murkami niecką góruje pobielony widoczny z daleka wiatrak. Chodzimy i podziwiamy te niezwykłe kolczaste piękności, jak i kolejne ciekawe zaprojektowane przez Pana Cezarego M symbole kobiety i mężczyzny umieszczane tu często przy toaletach damskich i męskich, które bawią, śmieszą i zadziwiają pomysłowością artysty:).

Dalej zmierzamy na południe wyspy, zatrzymując się jednak na chwilę w urokliwej miejscowości Yaiza (czytaj: Jajca :)).

Yaiza to biała miejscowość wydająca się być zakotwiczona w przeszłości, nie poddająca się ani zmianom ani przemijającym modom. W przeciwieństwie do innych miejscowości rozwój turystyki nie miał wpływu na rozwój Yaizy, pomimo, że nie ma tu żadnych ważnych budowli ani specjalnych krajobrazów.

Miasteczko nie jest duże, ale robi ogromne wrażenie dzięki temu, że jest bardzo zadbane i nieprawdopodobnie czyste. W XIX w osiedlali się tu bogaci kupcy i do dziś niektóre domy o białych ocienionych palmami fasadach zdradzają ślady dawnej zamożności.

Warto zajrzeć do XVI wiecznego kościółka pod wezwaniem NMP Nieustającej Pomocy, gdzie do naszych czasów dotrwała rekonstrukcja z XVIII wieku i przechowuje się tutaj wizerunek św. Marcelego, patrona wyspy, który w przeszłości zdobił katedrę w San Marcial Rubicon- miejscowości już nieistniejącej na wyspie.

Będąc tutaj warto też zajrzeć do licznych malowniczych sklepików z ceramiką, pięknymi haftami, nietuzinkową biżuterią z lawy i innymi wyrobami artystycznymi. Niestety, ale bliskość Parku Timanfaya powoduje, że ceny są tu znacznie wyższe niż w innych, mniej komercyjnych miejscach.

Dalej zmierzamy na samo południe do słynnych, najpiękniejszych plaż na wyspie - do Papagayo, ale zanim tam dotrzemy zjeżdżamy jeszcze w kierunku El Golfo.

El Golfo to cudowna naturalna zatoczka. Nie naruszył jej na szczęście rozwój turystyki, to taki malutki raj czekający na odkrycie przez podróżnika lubiącego ciszę, spokój i piękno natury w nieskazitelnym stanie. Ten krajobraz to po Mirador del Rio kolejny klejnocik, którego pilnie strzeże Lanzarote pokazując go turystom jako wisienkę na torcie :)).

Na wybrzeżu tej zatoczki rozciąga się szmaragdowo zielona laguna Charco de los Clicos oddzielona od morza czarną jak sadza plażą; z drugiej strony laguna opiera się o skarpę wulkaniczną o przebogatej gamie kolorów, które wręcz hipnotyzują oglądających czerwieniami, żółciami i odcieniami czerni. Głęboką barwę szmaragdowej zieleni laguna zawdzięcza żyjącej tu specjalnej odmianie alg morskich, a tuz przy samej lagunie można znaleźć malutkie kawałeczki oliwiny, półszlachetnego kamienia, z którego lokalni rzemieślnicy tworzą dość oryginalne jubilerskie cacuszka (osobiście zakupiłam pod koniec pobytu komplecik z czarnej lawy i właśnie taki z zielonkawo oliwkowej oliwiny jako prezent dla kogoś z rodziny).

Z laguny docieramy do największego kurortu wyspy do Playa Blanca, i to nie w żadnym odkrywczym celu, tylko szukając drogi na te rajskie plaże Papagayo. Playa Blanca to kurort jakich wiele, wygląda jak to kurort, tyle, że spory i z bazą luksusowych hoteli, ale poza malowniczą mariną nie znajdujemy tu niczego specjalnie wyróżniającego się.

Ot, setki sklepów, barów i to samo co w naszym Costa Teguise, tylko ludzi jakby znacznie więcej. Z mariny zauważam charakterystyczną bryłę hotelu Vulcan, będącego w ofercie Itaki (zapamiętałam go szukając hotelu ), bo wyróżnia się w okolicy ciekawą architekturą.

Znajdujemy w końcu wyjazd z miasteczka i szutrową drogą pełną kamieni kierujemy się do Raju Papagayo. Nazwą Papagayo określa się tu liczne zatoczki i małe plaże o pięknym złocistym piasku ukryte za skalistym wybrzeżem między Playa Blanca a cyplem Papagayo. Do plaż trzeba zejść z niezbyt stromego, i nie za wysokiego klifu.

Czysty, i spokojny tego dnia ocean, ciche i ustronne zatoczki to miejsce gdzie nie odczuwa się upływu czasu, miejsce jest wprost idealne, żeby trochę tu posiedzieć, popływać, poopalać się albo nawet połowić ryby ( cholera! że też nie zabrałyśmy wędki :)!!!

Na górze ponad plażą jest urokliwa knajpka, gdzie spragnieni mogą się napić zimnego piwka, albo czego tylko sobie życzą :) Siedzimy sobie tu z dobrą godzinkę i ruszamy już w kierunku hotelu, bo na dzisiaj mamy dosyć wrażeń.

Po kolacji udajemy się tradycyjnie na Pueblo Marinero aby posiedzieć w jednej z wielu klimatycznych knajpek i tak zakończyć kolejny wieczór.

Podsumowując część wycieczkowo-pobytową z przerwami na basen, plaże i po prostu nicnieróbstwo muszę w tym miejscu jeszcze napisać o tej piekielnej pogodzie jak na diabelską wyspę przystało.

Zauroczona klimatem poprzednich Kanarków na których już wcześniej wczasowałam i Madery, byłam mocno zdziwiona panującą tu aurą. Mogę nawet się pokusić o określenie, że ta pogoda wpędziła mnie w chorobę.

Wiatry jakie tu cały czas wieją mogą dobić każdego, nawet najtwardszego miłośnika wiatrów w ogóle. W życiu nie wypoczywałam jeszcze w tak wietrznym miejscu; nieźle nas tutaj wszystkie wytargało; o jakiejkolwiek w miarę składnej fryzurze można w zasadzie od razu zapomnieć.

Panie o włosach dłuższych znajdują jedyny ratunek w gumkach i spinkach, natomiast na krótsze włosy jest jeden sposób: jakikolwiek kapelutek lub chustka; w innym razie klapa kompletna z jakiegokolwiek wyglądu :).

Wyspa jest zatem rajem dla surferów, windsurferów, kittsurferów, i innych tego typu miłośników sportów wodnych. Dzięki tym wiatrom są tu powydzielane miejsca wyłącznie dla osób uprawiających te sporty jak i organizowane są tu często zawody międzynarodowe w takich sportach.

Klimat tej wyspy jakoś nie usposobił mnie pozytywnie: rano jest chłodno, pochmurno, wręcz ciemno i wieje jak piorun, ok południa (różnie z tym bywało, raz to była godzina 11, czasami 13), wychodzi nagle słoneczna lampa i daje czadu aż do kolacji; ostro grzeje i równie ostro dalej wieje.

Mimo wysokich filtrów można się tu nieźle poparzyć, to słońce pada prawie pionowo na głowę a opala chyba z poczwórną mocą tego wiatru; a wieczorami, gdy lampa już schowa się za horyzont, zrywa się jakiś arktyczny, lodowaty huragan, który mało głów nie pourywa; spacer promenadą wieczorową porą to nie lada wyzwanie. Chcąc nie zostać wepchniętym przez te diabelskie wiatry do Atlantyku, należy schować się w bardziej oddalone od oceanu uliczki, a najlepiej zaszyć się w jakimś ze wszystkich stron zabudowanym miejscu, najlepiej na Pueblo Marinero:).

Częstym obrazkiem w hotelu były fruwające z balkonowych stolików grubsze magazyny typu „Pani”, a dla palaczy pudełka papierosów do wyboru do koloru :), rano kilka przybasenowych leżaków wyławiano regularnie z wody :).

Tak tam wiało..., że mnie w końcu wywiało. Wróciłam chora, z bólem gardła, kaszlem, zapaleniem krtani i ucha. No cóż... w końcu to diabelska wyspa!

Moje wrażenia z całego pobytu i moją subiektywną ocenę wyspy napiszę na końcu następnej Relacji poświęconej wulkanom i lawie, jak już zobrazuję Wam całość charakteru Lanzarote.

Tak więc kończąc w tym miejscu I część Relacji, zapraszam do części II, którą mam nadzieję stworzyć niebawem, a w której zamierzam opisać tę diabelską duszę wyspy i jej piekielny charakter na podstawie miejsc takich jak Park Narodowy Timanfaya, lawowe wybrzeże Los Hervedeiros, wulkaniczną uprawę winorośli w regionie La Geria, jaskinię Cueva de los Verdes, ponownie El Golfo i trochę innych ciekawostek, a więc „to be continued” :).

Komentarze:


katerina
2013-07-01


No to kolei na Algarve;) Tak przy okazji sentymentu do Madery:P

piea
2013-07-01


Kasiu, najbliższa memu sercu jest zdecydowanie Madera:)), no wiem, że to nie Kanarek, ale blisko....
Która urzekła mnie najbardziej?- myślę, że jednak La Gomera: mała, kameralna, zieziemsko zielona i piękna, ciekawe miejsca, góry, lasy, cudowny klimat, mało i małych hoteli, mało turystów, brak komercji.
Teneryfa i Canaria ex aeguo na miejscu II- obie urzekające, piękne, ale do tego piękna trzeba tam dojechać,bo w kurortach go nie ma; kurorty są tam zbyt duże i tłumne, hotele molochy i mało kanaryjskości poprzez brytyjsko-niemiecką masówkę;
Lanzarote m-sce III- ale najbardziej kanaryjska i klimatyczna ze wszystkich, najmniej zdominowana przez turystyczną papkę, ale brak zieleni, mimo piękna lawy i wulkanów - to dla mnie duzy minus!- mnie potrzeba zieleni jak kani dżdżu:)), no i te diabelskie wiatry- dla kogoś kto nie znosi wiatrów- to całkowita dyskwalifikacja! :))
I na koniec najmniej ciekawa, wręcz krajobrazowo depresyjna jest wg mnie Fuerteventura- takie totalne pustkowie, buro szaro, nijak, pustynia bez żabytków, za to kozie sery dla koneserów i przepiękne piaszczyste kilometrowe plaże, najładniejsze na Kanarkach, ale ja plażowiec nie jestem, dlatego daje miejsce IV:)).
Jak kiedys dotre jeszcze na La Palmę i El Hierro to pewnie lokaty sie zmienią, ale narazie muszę mienić kanaryjsko-maderyjskie klimaty na coś kompletnie odmiennego, bo co za dużo to niezdrowo:)

katerina
2013-06-30


Alicja pieknie!No to ktora z Wysp Kanaryjskich najblizsza sercu?Tylko nie pisz,ze wszystkie!

piea
2013-06-30


Soniu,na Fuercie też byłam :)), w ramach 1-dniowej wycieczki:)), ale do zaliczenia Kanarów to brakuje mi jeszcze cudnej La Palmy i malutkiej El Hierro, gdzie mam zamiar kiedys dotrzć, tylko muszę sie najpierw dowiedzieć, czy tam nie wieje :))

Agata, Kasia, dzięki dziewczyny za te peany:))

Soniza89
2013-06-29


Alu teraz pozostaje Ci tylko Fuerta i kanary zaliczone :)...super relacje i galeria :)
1

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Galeria zdjęć (liczba zdjęć: 272)

Costa TeguiseCosta Teguisenasz hotelikhotelik