Oferty dnia

Izrael - Eljat - relacja z wakacji

Zdjecie - Izrael - Eljat

Granicę Izraela przekraczaliśmy w jednym z najbardziej strzeżonych, a jednocześnie niebezpiecznych miejsc na świecie. W Eljacie. Jest to wąski przesmyk między górami, a Zatoką Akaba (Morze Czerwone). Przechodząc przez kilkusetmetrową strefę zdemilitaryzowaną, oddzielającą posterunki egipskie od izraelskich, w oczy rzucają się uzbrojeni po zęby młodzi ludzie obstawiający granicę. Są to żołnierze izraelscy, tak mężczyźni jak i kobiety. Wszyscy w większości około dwudziestoletni. Izraelski budynek graniczny, ze względu na małą ilość miejsca, wiszący praktycznie nad wodą, to nowoczesny klimatyzowany obiekt. Trochę przypomina hol odpraw na lotnisku. Bramki oddzielające poszczególne rzędy kolejki i taśmy kierujące ruchem. Niestety obsługa nie przypomina miłych pań na lotniskach. Wszędobylskie kamery obserwowały każdy fragment naszej drogi. Pierwsza linia kontroli to młoda czarna żydówka. Która odbiera paszporty, patrzy każdemu głęboko w oczy, aż ciarki przechodzą.

Ciemnoskóra żydówka, to w Izraelu nic szczególnego. Jest to grupa Faleszów, czyli pierwotnych wyznawców judaizmu, obecnie też chrześcijaństwa z Etiopii. W Etiopii żyły przez wielki duże społeczności żydowskie, które były tam prześladowane i postanowiono ich repatriować do Izraela.

Szybkie pytanie po co tu przyjechaliśmy, gdzie jedziemy. Standardowe procedury tylko mniej miłe. Na koniec (przy tej bramce) magiczna naklejka na paszport. O dziwo tylko dla Macieja, z zaznaczonym numerem 2. Oczywiście nic nam to nie mówiło i dopiero po powrocie dowiedzieliśmy się co to znaczy. Są to stopnie bezpieczeństwa dla Izraela. 4 osoba bezpieczna; 3 osoba podwyższonego ryzyka, bezpieczna; 2 - osoba pod szczególna kontrolą, zagrożenie; 1 - wielkie zagrożenie nie wpuszczać. Do dzisiaj nie wiemy czym to było spowodowane, a naklejki nigdy nie udało się usunąć z okładki paszportu.

Możemy iść dalej. Na pierwszej bramce niestety pisk czujki. Momentalnie przy Macieju zjawiło się dwóch rosłych i uzbrojonych mężczyzn. Maciej ma protezę stawu biodrowego, więc po szybkim wytłumaczeniu, obmacywaniu i dodatkowej bramce mogliśmy przejść do dalszej kontroli. Bramki zamknęły się za nami. Zrobiliśmy dosłownie dwa kroki, gdy nagle usłyszeliśmy potworny ryk syren alarmowych. W ciągu ułamka sekund pojawiło się mnóstwo wojska uzbrojonego po zęby. Zaczęli biegać we wszystkich kierunkach i krzyczeć coś w swoim języku. Przez moment staliśmy zdezorientowani. Do naszych uszu dobiegały strzępki zrozumiałych słów „bomb”, „atak”, „terrorist”. Dla nas europejczyków, gdzie o takich sytuacjach słyszymy tylko w telewizji, wszytko było abstrakcyjne. Dopiero jak zobaczyliśmy żółto-zieloną, ze strachu twarz dziewczyny która przed chwilą z tak poważną miną obsługiwała nas. Zdaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Wszyscy staliśmy gęsiego i nie było możliwości cofnięcia się, kazano nam zostawić bagaże i szybko biec za obsługą. Po drodze minęliśmy różne dziwne urządzenia. Wybiegliśmy na dwór do strefy przejściowej. Otoczyła nas grupka uzbrojonych żołnierzy i kazała czekać. Słońce paliło niemiłosiernie a my staliśmy tak na małym placu w kilkunastoosobowej grupie zastanawiając się, co się stało i obserwując podjeżdżające wozy bojowe oraz gotowych do strzału snajperów w każdym możliwym miejscu. Okazało się, że do odprawy z drugiej strony budynku podjechał samochód z dziwnie zachowującymi się arabami. Po około pół godzinie, gdy już ledwo staliśmy na nogach mogliśmy się cofnąć do dalszej odprawy.

Zamieszanie trochę się uspokoiło, ale strach na naszych i obsługi twarzach pozostał. Gdy podeszliśmy do ponownej odprawy, Maciej podał swój paszport. Zaraz za jego plecami pojawiło się ponownie dwóch uzbrojonych panów. Poprosili go o telefon komórkowy, zabrali go i włożyli do dziwnego urządzenia. Poinformowali go, że sczytują i sprawdzają kontakty z karty oraz mikro ślady biologiczne na telefonie. W tym czasie Magda spokojnie przeszła przez całą odprawę.

Maciej - myślałem już, że i ja będę mógł spokojnie zabrać bagaż i iść dalej, na monitorze prześwietlającym jadący bagaż zauważyłem swoją torbę. Nawet mi, laikowi jej wygląd wydał się teraz podejrzany. Na czarno-białym ekranie pojawiła się torba, a w środku dwa podłużne przedmioty ułożone jeden obok drugiego. Mina ochrony powiedziała mi wszytko. Co to do diabła jest? Taśma się zatrzymała, wszyscy odsunęli się od niej. Został wezwany jeszcze jedne człowiek w kamizelce przeciw kulowej. Panowie przysunęli się do mnie na tyle blisko, że poczułem na sobą ich oddech. Jedne z nich grzecznie i stanowczo zapytał po angielsku:

  • what is it?
  • water - odpowiedziałem zaskoczony
  • what water?
  • drinking

Kazano mi po woli otworzyć torbę. Na wierzchu leżały satelitarne zdjęcia Izraela. Wydrukowałem sobie, przed wyjazdem z Google Earth, aby mieć jakąś mapę okolicy. Jak by tego było mało obok leżała Magdy książka z napisem „Qumran” i płonącą kartą. Wszystko trwało kilkanaście minut, w tym czasie została wstrzymana za mną odprawa. Kazano mi jeszcze otworzyć butelkę. Ktoś włożył jakiś czujnik do środka, powiedział - OK i kazał się napić wody. Po wybebeszeniu całego bagażu mogłem iść dalej. Byłem fizycznie i psychiczne wykończony. Dostałem pieczątkę wjazdową. Na szczęście to był już koniec odprawy i byłem na terenie Izraela.

Należy się jeszcze Wam wyjaśnienie co to za butelki z wodą, ponieważ tam jest bardzo gorąco, należy dużo pić i to był po prostu nasz zapas wody. A, że nie chciało nam się nosić tego w ręku mieliśmy butelki w torbie podróżnej.

Eliat najbardziej na południe położone miasto w Izraelu. Jedyne miejsce, które leży nad Morzem Czerwonym. Wąski klin wciskający się między egipskie miasto Taba i jordańskie Akaba. Stojąc przed przejściem granicznym, można zobaczyć na horyzoncie trzy wielkie, powiewające flagi Izraela, Jordanii i Egiptu. Wszystkie dumnie powiewające na terenie swojego kraju. Wydaje się jakby każdy z nich, chciałby, aby jego flaga była największa i najbardziej zauważalna.

W Eliacie od razu rzuca się w oczy inny wygląd i inna kultura, niż w sąsiednich krajach arabskich. Mimo, że wszytko jest otoczone surowymi górami i pustynią, to trawniki są zadbane, zielone, na ulicach czysto. Ludzie ubrani bardziej europejsko, sklepy, ulice, samochody bardziej luksusowe.

Ponieważ naszym celem w Izraelu nie był Eilat, czekała nas dalsza droga w głąb kraju. Izrael nie jest dużym krajem, ma około 500 km długości i 100 km szerokości w najszerszym miejscu. Z tego jeszcze trzeba wydzielić terytoria palestyńskie. Południowa część to Pustynia Negew, przez którą musieliśmy przejechać. Szosa biegnie, wzdłuż granicy z Jordanią. Z lewej strony cały czas rozciąga się bezmiar pustyni, a z prawej po stronie jordańskiej, w oddali widzimy wysokie pasmo górskie. Droga dość monotonna. Mało miasteczek, mało kibuców. Dopiero po minięciu Morza Martwego (o nim opiszemy później) odbiliśmy na zachód. Wjechaliśmy na tereny Autonomii Palestyńskiej. Droga wspięła się na niewielkie lecz dość strome wzniesienia. Im bliżej Jerozolimy tym coraz więcej zauważaliśmy wiosek arabskich. Koczujących gdzieś na kawałku suchego zbocza z niewielkim stadem kóz. Wyglądało to tak, jak by zostali oni zostawieni samym sobie, a ich świat zatrzymał się wiele lat temu. Nagle zaczęły pojawiać się osiedla, rozmieszczone grupkami na okolicznych wzgórzach. Jednak najbardziej rzucał się w oczy wielki mur oddzielający jedne osiedla od drugich. Szybko zorientowaliśmy się, że jest to granica oddzielająca Żydów od Arabów, czyli oficjalne państwo Izrael do okupowanych terytoriów palestyńskich. Jak się za moment okazało ten podział jest dokładnie pilnowany. Na rogatkach Jerozolimy zaczyna się strefa żydowska. Niestety obowiązują tutaj ostre zasady segregacji głownie dla Arabów. Większości z nich nie wolno wjechać na teren Jerozolimy. My jako obywatele polscy, możemy bez większego problemu wjechać. Co nie znaczy, że nie zostaliśmy sprawdzeni przez żołnierzy.

W końcu po długim i ciężkim dniu byliśmy w Jerozolimie. Szybko dotarliśmy do naszego hotelu. Ponieważ tutaj jest wszytko pomieszane, hotel był palestyński, ale na terenie żydowskim. Z jednej strony mieliśmy mury starej Jerozolimy, a drugiej nowe mury graniczne z autonomią.

Planujesz wakacje? Zobacz nasze propozycje wycieczek:
Autor: BylismyTam / 2010.07
Komentarze:

pod1970
2017-01-09

za tydzien wylatuje do izrela chciałbym sie dowiedziec jak przebiega procedura po przylocie do Ejlatu lece besposrednio z Warszawy

eleni
2016-10-05

Nie wiem, czy bym się odważyła tam pojechać. W obecnych czasach to chyba ryzyko, ale jak zwykle podziwiam odważnych podróżników.

papuas
2015-03-28

Tak, odprawa na granicy izraelskiej to prawdziwy horror, nawet niewinnemu cierpnie skóra. Przejazd przez posterunek w murze granicznym to też przeżycie dla turysty, a Palestyńczycy mają o wiele gorzej.