Podróże, wakacje
Wakacje
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Tajlandia, Chiang Mai - porady, zwiedzanie i opis wakacji użytkownika kawusia6.

Styczeń 2018

Dzień IV – 20.01.2018r CHIANG MAI
* Rano bardzo wczesna pobudka, przejazd taksówką na lotnisko Don Muang. Przelot samolotem do Chiang Mai. Zakwaterowanie w hostelu Grace House Hostel – szczerze polecam, czysty, gościnni gospodarze, blisko targu i różnych biur turystycznych. Krótki odpoczynek.
Tajlandia to nie tylko Phi Phi, Phuket czy Bangkok; to również Chiang Mai zwane „Różą Północy”. Nazwa Chiang Mai (a dokładnie: Nopburi Srinakornping Chiangmai) oznacza „nowe miasto”, choć w rzeczywistości liczy ono ponad 700 lat.
Znajduje się około 700 km od Bangkoku; prawie 80% zamieszkującej tu ludności to Tajowie. Większość osób wyznaje buddyzm, ale są też chrześcijanie i wyznawcy innych religii. Znajduje się na północy kraju i jest nazywane zielonym rajem. To miejsce znanego z opowieści Złotego Trójkąta, można spotkać tutaj plemiona Karenów, Akha żyjących często tak jak ich przodkowie. Ta część Tajlandii zdecydowanie odróżnia się od reszty kraju; przede wszystkim widokiem często otaczających nas gór, pagórków, wzgórz. To jakby inny kraj, inne zwyczaje, inne tradycje i oczywiście inna też kuchnia. Stanowi miejsce wypadowe do okolicznych górskich wiosek. Można tu wybierać między wieloma atrakcjami: raftingiem, wspinaczką; zabawą z tygrysem lub obcowaniem ze słoniem – niekoniecznie jadąc na jego grzbiecie. Nie sposób się tu nudzić; ale agencje turystyczne, których jest tutaj na tzw. „pęczki” prześcigają się w zapewnieniu turystom niesamowitych doznań; oczywiście za odpowiednią cenę :)
Z Bangkoku są trzy mo zliwości dostania się tutaj: autobusem; pociągiem jadąc około 13 godzin- na szczęście nocą z możliwością wypoczynku i snu oraz samolotem. Założycielem Chiang Mai był król Mangraj. Przeniósł tu stolicę swojego królestwa w 1296r. Miasto wybudował w pewnej odległości od brzegów rzeki, ponieważ zauważył, że rzeka często wylewa i może stanowić zagrożenie dla miasta i ludzi. Chiang Mai zostało odgrodzone szerokim murem. Bardzo długo trwało niezależne od innych regionów Syjonu. Dopiero gdy do Chiang Mai doprowadzono kolej żelazną i zmarł ostatni król – Chiang Mai zostało przyłączone do Tajlandii. W Chiang Mai nikt się tak naprawdę nie spieszy; nie pędzi za zdobywaniem dóbr materialnych; choć oczywiście ludzie chcą zarabiać pieniądze, aby móc ułatwić sobie życie. Duży nacisk kładzie się również na świętowanie; delektowanie się codziennością.
Warto zobaczyć tutaj: Stare Miasto; Wat Phrathat które jest symbolem całego Chiang Mai; Wat Phra Singh w której znajduje się jeden z najwspanialszych posążków Buddy oraz oczywiście warto odwiedzić okoliczne wioski; farmy, na których można spotkać słonie (wiem, wiem – opinie są różne); Tiger Kingdom; oj moglabym jeszcze długo wyliczać. My dotarłyśmy tutaj przede wszystkim ze względu na ośrodki dla dzikich zwierząt; które w innych regionach kraju nie cieszą się zbyt dobrą opinią; natomiast tutejsze są w różnych opiniach w sieci chwalone i polecane. Chciałyśmy również zobaczyć kilka świątyń; a przy okazji mnichów; którzy mają setki sposobów na radzenie sbie w swoim mnisim życiu. Sprawa jest prosta – mnich żyje z tego co dostanie od innych ( patrz zwłaszcza od turysty) :) Nie zawsze daje się im pieniądze; często widziałyśmy, że wrzuca się im do specjalnych wiaderek różne praktyczne rzeczy: grzebienie; środki czystości; tkaniny; na prozaicznym papierze toaletowym kończąc.
* przejazd do wybranego hostelu; zakwaterowanie; krótki odpoczynek.
* przejazd do Tiger Kingdom 51/1 Moo 7 Rim Tai; ośrodek znajduje się około 16 kilometrów od miejscowości. Wstęp od godz. 9.00-18.00; koszt między 500 THB a 1200 THB ( pakiet).
Historia tego miejsca zaczęła się w roku 1980; gdy pewien wieśniak przygarnął osieroconego tygryska. Później powstało tutaj centrum ratownictwa dla tygrysów nie mających szans na przeżycie w naturalnym środowisku.
Tygrysy są podzielone wedłu wieku- malutkie ( 2-4 miesiące); małe ( 5-10 miesięcy); średnie ( 11-15 miesięcy) no i gwóźdź programu czyli duże (ponad 16 miesięcy). Można je wszystkie zobaczyć; dotknąć – na własne ryzyko.
Zanim wejdzie się do tych najsłodszych czyli najmniejszych tygrysków należy zmienić obuwie i umyć ręce. Niektóre ze zwierząy są śpiące; a niektore chętne do zabawy. Nie wyglądały na krzywdzone lub faszerowane jakimiś środkami; choć nie jestem specjalistą od zachowań tygrysów.
Obecnie w ośrodku jest ponad 100 osobników; średnio co miesiąc przychodzą na świat kolejne tygrysiątka. Niektóre z tygrysów ważą nawet 300 kg; prawdziwe kolosy.
Ośrodek jest zadbany i czysty; myślę, że mimo różnych opinii warto było tuaj przyjechać i doświadczyć kontaktu z tymi niesamowitymi zwierzętami.
Wiele z tygrysów urodziło się w tym ośrodku i po odchowaniu do około 3 lat zostanie przeniesiona do rezerwatu. Można się bawić z maluchami, dotykać starszych zwierzat należy tylko pamiętać, aby nie dotykać głowy i łap zwierzęcia. Osoby, które chcą się „zapoznać” ze starszymi osobnikami muszą podpisać specjalne oświadczenie, że wchodzą na własną odpowiedzialność. Każde spotkanie jest w obecności tresera-opiekuna; który podpowiada jak należy podejść do zwierzęcia; jak się zachowywać, aby nikomu nie stała się krzywda. Maluchy z reguły śpią, czasem jednak ma się szczęście i można z nimi pobaraszkować, albo nakarmić je z butelki. Przy maluchach jest spora grupa chętnych na bliskie spotkanie; do dużych kotów wchodzą tylko najodważniejsi. W planach miałam zobaczenie tylko maluszków, gdyż nie należę do najodważniejszych jeśli chodzi o kontakt z „kotami”. Wybierałyśmy wersję małe tygryski (zresztą najdroższa wersja); obok było zdjęcie małego lewka-więc namówiłam siostrę, aby wejść do takiego małego; słodkiego kociaka. Tygryski i owszem były małe; a małe lewki ze zdjęcia okazały się lwami 8-9 miesięcznymi; jednak o tym dowiedziałam się dopiero gdy byłam już w klatce z nimi. Zagryzłam zęby i … dałam radę ! Wracając wynajętym tuk-tukiem zajechałyśmy do wioski, która jest zupełnie inna od innych nie tylko w Tajlandii, ale chyba na całym świecie. Tak naprawdę, choć czytałam o tym miejscu, a nawet widziałam je w różnych programach podróżniczych nie ciągnęło mnie w to miejsce – może z racji tego; że będąc tam można się poczuć jak w „ludzkim zoo”. Pewnie już się domyślacie, że mówię o wiosce „długich szyi” zamieszkaną prawie wyłącznie przez kobiety z plemienia Karen – znane też jako plemię Paduang lub Kayan. Plemię to przybyło na te tereny z Birmy; dawniej wioska była znana z produkcji opium. Wstęp do wioski to obecnie koszt 500 bahtów. Zanim wejdzie się do wioski przechodzi się przez szereg straganów z różnymi produktami – wisiorkami, bransoletkami, makatkami... Większość tych przedmiotów kobiety wykonują własnoręcznie, ale są też produkty sprowadzane na przykład z Chin. Przed wejściem do domu często siedziały młode kobiety, które coś przędły albo wyszywały. Część z nich stara się nie zwracać uwagi na turystów; inne uśmiechają się i pokazują co aktualnie robią. Kobiety wyglądały niesamowicie z obręczmi na szyi; podobno obecnie mają wybór i nie muszą godzić się na noszenie obręczy, które są bardzo ciężkie. Nadal jednak w plemieniu uważa się, że im dłuższa szyja u kobiety, tym ona jest piękniejsza. Pierwszą obręcz na szyję zakłada się dziewczynce już po ukończeniu 5 roku życia i dokłada kolejne do momentu, aż ukończy 21 rok życia. Noszenie tych „ozdób” tak naprawdę nie wydłuża kobiecie szyi; jest to tylko złudzenie optyczne wywołane sztucznym obniżeniem obojczyków. Zrobiłam w tej wiosce kilka zdjęć, ale za każdym razem pytałam się, czy dana osoba wyraża na to zgodę.
* około godz. 17.30 powrót do miasta; odpoczynek. Wieczorem wyjście na lokalny targ
Kiedy nadchodzi wieczór wiele ulic w Chiang Mai staje się targami; nocnymi marketami. Znajdziemy tu prawie wszystko – od pysznego pad thai; po ubrania, mydełka zapachowe; instrumenty wykonane ze skorupy żólwia. Takich targowisk jest kilkanaście. Które są warte zobaczenia? Na pewno gdy chcesz skosztować pysznych tajskich potraw wybierz się na Chiang Mai Gate Night Market. Jeśli jesteś miłośnikiem orientalnych roślin zajdź koniecznie na Tom Lan Yay Market. Oczywiście nie możesz ominąć Chiang Mai Night Bazar – największy market czynny w tygodniu. Są też markety czynne tylko w sobotę lub w niedzielę. Jeśli szukacie jedzenia wybierajcie markety przy bramach; jeśli chcecie zakupić pamiątki- odwiedzcie koniecznie targi weekendowe lub nocne. Warto poczekać z kupowaniem pamiątek właśnie do Chiang Mai; choć i w Bangkoku można się obłowić :) Targi są bardzo duże, należy uważać gdyż kręci się po nich sporo kieszonkowców.
Dzień V – 21.01.2018r
* wczesna pobudka, śniadanie; po śniadaniu przejazd do wybranego wcześniej ośrodka dla słoni.
Wybrałyśmy jeden z wielu; taki w którym nie oferuje się przejażdżek na słoniu, a turyści są raczej zachęcani do obcowania z tymi gigantami; oferuje się wspólną kąpiel i karmienie oraz rozmowę wyjaśniającą na czym polega opieka nad słońmi; jaki jest ich typowy dzień w takim ośrodku. Polecam każdemu; namiary na ośrodek: Elephant Nature Park.
Rezerwację musiałam zrobić kilka miesięcy przed wyjazdem, gdyż ośrodek ten jest bardzo oblegany przez turystów. Przez ostatnie lata miejsce to zyskało duży rozgłos, w wielu relacjach o pobycie w Tajlandii wymienia się właśnie ten ośrodek jako jeden z najlepszych. Obecnie wokół Chiang Mai powstało wiele podobnych ośrodków, które równie dobrze opiekują się tymi wspaniałymi zwierzętami.
Ośrodek ten założyła drobna Tajka, która postanowiła pomóc i zadbać o te wspaniałe zwierzeta w momencie, gdy stały się już ludziom niepotrzebne lub gdy były bardzo skrzywdzone. Założyła ośrodek w 1990r; ma on bardzo dobre opinie wśród osób odwiedzających Tajlandię i Chiang Mai. Tutaj słonie znajdują bezpieczną przystań. Wszystkie zwierzęta przebywające na terenie tej ostoi mają za sobą bardzo trudne, często traumatyczne przeżycia. Niektóre były maltretowane; pracowały w cyrkach. Większość z nich trafiła tutaj z poważnymi uszkodzeniami ciała; czasem ledwo udało się je uratować. Na terenie Parku jest szpital dla słoni; znajduje się tu również kuchnio-spiżarnia, w której przetrzymuje się zapasy owoców i warzyw. To właśnie tu przygotowuje się pyszne jedzenie dla słoni.
Działalność Lek -bo tak nazywa się założycielka ośrodka- nie polega tylko na zapewnianiu wygodnego życia słoniom; stara się ona uświadamiać społeczeństwo, że słonie to mądre i wspaniałe zwierzęta. Choć otrzymywała pochwały i nagrody z zagranicy w swoim kraju niestety przez długi czas była szykanowana.
Wychowywała się w małej wiosce w Tajlandii; gdy była małą dziewczynką jej rodzina przygarnęła osieroconego słonia; który stał się ich przyjacielem. Gdy skończyła studia postanowiła właśnie opiece nad słońmi poświęcić swoje życie. O jej działalności i działalności parku powstało wiele filmów dokumentalnych; oczywiście można też obejrzeć relacje na youtubie :)
Od razu zaznaczam, że nie jest to tania przyjemność; można wybrać wersję półdniową (160/170 zł od osoby) lub wersję całodniową ( 250/260 zł od osoby). Należy pamiętać, że koszty są tak wysokie ponieważ wykupienie, utrzymanie i zadbanie o odpowiednie warunki dla takiego zwierzaka to droga, a nawet bardzo droga sprawa. Może nie wszyscy wiedzą o tym, że te kolosy dziennie zjadają pokarm ważący około 250 kg.
Dieta słonia składa się z roślin, warzyw i owoców. Największymi słoniowymi przysmakami są liście bambusa, banany, ryż, trzcina cukrowa i kukurydza. Słonie w tym kraju z jednej strony są czczone; występują często w mitach religijnych; uważane są za stworzenia przynoszące szczęście :) Były wykorzystywane w trakcie wojen; do ciężkich prac.
Z czasem ludzie zaczęli wykorzystywać je w turystyce; niestety w sposób zupełnie niecywilizowany; zadając im ból i cierpienie.
Mało kto czyta i interesuje się tym, jak słoń jest przyuczany, aby być rozrywką dla turystów. Po phajaan – to metoda tresowania słoni, polegająca na łamaniu ich woli; duszy małe słoniki są zamykane w klatkach i zabierane od matek. Zrozpaczone, wystarszone, bite pragną dobroci i spokoju. Wtedy pojawia się człowiek, wybawiciel, ten który nie brał udziału w tresurze. Daje małemu jeść; zabiera go z klatki, otacza opiekę – a słoń nabiera do niego zaufania.
Wtedy następuje nauka różnych sztuczek... Osobiście nie chciałam przykładać do czegoś takiego ręki i zdecydowałam się na całodniowy pobyt w Elephant Nature Park.
Obszar parku robi ogromne wrażenie; otoczony jest pięknymi, zielonymi wzgórzami; położony nad strumieniem jest wspaniałym miejscem do życia dla tych istot. Nie są tutaj ograniczane, przeważnie podążają za swoim opiekunem; czasem jednak wynika jakieś zamieszanie. Wtedy można schować się za najbliższym kamiennym kręgiem. Do słoni można podchodzić, głaskać je, karmić.
Przed wejściem do parku wszyscy zostają dokladnie poinformowani jak należy zachowywać się w obecności słonia. Uratowane zwierzęta boją się dotykania w głowę; gdyż właśnie w głowę były najczęściej ranione. Każdej grupie najczęściej 8-10 osobowej zostaje przydzielony przewodnik, który się opiekuje grupą. On właśnie odbiera ludzi z hosteli i wiezie do ośrodka. Droga przeważnie zajmuje ponad godzinę. Kiedy już dotarliśmy obejrzeliśmy najpierw filmik, który prezentuje założenia ośrodka, przedstawia założycielkę oraz kilka pierwszych uratowanych słoni. Dowiedzieliśmy się również co powinniśmy robić, aby nasz tutaj był bezpieczny i jak najbardziej atrakcyjny. Nie byliśmy jedyną grupą; takich grup jak nasza było kilka. Kojarzyło mi się to troszkę z komercją; ale wiem, że utrzymanie takiego ośrodka jest bardzo kosztowne; a my byliśmy tam po to, aby pomóc tym zwierzętom. To nie park rozrywki; to dom dla tych wspaniałych zwierząt; nie są one tam po to, aby nas zabawiać; a my przyjechaliśmy tam na moment, aby zachwycić się tymi posągowymi zwierzętami- jednoczesnie im pomagając. Mogliśmy w ciągu tego dnia wykonywać prace, które codziennie wykonują opiekunowie słoni lub wolontariusze, którzy przebywają tu dłużej. Karmiliśmy słonie z wielkich koszyków; to było wspaniałe uczucie- poczuć szortską skórę słonia; zobaczyć jak delikatnie potrafi sięgać po smakowite kąski. Jak już chyba wcześniej pisałam jeden słoń zjada przeważnie 250 kg pokarmu każdego dnia (niebagatelna porcja); najbardziej lubią jeść banany oraz arbuzy, z chęcią jedzą też takie specjalne kulki przygotowane z ugniecionych owoców.
Po spacerze i karmieniu słoni turyści są częstowani wspaniałym tajskim posiłkiem; a potem następuję kąpiel w rzece. W trakcie spacerów bardzo dużo dowiedzieliśmy się o zwyczajach słoni; usłyszeliśmy historię każdego słonia.
Słonie mają tu przestrzeń zapewniającą im swobodę; a turyści choć ubożsi o sporą sumkę wyjeżdżają przepełnieni wrażeniami. Mogą kąpać się ze słoniem, drapać go, oblewać błotkiem. Słoń wymaga codziennego, długiego spaceru oraz kilkakrotnej kąpieli w rzece; ponieważ słonie obrzucają się ziemią, która zatyka ich pory w skórze, a to zagraża ich zdrowiu. W naturalnych warunkach słoń obsypuje się ziemią, a później tarza w wodzie.
Oczywiście można się również sporo dowiedzieć o życiu i zwyczajach słoni. Czas mija tu bardzo szybko; można obserwować i obserwować bez końca te wspaniałe zwierzęta.
Zawsze z każdym słoniem wędruje mahout ( jeźdzca słoni) . To osoba, która dzień i noc sprawuje pieczę nad słoniami, tworzy z nim wieloletnią więź, często jest przygotowywany do tego od dziecka. Mahout potrafi przewidzieć zachowanie słonia, zna jego zwyczaje i odruchy. Może zareagować natychmiast, gdy jest to potrzebne. Komunikuje się ze słoniem za pomocą prstych komend, w ośrodku, który odwiedziliśmy opiekunowie śpią ze słoniami; dając im poczucie bezpieczeństwa.
Takich ośrodków w Chiang Mai jest kilka; zależało nam z siostrą, aby był to ośrodek przyjazny tym wspaniałym zwierzętom. Co ciekawe jest to chyba jeden z niewielu ośrodków w którym oprócz zranionych, wykorzystanych i starych słoni opiekę znalazły inne zwierzęta- zwłaszcza psy.
Po powrocie do Chiang Mai chciałyśmy zobaczyć przynjamniej jedną, albo dwie świątynię ; pochodziłyśmy po uliczkach cichego, zielonego – ale wcale nie małego Chiang Mai.
Dzień VI – 22.01.2018r
* pobudka, śniadanie; zakup pamiątek
Liczne świątynie, farmy słoni i Świątynie Tygrysów; farmy orchidei, treking po dżungli, lekcje gotowania... z tego słynie Chiang Mai. A ja dzięki informacjom z internetu postanowilam odwiedzić miejsce pewnie mniej znane, ale za to bardzo ciekawe. To Museum Art in Paradise.
Znajdują się tu obrazy 3D namalowane w ten sposób, że mamy wrażenie iż sami uczestniczymy na przykład w safarii, surfujememy na desce po falach albo jesteśmy pożerani przez dinozaura :) Choć jest to muzeum nie jest tu wcale nudno. Każdy chce mieć fotkę w paszczy King Konga, bez względu na to ile ma lat.
Wstęp nie jest drogi, a zabawa gwarantowana. Trzeba przeznaczyć na pobyt tutaj około 2 godzin. Osobiście polecam i podaję namiary:
Art in Paradise Chiang Mai; 199/9 Changklan Road; blisko Shangrila Hotel
* przejazd taksówką na pobliskie lotnisko – koszt około 100/150 THB
* przelot samolotem z Chiang Mai do Bangkoku; koszt około 120/140 zł za przelot
* zakwaterowanie w wybranym hostelu w centrum Bangkoku; odpoczynek – hostel w którym nocowałyśmy przed powrotem do Polski nazywa się Innspire Bangkok. Świetne miejsce; blisko centrum – dosłownie 15 minut piechotą od Wat Pho czy Khao San Road; niesamowicie serdeczny gospodarz; który chętnie podpowie i udzieli praktycznych rad.
* przejście do China Town; zwiedzanie tego miejsca od godz. 16.00 ; nie zobaczyć China Town w Bangkoku to tak jakby w ogóle nie zobaczyć miasta :)
To serce chinskiej społeczności w Tajlandii, które powstało przeszło dwa wieki temu. Chińczycy dotarli już chyba wszędzie ; na China Town można kupić chyba wszystko: od owoców morza przez warzywa, do ubrań, pamiątek; no i oczywiście jedzenia. W przeszłości kojarzyło się nie tylko z legalnym handlem, ale również z licznymi palarniami opium.
Idąc ulicami tej dzielnicy zobaczycie żywe kraby i krewetki; czekające na zgłodniałe podniebienia :)To właśnie na China Town można zjeść podobno najsmaczniejszego kraba w mleku kokosowym. W ogóle Bangkok i Tajlandia to raj dla łasuchów kulinarnych. O ile w Chiang Mai skosztujemy lokalnej kuchni z północy zwaną lanna; nie używa się w tym mieście mleka kokosowego,lub używa się go bardzo mało.
Je się dużo wieprzowiny, za to mniej owoców morza; oczywiście wszędzie można skosztować pysznego mango sticky rice – mniam ! Natomiast w Bangkoku zakosztujecie kuchni azjatyckich, a więc kuchni wietnamskiej, tajskiej, hinduskiej czy malajskiej. Z tradycyjnych dań tajskich skosztujcie : pad taj (czyli makaron z krewetkami, jajkiem w bardzo aromatycznym sosie); wspaniałą sałatkę z papaji i wiele innych pysznych dań.
Należy uważać bo niektóre są bardzo pikantne; jednak na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. To miasto to jedna wielka stołówka – dookoła co krok natykasz się na stragany z jedzeniem; wdychasz aromaty różnych dań.
Nie można za bardzo myśleć o higienie; gdyż nie zawsze dominuje wśród tych gar kuchni czystość; ale skoro setki tysięcy przed nami dało radę :) ...my również nie martwiłyśmy się tym na zapas, tylko korzystałyśmy i rozpieszczałyśmy nasze podniebienia.

Co warto zwiedzić?

W zależności od podejścia - ja byłam w Tiger Kingdom; choć wiem że nie każdy pochwala takie miejsca; polecam natomiast Elephant Nature Park; warto wybrać się na jeden z nocnych targów - zwłaszcza ten Chiang Mai Gate Night Market. No i oczywiście koniecznie zaliczcie Museum Art in Paradise- super abawa nie tylko dla dzieci; warto przeznaczyć na to miejsce przynajmniej 2 godziny.

Porady i ważne informacje

Polecam nocleg w hostelu The Grace House; świetne położenie; czysto; super śniadania.

Komentarze:


kawusia6
2018-02-03


:) Bangkok wspaniały ze swoimi świątyniami ( Grand Palace; Wat Arun); chaosem, pędem; ciągłym ruchem- ale to właśnie Chiang Mai skradło moje serce i bardzo żałuję, że mogłam być tak krotko. Jesli powtórzę wypad to będzie północ a potem przelot na południe- Krabi albo Phuket.

piea
2018-02-03


ach... sobie powspominałam.... z łezką w oku....
Dla mnie właśnie Północna Tajlandia pozostanie na zawsze tym, co najpiękniejsze w tym kraju....; mój absolutny tajski priorytet- to właśnie Złoty Trójkąt i Chiang Mai.
No superrrr!!!

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Galeria zdjęć (liczba zdjęć: 134)