Podróże, wakacje
Wakacje
Nawigacja: Strona główna » Artykuł
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Marokański hasz

Marokański hasz

Pomiędzy grupą usadzonych w kole Marokańczyków, wśród oparów dymu krąży jabłko. Przypominające jeża, naładowane skrętami krąży z rąk do rąk roztaczając wokół charakterystyczny zapach. Ten zapach towarzyszyć będzie każdemu kto wsiąknie w marokańską kulturę.
 

Jaka kultura takie tabu.
Pod względem zarówno kultury jak i wiążącego się z tym podejścia do używek, Maroko jest kompletnym przeciwieństwem Polski. Wódka jest tu tematem tabu, zakazana ze względów religijnych nie zdobi ani stołów, tym bardziej nie ciesząc podniebień. Co innego z marihuaną i haszem zwanym przez miejscowych kifu, które w Polsce zakazane, są Marokańskim dobrem narodowym i kompanem Marokańczyków w codziennym życiu.

Wakacje w Maroku - sprawdź ceny w biurze Rainbow Tours >>

Policjant palący skręta przy okazji kontroli drogowej, kierowca któremu prowadzenie w paleniu nie przeszkadza, to obrazki tak codzienne i powszechne, że nie jest trudno się do tego wszystkiego przyzwyczaić i przekonać. Marihuana jest stałą, kultywowaną, popieraną i akceptowalną formą odstresowania, zabicia czasu czy zabawy. Każdy może posiadać ze sobą do 5 gramów haszyszu i każdy posiada. Od taksówkarza po policjanta czy lekarza.

Hipisowska ziemia obiecana.
Mimo, że to Marrakesz przyciąga corocznie rzesze turystów, to kupowane przez nich kifu pochodzi z północnej części kraju. Góry Rif obrośnięte konopiami niczym pola kukurydzą w stanach przywodzą na myśl zielone łąki. Niegościnne i jałowe góry stały się doskonałym miejscem do uprawy konopi, która nie należy do najbardziej wymagających roślin. Dziś z tych gór pochodzi połowa światowej produkcji haszyszu. Sytuację tę Marokańczycy zawdzięczają paradoksalnie amerykanom.

Kiedy rewolucja seksualna lat 60 i 70 nabrała w stanach rozpędu, rozlewający się po świecie hipisi przemierzali najrozmaitsze zakątki świata, trafiając w końcu do Maroko. Jimi Hendrix podróżując przez góry Rif zobaczył połacie konopi uprawianych przez miejscowych na użytek własny. Palone zwyczajowo przez starszyznę czy szamanów kifu stało się magnesem przyciągającym coraz większe rzesze spragnionych wrażeń.

Podobno to właśnie hipisowskiej kulturze Marokańczycy zawdzięczają sekrety produkcji haszyszu. Podróżujące przez Liban dzieci kwiaty, miały w tamtych stronach podpatrzyć technikę produkcji haszyszu i przekazać ją uprawiającym konopie Marokańczykom. Nietrudno się też dziwić, że to całej rewolucji seksualnej i obyczajowej lat 60 przypisuje się współczesną historię marokańskiego handlu gandzią, a Marokańczycy do dziś wspominają nazwiska Hendrixa czy Morrisona z uśmiechem na ustach podając sobie zawinięte w papier kifu.

W kręgu tajemnic.

Północne regiony kraju, skażone turystyką w najmniejszym stopniu są pomostem do kultury kifu. Tej wyznawanej przez wielodzietne rodziny, nierzadko z trudem wiążące koniec z końcem, tak odmiennej od turystycznej misji „urobić się na cacy”.

Mimo, że haszysz to w Maroko nic magicznego, siedząc w kręgu stworzonym przez berberyjską rodzinę magia wręcz bije od każdego jej członka. Zgodnie z wielowiekową tradycją palą tylko mężczyźni. Wiek nie ma znaczenia palą zarówno starcy jak i siedmioletni chłopcy. Wyjątkiem są kobiety, które nie biorą udziału w życiu towarzyskim mężczyzn. Po trzech kolejnych skrętach, pojawił się temat alkoholu - w Maroko uznawanego za najgorsze zło, zagrażające spokojowi i porządkowi społecznemu, stąd nie powinien nikogo dziwić fakt, że manierkę zatrzymałem w swojej wewnętrznej kieszeni.

Polak z diabelskiego kraju.
Wraz z kolejnymi kifu, atmosfera się rozluźniała, na tyle, że najmłodsi zaczęli się w końcu odzywać. Oczy ojca nie spoglądały już na latorośle z taką samą wrodzoną surowością. Spojrzenie nabrało wyrazu dumy, miłości i przyzwolenia na odrobinę rozmowy z obcokrajowcem. Chłopcy niestety nie cieszyli się rozmową zbyt długo, obraz świata, w którym marihuana jest zakazana, a konsumpcja wódki jest niemal narodowym obowiązkiem okazał się dla siedmioletniego Hassana tak przygnębiający, że postanowił za przyzwoleniem ojca nas opuścić. Ten skwitował moją opowieść słowami: „Pochodzisz z dziwnego kraju, pięknego to prawda, ale nigdy nie posłałbym tam swoich dzieci”.

Trudno się dziwić. Co kraj to obyczaj.

/ mpa, fot. sabotagetimes.com /

Komentarze:


Brak komentarzy.


Aby skomentować musisz być zalogowany.

REKLAMA
Relacje z wakacji: