Podróże, wakacje
Wakacje
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Etiopia - porady, zwiedzanie i opis wakacji użytkownika Marmar.

Listopad 2009
Odmłodzenie

Samolot ląduje w Addis Abebie w nocy. Procedura wizowa nie jest skomplikowana, choć długotrwała, gdyż kobiety ręcznie wypisują dowody opłat. Na odespanie podróży zostaje tylko kilka godzin i rano ruszamy w miasto.

Przedtem jednak wchodzę do pobliskiego banku, by wymienić 100 dolarów na miejscowe birry. Sposób obsługi przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Zostaję poproszony za ladę, posadzony w fotelu i bez kolejki obsłużony. W Europie nie wiem czy tak by mnie potraktowano, gdybym wszedł z milionem dolarów! To moja pierwsza czarna Afryka więc wszystko mnie ciekawi i intryguje.

Miasto nie jest zbyt ładne, dominuje chaos i bałagan, ale są też zupełnie „europejskie” fragmenty. Program zwiedzania obejmuje spotkanie z Lucy, czyli naszą pradawna kuzynką, Muzeum Narodowe oraz wizytę na Uniwersytecie - dawnym pałacu Hajle Selasje. Wnętrza pałacu bardzo rozczarowują, nie tak wyobrażałem sobie warunki życia „cesarza”.

Nazajutrz startujemy w drogę trzema mikrobusami marki Toyota z bagażem na dachu, który prawie codziennie jest mozolnie pakowany i rozpakowywany przez kierowców. Już kilkanaście kilometrów za miastem widać zupełnie inny świat: prymitywne chaty oraz biednych ludzi, którzy ciągle gdzieś wędrują pieszo, albo wzdłuż dróg, albo na przełaj przez pola. Po całym dniu jazdy asfaltową drogą, która jest darem Japonii, po 500 kilometrach docieramy do miasta Bahir Dar. Nocleg wypada nam w wygodnym hotelu. W dalszej drodze zatęsknimy za nim, gdyż podobny standard już się nie powtórzy, nawet w Lalibeli. Otóż w Bahir jest misja ONZ, a jej wysłannicy potrzebują wygód.

Następny dzień należy do tych, które pamięta się latami. Przed południem odwiedzamy wodospady na Nilu. Ostatni odcinek pokonujemy pieszo wśród tubylców. Jedni są naturalni, inni już się skomercjalizowali i wiedzą po co my jesteśmy - do handlu i datków. Etiopczycy to bardzo biedni ludzie i warto ich wspierać, ale nie tych, którzy tego nachalnie domagają. Często to zorganizowany „przemysł” żebraczy. Lepiej dać pieniądze komuś, kto o nie nie prosi. Zapłatą będzie jego wdzięczność wypisana na twarzy oraz sposób odbioru datku - na dwie otwarte dłonie, co jest wyrazem szacunku dla darczyńcy. Nawet za 1 birra, czyli równowartość 30 groszy!

Po południu odbywamy rejs na jeziorze Tana, z którego wypływa Nil Błękitny. W programie jest postój na wyspie, gdzie można zobaczyć stary klasztor. Kościół etiopski należy do kościołów przedchalcedońskich, które uznają tylko boską naturę Chrystusa, a nie bosko - ludzką, jak większość chrześcijan. Kościoły mają kształt kolisty lub wzorowany na prostokątnej Arce Przymierza.

Rano znowu w drogę, tym razem do Gonder, dawnej stolicy Etiopii. Tam zwiedzamy bajeczny klasztor Debre Berhan Selasje, zamek rodem z Europy oraz pobliską wioskę Felaszy, czyli czarnych Żydów. Autentycznych mieszkańców już prawie nie ma, gdyż ewakuował ich Izrael 20 lat temu. Podobno na repatriację czeka kolejka następnych.

Kolejnego dnia rano, nie wiemy jeszcze, że przed nami najtrudniejszy odcinek trasy. Najpierw łapiemy gumę, co nie jest na drodze szutrowej czymś rzadkim. Ma to swoje plusy i minusy. Na plus należy zapisać możliwość zwiedzenia lokalnej szkoły. A minus odczuwamy wieczorem, gdy tak bardzo brakuje nam tych 2 straconych godzin.

Etiopia leży na Wyżynie Abisyńskiej, ale co to za wyżyna! Sięga ponad 4000 m n.p.m. My wyjeżdżamy „zaledwie” na 3200 metrów, ale poruszamy się wątłą półką skalną, bez żadnych zabezpieczeń, poniżej której jest kilometrowa i większa przepaść. Raczej nie jestem strachliwy i wiele w życiu widziałem, ale na ponowny przejazd tą trasą nikt by mnie namówił. W środku nocy, wymordowani do ostateczności docieramy ciągle górzystą drogą do Aksum. Po tym etapie pewno starsze małżeństwo powiedziało dość i na własny koszt do Lalibeli poleciało samolotem.

Aksum to bardzo ciekawa miejscowość, ale po takiej jeździe nikt nie ma zapału do zwiedzania. A jest co: imponujące stele, ruiny pałacu królowej Saby i wreszcie katedra NMP, przy której przechowywana jest Arka Przymierza. Z tą Arką to jest tak: miejscowi twierdzą, że mają oryginał, tyle że trzeba wierzyć im na słowo. Do budynku obowiązuje zakaz wstępu.

Nazajutrz znowu jazda. Już nie taka męcząca, jak poprzednia, ale ładnych parę godzin trzeba znowu spędzić w trzęsącym się i potwornie zakurzonym autobusiku. Klimatyzacja nie jest włączona ze względu na ten kurz, trzeba jechać przy otwartym oknie, przez które wpada do środka tuman kurzu. Błędne koło. Tego dnia główną atrakcją jest zwiedzanie świątyni księżyca w Yeha. Z tego zwiedzania zapamiętałem jednak nie liczące 2,5 tysiąca lat mury i śliczny kościół obok, lecz hordy wyjątkowo nachalnych i bezczelnych dzieciaków. Zanim dojedziemy na nocleg w Mekele będziemy przejeżdżać w pobliżu granicy Erytreą. Śladami trudnego podziału jednego niegdyś kraju, są porzucone gdzieniegdzie czołgi. Oczywiście radzieckie.

Najbardziej oczekiwanym etapem podróży jest oczywiście Lalibela. Szkoda tylko, że te niesamowite skalne kościoły zwiedza się pod koniec wycieczki, gdy człowiek jest tak pełen etiopskich wrażeń, że ledwie może zmieścić nowe. A tu jest co podziwiać. Wykute w skale kościoły datowane na XII wiek są zupełnie unikatową budowlą, o wiele przewyższające klasą i skalą kościoły w tureckiej Kapadocji. Natomiast samo miasteczko jest odpychające. Nie dlatego, że jest biedne czy brudne. To normalka. Bardziej dlatego, że nie ma wyrazu i jest mieszaniną starego z nowym, ale w takim kiepskim wydaniu. Po Lalibeli myślimy już o powrocie. Ale przed nami jeszcze dwa dni jazdy. Jedyną atrakcją jest rzut oka na Wielki Rów Afrykański.

Wykończeni, ale maksymalnie syci wrażeń docieramy do Addis Abeby z przekonaniem, iż udało nam się zobaczyć niezwykły, zupełnie pierwotny kraj, jakiego chyba trudno już szukać po całym świecie. Kraj, gdzie nie było kolonizatorów, przez co dostarcza obrazu zupełnie naturalnej Afryki, bez tych angielskich czy francuskich naleciałości. Warto go odwiedzić, ale trzeba się śpieszyć. Tam też globalizacja puka do drzwi.

Co warto zwiedzić?

  • Skalne kościoły w Lalibeli

  • Stele i Arkę Przymierza w Axum

  • Jezioro Tana

  • Lucy w Addis Abebie

Porady i ważne informacje

Kraj bardzo bezpieczny, choć ze słabo rozwiniętą bazą turystyczną. Drogi są głównie szutrowe, co oznacza mały komfort podróży. Ceny na prowincji są wyższe, niż w Addis Abebie, ze względu na konieczność transportu towarów.

Północna Etiopia jest teoretycznie wyżynna, a praktycznie wysokogórska. Na pewnym odcinku trasy wjeżdża się na wysokość ponad 3 tys. metrów, i to drogą szutrowa bez żadnych zabezpieczeń. Kuchnia jest mało strawna, najlepiej wybierać makaron. Miejscowa indżera jest okropna!

Komentarze:


Brak komentarzy.


Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Galeria zdjęć (liczba zdjęć: 55)

Ludzie w drodzeTransport opałuUczniowieStołeczna ulica.Małe miasteczkoWieś