Podróże, wakacje
Wakacje
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Namibia, 5000 km przez Namibię - porady, zwiedzanie i opis wakacji użytkownika lordowski.

Kwiecień 2012

Ktoś zapyta dlaczego Namibia? nie dość, że droga, nieodkryta, mało popularna... to jednak cholernie ciekawa. Najstarsza pustynia świata, najwyższe wydmy na świecie, Etosha - wspaniały park narodowy z przeogromną ilością dzikich zwierząt, drugi co do wielkości na świecie kanion rzeki Fish, kolebka gepardów... długo można by wymieniać...

Namibia to kraj kontrastów, z jednej strony powierzchnia ponad dwukrotnie większa od Polski, a z drugiej strony zaludnienie ok 2 mln mieszkańców... Ogromne przestrzenie, panoramiczny horyzont bez żywej duszy, krajobraz pustynny, półpustynny po sawannowy. Więcej impulsów nie potrzebowałem...

Po zapoznaniu się z ofertą rodzimych biur podróży, które proponują objazd po Namibii w kwocie często przekraczającej 17 tys zł., zdecydowałem że taki objazd zorganizuje sobie sam... no może nie sam tylko przy pomocy wujka googla i jego kontaktów.

Dość szybko namierzyłem kilka miejscowych biur podróży i po porównaniu kosztów i trasy, najlepszą ofertę przedstawił Bocian Safaris (Polak, który na miejscu prowadzi biuro wraz z żona Namibijką). Zaczęliśmy ustalanie trasy, która w ostatecznie wyglądała tak: lądujemy w Windhoek, potem Fish River Canyon, Aus, Namib Naukluft, Sesriem, Sossusvlai, Deadvlai, Walvis Bay, Swakopmund, Ugab Rhino, Twylfefontain, Palmwag, Otjitotongwe (farma gepardów), Opuwo, wioski Himba, Epupa Falls, Ruacana, Etosha, Waterberg i z powrotem do Windhoek, skąd wracamy Air Namibia (swoją drogą spodziewałem się większego wypasu na tak długim locie - brak multimediów w zagłówkach, mało miejsca na nogi, z alkoholi tylko wino i piwko) via Frankfurt do Warszawy... w sumie 16 dni, ponad 5000 km drogami szutrowymi w kurzu... noclegi rozłożone pół na pół między namioty i lodże... a czemu spaliśmy w namiotach... już wyjaśniam... przykładowo 1 nocleg w lodży (lodge) w okolicach wydm - ok. 1000 EURO/2 os. wiec tam gdzie gdzie tanio (do 100 euro za noc/os) braliśmy lodzie, a gdzie drogo, spaliśmy w namiotach na łóżkach polowych.

Skoro trasę już mamy opracowaną to zaczynamy rozglądać się za biletami lotniczymi.. opcje są 3:

  1. British Airways/Lufthansa via Joahannesburg(RPA) i stamtąd do Windhoek,

  2. Air Berlin,
  3. Air Namibia z Frankfurtu

Zapisuję się na wszelkie możliwe newslettery w oczekiwaniu na jakąś promocję. Mijają 3 miesiące, a promocji ani widu ani słychu... Najbardziej odpowiada nam opcja lotu Air Namibią (loty nocne - z Fra wylot o 20, na miejscu jesteśmy o 5 rano dnia następnego, powrót godz. 20, Fra witamy o 7.00 czyli 2 dni do przodu w porównaniu do lufthansy/British Airways, gdzie loty odbywają się w ciągu dnia...

Dla osoby pracującej w POM”ie to nie problem, te 2 dni urlopu w tą czy w tamtą, ale dla ludków na posadkach, to już sporo... w końcu w sierpniu podejmujemy decyzję, że kupujemy bilety na kwiecień. Cena 3000 pln, taniej nie będzie... trudno... dolot do Frankfurtu za 400 pln i czekamy na kwiecień.

Mając już bilety, pozostaje sprawa zorganizowania wizy. Wizę wyrabia się w Berlinie lub Londynie... Opcja standartowa - 45 Euro (trwa 3 dni, od momentu wpłynięcia dokumentów do Ambasady), opcja express 75 euro (6 godzin). Do wizy potrzebny jest program miejscowego biura podróży, zaświadczenie tego biura o prowadzonej działalności jak i szczegółowy program wyprawy z adresami miejsc, gdzie będziemy nocować... Chore to według mnie, ale cóż, takie są wymogi. Żeby było śmieszniej, wszystko potem jeszcze raz sprawdzają na lotnisku jak się przyleci do Windhoek”u.

Tak jak pisałem wcześniej o 5 rano lądujemy w Windhoek, wysiadamy z samolotu i do przejścia do odprawy mamy jakieś 300 metrów po płycie lotniska. Wita nas noc. Ciemno jak w d*** u miejscowego, powietrze rześkie, jakieś takie mało afrykańskie.... ale zapach zwiastuje prawdziwą przygodę. Na lotnisku procedury wizowe znowu trwają wydawałoby się w nieskończoność, kwitki, karteluszki, pierdoły, w końcu uff... mamy wszystkie stemple, bagaże... wychodzimy z lotniska i jest już piękny dzień.

Odbiera nas Erastus (kierowca/kucharz/przewodnik) w jedne osobie, jedziemy na śniadanko, szybka wymiana gotówki na miejscowe Dollary (10 N$ = 1 Euro) i w drogę... tego dnia czeka nas daleka droga na samo południe do Fish River Canyon (650 km po asfalcie). Najnudniejszy dzień naszej wyprawy, ale od kanionu ma być już tylko coraz ciekawiej i piękniej... pożyjemy zobaczymy.

Jako środek transportu mamy Land Rovera popularnie zwanego landryną... w środku 10 wygodnych foteli, miejsce na bagaż + lodówkę z zimną pianką. Jedziemy w 8 osób więc mamy jeszcze trochę miejsca na swoje gadżety. Krótka charakterystyka naszego dyliżansu... nie przyspiesza, nie skręca, nie hamuje, za to wjedzie wszędzie i przejedzie każdą drogę, nawet taką, która drogą nie jest, a tak poważnie... rewelacyjna fura na taką wyprawę.

Do lodży w Fish River Canyon docieramy w nocy... i nagle zaczyna lać. Okazuje się, że landryna ma jeszcze jedną zaletę - dobra wentylacja, więc przez niektóre otwory woda zaczyna kapać do środka. To wszystko przez otwierany dach, który będzie naszą wielką zaletą podczas safari w Etoshy. Możliwość obserwacji zwierząt ze wszystkich stron, a nie tylko przez okna. Na miejscu szybka kolacyjka, pianka i lecimy spać, żeby rano jeszcze przed wschodem słońca dojechać na punkt widokowy do kanionu.

Po obfotografowaniu kanionu, wracamy do naszej lodży na śniadanko... okazuje się, że spaliśmy w super miejscu, czego w nocy i podczas deszczu nie było widać.

Po śniadaniu wyruszamy w kierunku Ai Ais, gdzieniegdzie można spotkać przechadzające się dzikie strusie. Jedziemy dalej szeroką x-pasmówką, zostawiamy w tyle kanion, niesamowite jest to, że sama droga raz brunatnoczerwona za chwilę po przecięciu nożem staje się jasnożółta, by za chwilę przejść w kolor brudnozielony, krajobraz zmienia się na tyle często, że ma się wrażenie jakby się podróżowało w kalejdoskopie. Po drodze mijamy pojedyncze antylopy kudu, aż docieramy w końcu do Ai Ais. Ai Ais to miejsce gorących źródeł, gdzie można odpocząć i zrobić sobie krótką przerwę w podróży. Można też skorzystać z masażu, jednak +30 w cieniu powoduje, że każdy ma raczej ochotę na zimne piwko niż gorące źródła.

Jedziemy dalej, na horyzoncie oczywiście żadnej żywej duszy, nie licząc strusi - jeden próbuje się nawet z nami ścigać... choć pewnie uciekłby jak najdalej, gdyby nie płot po obu stronach drogi. Nagle trach i łapiemy gumę... 10 minut przerwy, szybka zmiana koła i śmigamy dalej w kierunku Aus, a w zasadzie jedziemy, choć z drugiej strony nie jedziemy, tylko zmieniamy 2 koło... znowu dziura w oponie... na szczęście w każdym samochodzie są po 2 zapasy... taki urok dróg. Po godzince dojeżdżamy na camping w Aus i nagle w ciągu minuty niebo zasłaniają chmury i zaczyna się gradobicie...

Kuźwa, gdzie my jesteśmy... czy to naprawdę Afryka? Po 3 minutach, tak szybko jak grad się pojawił, tak szybko znowu poprzez chmury zaczęło przedzierać się słońce. Zamiast spania pod namiotami dostajemy taki szałasik koedukacyjny z dachem i paleniskiem w środku, żeby można było zrobić grilla na kolację... tym razem najlepsza na świecie jagnięcina. Nasze babeczki robią jakąś sałatkę, a grono męskie raczy się piwkiem i mocniejszym alkoholem. W końcu rano trzeba wstać przed wschodem słońca oczywiście... :-).

Rano szybkie śniadanko i jedziemy zobaczyć dzikie konie (legenda głosi, że konie te uciekły na początku XX wieku z zamku Duwisib, tworząc tym samym kolejny gatunek dzikich zwierząt w Namibii)... a kierowcy w tym czasie kupią 2 nowe opony... jak się później okaże, ani koni nie widzieliśmy, ani opon nie udało się kupić... jedziemy więc bez żadnych zapasów.

Opon nie ma, bo może nie ma ich jak dostarczyć?? Podmyło przecież tory jakiś czas temu, ale co stało się z koniami, powinny być tu... no chyba ze schowały się we mgle. Nie ma co tracić czasu na te konie, co my konia na wolności nie widzieliśmy? Jedziemy więc dalej, dziś śpimy na Campingu w Sesriem, pod wydmami, jednym z głównych gwoździ programu, dla którego tłukliśmy się tyle kilometrów z Europy. Po drodze mijamy samochód na drodze ... coś niebywałego ... takich widoków często nie spotyka się na południu Namibii. Przez tereny, które przejeżdżamy żyją Springboki oraz Oryxy, Zebry górskie, Steenboki i śladowe ilości Żyraf i gepardów, ale nie mamy szczęścia ich zobaczyć.

Na camping docieramy wczesnym popołudniem, rozbijamy namiociki, obiadek i jedziemy zobaczyć Sesriem Canyon. Wracamy wieczorkiem, szybka kolacja, bo jutro wstajemy około 4 rano, żeby zdążyć na wschód słońca na wydmach

Kilka faktów na temat Pustyni Namib ... Miejsce to pretenduje do miana najbardziej ekstremalnego i nieprzyjaznego miejsca na ziemi. Żyjące organizmy muszą przystosować się do najbardziej suchego i najcieplejszego miejsca na ziemi. Kiedy w nocy temperatura spada do okolic 0 stopni, w dzień ziemia nagrzewa się do temp. 65 stopni. Same wydmy kształtowały się przez ponad 80 milionów lat, wcześniej góry, które przemieniły się w piasek są teraz 300 metrowymi szczytami. Jest to najstarsza pustynia świata, a wydmy najwyższe na świecie.

No więc wstajemy rano przed 4, żeby jak najszybciej zameldować się przez bramą wjazdową do parku. Bramy otwierają koło godz. 5 rano. W kolejce jesteśmy jako drudzy, za chwilę strażnik podnosi szlaban i szybko pędzimy pod Dunę 45 (najwyższa wydma - wysokość ponad 300 metrów) żeby zobaczyć na niej wschód słońca... powoli wschodzi słońce...

Siedzimy chwilę na górze, rozkoszujemy się widokiem, ale trzeba zacząć schodzić. w końcu przed nami jeszcze Deadvlai, najpiękniejsze miejsce w okolicy. po drodze przechadzają się Oryxy i Springboki. Widoki przecudowne - szkoda, że nie mogę w tym miejscu okrasić relacji zdjęciami.

Powoli kończy się asfalt, a zaczyna prawdziwy off-road, czyli coś, co tygryski lubią najbardziej :-). Nie ma mowy, żeby się zatrzymać, trzeba cały czas jechać do przodu, żeby nie zostać na dobre. Okazuje się, że 3 tygodnie wcześniej cała droga była zalana. Takiego deszczu nie było tu od niepamiętnych czasów. Droga zalana więc nieprzejezdna - chyba bym się zapłakał gdybym nie mógł tego zobaczyć, szczególnie Deadvlai, które ciągle przed nami. Zatrzymujemy się na parkingu i idziemy do Deadvlai. Niesamowity żar leje się z nieba, w cieniu pewnie ze 45 stopni, tylko, że tam nie ma cienia, więc w słońcu pewnie powyżej 60.

Nieistniejące już jezioro Deadvlai powstało ponad 1000 lat temu na wskutek wylania rzeki... w tym miejscu wyrosły akacje, które zdążyły się nawet ukorzenić... teraz zostały już tylko szkielety tych drzew. Droga do tego magicznego miejsca prowadzi przez wydmy i piach. Po 10 minutach spacerku naszym oczom ukazuje się prawdziwy cud natury... w tym miejscu też przydałoby się wstawić kilka zdjęć. Żadne sowa nie oddadzą tego, co można zobaczyć, najchętniej zostałbym tam na dłużej i napawał się pięknem tego miejsca, gdyby nie lejący się z nieba żar... Z żalem powoli opuszczamy wydmy i udajemy się do naszego obozowiska w Sesriem.

W obozowisku szybki posiłek, prysznic i w drogę do Walvis Bay, do przejechania mamy 370 km w kurzu... jest super.

Mijamy znak zwrotnik Koziorożca, pamiątkowe zdjęcia, szampan i dalej w drogę. Zwrotnik koziorożca mijaliśmy już pierwszego dnia, jadąc inną drogą z Windhoek do Kanionu rzeki Fish, jednak wtedy nie mieliśmy czasu na zdjęcia.

Po Drodze zaliczamy Dune Seven na przedmieściach Walvis Bay... zachód słońca mało spektakularny, jesteśmy już w końcu wybredni po tym co zobaczyliśmy wcześniej. Zbiegamy szybko z wydmy na dół, pakujemy się do samochodu i jedziemy do guesthousu... (na drogach asfaltowych konieczne jest zapinanie pasów bezpieczeństwa) w przeciwieństwie do dróg szutrowych). Pytam naszego drivera, czy koniecznie muszę zapinać pasy. Erstaus z uśmiechem odpowiada - po co, jest już ciemno.

Docieramy do guesthousu wreszcie normalne wyrko, pachnąca świeżością biała pościel, łazienka... Przed snem spotykamy się jeszcze z Jurkiem i jego żoną Helmi oraz córeczką Nanoną (organizatorzy całego tego zamieszania). Idziemy na kolację do knajpy, na ostrygi i wypasione owoce morza. Jutro wreszcie możemy pospać, dopiero o 9.00 wypływamy w ocean w poszukiwaniu delfinów i waleni.

Wstajemy rano, pogoda mało afrykańska, rześko, około 15 stopni bez słońca, podobno to typowe dla tego miasteczka, słońce ma wyjść koło 11. zobaczymy... Szybkie śniadanko w guesthousie i jedziemy na łódki. Okrętujemy się i wypływamy z portu, a koło łódki zaczynają krążyć pelikany. Za chwilę kapitan naszej łajby otwiera tylne wejście i na pokład wskakuję foczka. Trochę jak w cyrku, ale widocznie tutaj to norma, bo w nagrodę zwierzaczek otrzymuję kilka rybek.

Płyniemy dalej, w końcu głównym punktem programu mają być delfiny i walenie. W oddali widzimy wrak statku, a na mieliźnie sporo kotików oczekuje na słońce. W międzyczasie nasz kapitan podaje ostrygi na lodzie, inne przekąski + szampana... w sumie fajne 2gie śniadanko.

Za chwilę pojawiają się pierwsze delfiny, które krążą wokół łodzi. Waleni niestety nie udaje nam się zobaczyć. Po 3 godzinkach pływania wracamy na ląd.

Dziś mamy taki lajtowy dzionek, po obiadku jedziemy do Swakopmund, kolejnego portowego miasteczka, oddalonego o około 30 km od Walvis Bay, a po południu mamy czas wolny na drobne zakupy i wizytę na targu miejscowego rzemiosła.

Następnego dnia safari. Pewnie każdemu z Was safari kojarzy się w Afryce z poszukiwaniem The Big Five czyli lwa, słonia, bawoła, nosorożca i lamparta. My udajemy się z rana na pustynię w celu zobaczenia The Little Five... Przybrzeżny pas wydmowy pustyni Namib może wydawać się jałowym i pozbawionym życia kawałkiem różnie uformowanego piachu, ale nic bardziej mylnego. Pustynia tętni życiem, a główną rolę odgrywają małe stworzonka, które przystosowały się do tych ekstremalnych warunków - życie zapewnia im codzienna poranna mgła, która jest jedynym źródłem wody.

Do Little Five zaliczamy kameleona (Namaqua Chameleon), żmiję karłowatą (Sidewinder Snake), złotą jaszczurkę (Shovel-Snouted Lizard), gekona( Palmato Gecko) oraz pajączka (Cartwheeling Spider ). Co ciekawe nie zalecza się do tego grona skorpion...

Na safari wybieramy się z Tommy”m znanym z wielu programów dla National Geographic czy Animal Planet. Fury to tez takie samochody przystosowane do jazdy po głębokim piachu. Ruszamy więc na kolejną przygodę i nagle nasz driver zatrzymuje samochód, wychodzi, wkłada rękę w piasek i jak dziecko zaczyna przekopywać w poszukiwaniu skarbów... i ... wyjmuje gekona. Coś niesamowitego.

Jak oglądałem w TV taki program o litlle five, byłem przekonany, że to wszystko jest wyreżyserowane i te gadziny czekają przygotowane na to by wystąpić przed kamerą, teraz przekonujemy się, że to wszystko jest live.

Najlepszy numer jest ze żmiją karłowatą - zatrzymujemy się, przewodnik wyskakuje z samochodu i leci w te pędy na wydmę. Wraca po kilku chwilach i w kapeluszu trzyma piękną dojrzałą gadzinę... szkoda, że w tym miejscu nie mogę wspomóc się zdjęciem. Żmija długości 30-40 cm, nie jest zbyt szczęśliwa ze spotkania z nami i szybko zakopuje się w piach. Po chwili driver odstawia ją na wydmę, po czym żmijka idzie w swoją stronę.

Za chwilę wreszcie mamy kameleona. Nasi kierowcy mają przygotowany dla niego posiłek w postaci robaczków... kameleon wyrzuca z siebie długaśny jęzor zakończony przyssawką, którym łapie swój posiłek.

W międzyczasie udaje nam się jeszcze zobaczyć złotą jaszczurkę, malutkiego węża długości kilku centymetrów, pełzającą jaszczurkę, która w momencie zetknięcia się z piachem, momentalnie się zakopuje. Na koniec widzimy jeszcze czarnego skorpiona i po 4 godzinach zabawy w piachu wyruszamy w stronę cywilizacji. Wracamy na lunch...

Przed nami jeszcze dziś Cape Cross z wielką kolonią kotików afrykańskich i malownicza droga do naszego obozowiska w korycie rzeki Ugab. Na razie koniec z luksusami - najbliższe 3 noce spędzamy pod namiotami.

Po drodze zaliczamy jeszcze wrak statku, który osiadł na mieliźnie w 2009 roku. Po niecałej godzince dobijamy do Cape Cross, największej na świecie kolonii kotików afrykańskich. Na 400 metrowym pasie wybrzeża tłoczy się prawie 300 tysięcy tych zwierząt - smród niesamowity, co wrażliwsze niewiasty zostają w samochodzie, ale widok jeszcze bardziej niesamowity.

Na camping docieramy już po zmierzchu, więc rozbijamy się po ciemku... wstajemy rano i dopiero teraz możemy zobaczyć w jakich okolicznościach przyrody mieliśmy okazję spać - w korycie wyschniętej rzeki Ugab - wszędzie tabliczki uwaga na dzikie lwy i słonie... nie karmić zwierząt... Na campingu prysznic wygląda następująco: brak bieżącej wody, więc ciepłą wodę podgrzewa się na ogniu w beczce, a zimna dostępna jest z innego źródła, całość miesza się w wiadrze, do którego podłączony jest kranik z prysznicem i w ten sposób mamy 7-8 litrów wody na kąpiel.. :-).

Następnego dnia kolejną atrakcją jest Twyfelfontein, do której mamy tylko 75 km.. ale jak się poźniej okaże, trasę pokonamy w 4,5 godziny! Droga to prawdziwy offroad pomieszany z totalnym hardcore”m ale widoki piękne, dziewicze... ciężko opisać słowami. Gdzieniegdzie spotykamy stada pustynnych zebr.

Wreszcie docieramy do Twyfelfontein, żar leje się z nieba, temperatura w cieniu 38stopni - bierzemy przewodnika, zimne piwko w dłoń i idziemy pooglądać kamienie.

Twyfelfontein wpisane jest na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO. Ryciny naskalne dają nam wyobrażenie o życiu ludzi w tym niegościnnym miejscu przed 10 000 lat.

Po 45 minutach mamy już dość i wracamy do sklepiku z zimną pianką wyruszamy w drogę na nocleg do Palmwag. Po drodze spotykamy żyrafy, antylopy Kudu, perliczki, oraz znaki informujące o możliwości spotkania słonia.

Dojeżdżamy na camping, rozbijamy namioty i po kolacji idziemy grzecznie spać.. :-). Jedną z atrakcji Palmwag jest nieogrodzony rezerwat zwierząt. Żyrafy, Springboki, Oryxy, Słonie i Zebry oraz pojedyncze osobniki lwów i lampartów, żyją zupełnie na wolności nieograniczone żadnymi płotami. 2 osoby z naszej ekipy wykupują sobie game drive i ruszają w poszukiwaniu dzikiej zwierzyny, a część z nas idzie nad oczko wodne zobaczyć wschód słońca... wschody i zachody słońca były najpiękniejszymi i najbardziej „kiczowatymi” zjawiskami jakie miałem okazje kiedykolwiek zaobserwować.

Po śniadanku wyruszamy w drogę, bo do godz. 14 musimy zameldować się na farmie gepardów w Otjitotongwe. Namibia może pochwalić się najliczniejszą populacją gepardów ze wszystkich krajów afrykańskich. Koty te są objęte całkowitą ochroną, bardzo trudno je spotkać w rezerwatach przyrody, unikają ludzi, więc prawdopodobnie jedynym sposobem, aby z bliska zobaczyć geparda jest odwiedzenie jednej z wielu farm. Ustalając program z Bocian Safaris, wybieram farmę w Otjitotongwe, gdyż nie dość, że będziemy mieli możliwość obserwacji tych dzikich kotów w ich naturalnym środowisku, dodatkowo z gospodarzami mieszkają 3 oswojone kociaki, z którymi będzie można sobie zrobić piękną fotkę do rodzinnego albumu. Należy tylko przestrzegać kilku podstawowych zasad... żadnych gwałtownych ruchów, bez śmiechów i głośnego zachowania oraz zdejmujemy okulary przeciwsłoneczne, żeby gepard nie zobaczył w nich swojego odbicia, bo mógłby się wkurzyć. Po tej krótkiej wizycie w zagrodzie gospodarzy, gdzie można pogłaskać geparda i z bliska zrobić mu piękny portrecik, wsiadamy na pakę i jedziemy zobaczyć dzikie i nieoswojone kociaki, które żyją na sporym terenie ogrodzonym płotem. Zabieramy ze sobą spore wiadro świeżej dziczyzny i za chwilę z za krzaków wyłania się kilka kotków. Gospodarz dokarmia je na wypadek, jakby nic nie udało im się upolować.

Następnego dnia rano opuszczamy farmę gepardów i udajemy się do Opuwo (stolicy Koakolandu) czyli regionu zamieszkującego głównie przez Himba i Herero. Robimy tam spore zakupy dla Himba (ryż, mąka, woda, słodycze dla dzieciaków i inne najpotrzebniejsze do życia artykuły), których odwiedzimy w ich tradycyjnej wiosce. Mamy dla nich również przygotowane różne gadżety z Polski (długopisy, zeszyty, pisaki, smycze, baloniki i inne kolorowe pierdoły).

Himba to pasterze, nauczyli się żyć bez wody, nigdy się nie myją, a do mycia rąk używają piasku i okadzają się słodko pachnącym dymem. Kobiety swoje ciało smarują czerwoną sproszkowaną ochrą wymieszaną ze zwierzęcym tłuszczem. Kolor czerwony symbolizuje krew i życie... wszystkie kobiety noszą bransolety zakrywające kostki - najbardziej intymną część ciała, ich liczba stanowi o statusie rodziny oraz chroni przed ukąszeniami węży.

Izolacja Himba pozwala im zachować tradycyjny sposób życia. W tłumaczeniu Himba oznacza mrównika, a nazwa wzięła się stąd, że jedzenie wykopują z ziemi. Trudnią się tylko wypasaniem bydła i jeśli w okolicy zaczyna brakować pastwisk, przenoszą się w inne miejsce, gdzie jest jeszcze pożywienie dla bydła. Chaty oczywiście zostawiają i ewentualnie wracają jak w okolicy ponownie pojawi się trawa.

Każdy z Himba należy do dwóch klanów - jednego ze strony matki i jednego ze strony ojca. Majątek przechodzi z matki na córkę, ale dzieci są własnością mężczyzny. To tyle tytułem wprowadzenia...

Dojeżdżamy zatem do Opuwo, gdzie robimy zakupy i spotykamy się z naszą przewodniczką Qeen Elizabeth (znaną również z przewodników Lonely Planet), która wskaże nam drogę do typowej wioski Himba. Wizyta nie była wcześniej anonsowana, więc nikt się nas nie spodziewa. po kilkunastu kilometrach w totalnym kurzu, docieramy na miejsce. Żar leje się z nieba, przekazujemy wodzowi nasze dary i z szałasiku/chałupki wychodzą kobiety Himba. witają się z nami, pozują do zdjęć, potem śpiewy, tańce, oprowadzają po swojej wioseczce, składającej się z kilku chat ogrodzonych patykami. Następnie wykładają swoje rękodzieła i zaczyna się handelek...

W wiosce przebywa również 57 letnia kobieta, która przybyła do swojej rodziny i okazuje się, że pierwszy raz na oczy widzi białego człowieka.. Nie wiem ile w tym prawdy, ale porozmawiać z nimi nie ma jak, bo żadna z kobiet nie mówi po angielsku. Tłumaczką jest jedynie Qeen (taki pseudonim, bo na Queen to ona w żadnym razie nie wyglądała).

Po godzince pobytu żegnamy się i wracamy w stronę cywilizacji.. dziś śpimy w wypasionej lodży z basenem.

Kolacja również najpyszniejsza z całej trasy: carpacchio z dziczyzny, mięsa grillowane z Elanda, Springboka, Kudu innych antylop oraz strusi... kontrast niesamowity... godzinę drogi od hotelu ludzie nie mają co jeść, bieda aż piszczy, a my tu w lodży na takim wypasie.

Następnego dnia opuszczamy Opuwo, gdzie również jest bardzo dużo ludności Himba w „strojach roboczych” i udajemy się w kierunku Angoli. Po drodze rozdajemy jeszcze wodę mineralną, owoce, jednak zdarza się, że gdy się nie zatrzymujemy się, miejscowa ludność rzuca w nas butelkami... na szczęście żadna nie dosięga celu. To już było mało przyjemne, gdyż nie dla wszystkich starczyło darów...

Szybkie zdjęcie pod olbrzymim baobabem i ruszamy dalej na camping przy Epupa Falls. Dobijamy na miejsce, rozbijamy namioty, bierzemy miejscowego przewodnika i idziemy na rekonesans okolicy w poszukiwaniu krokodyli, małp i węży... Jest taki upał, że nie widzimy żadnego zwierzęcia poza małymi małpami, które skaczą po drugiej stronie rzeki w Angoli. Często spotykamy za to miejscowych, którzy zażywają kąpieli... znaczy się kilka osób się kąpie, a jedna osoba na brzegu rzuca co chwile kamieniem do wody - jak się okazuje jest to sposób na odstraszenie krokodyli. Trzy dni wcześniej krokodyl pożarł tu jednego człowieka...

Po godzince spaceru w upale wracamy na obiadek, raczymy się zimnym piwkiem i jeszcze przed zachodem słońca jedziemy na punkt widokowy, żeby uwiecznić piękny widok wodospadów z góry.

Następnego dnia jedziemy nad najwyższy wodospad w Namibii - Ruacana (również przy granicy z Angolą). Normalnie powinniśmy pokonać trasę w 2 godzinki, jednakże, woda pozalewała drogi i musimy sporo nadłożyć. Wracamy więc do Opuwo i stamtąd kierujemy się nad Ruacana Falls. Skoro jesteśmy w Opuwo, to wyskakujemy jeszcze do marketu, żeby uzupełnić lodówkę piwkiem i w drogę.

Po południu docieramy na camping, szybko rozpakowujemy się i jedziemy zobaczyć ten spektakularny widok największego w Namibii wodospadu. Dojeżdżamy na miejsce i niedowierzamy własnym oczom... miał być spektakularny widok wody, a jest jedna wielka skała bez wody... Nasz kierowca gdzieś dzwoni i okazuje się, że Angola zabrała się za produkcję prądu i wyłączyła kranik z wodą... no cóż, nie wszystko zawsze musi być zgodnie z planem. W końcu to wyprawa, a nie wyreżyserowany odcinek telenoweli. Pakujemy się do naszego dyliżansu i zniesmaczeni wracamy na camping. Jutro wjeżdżamy już do Etoschy i mam nadzieję, że dużą ilością zwierząt powetujemy sobie brak wody w wodospadzie.

Następnego dnia wstajemy jak zwykle rano... i zanim dojedziemy do Etoschy, wstąpimy jeszcze do rodzinnej wioski Erastusa - czyli naszego kierowcy, przewodnika i kucharza w jednej osobie. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze po suszoną na słońcu rybkę. Po drodze widać, że tereny są bardzo podmokłe, żyje o wiele więcej ludzi niż na południu. Można powiedzieć, że na drogach jest tłoczno. Mijamy niezliczoną ilość sklepów i barów, wydaje się, że każdy w okolicy posiada własną knajpę.

Po godzince dojeżdżamy do wioski, ale najpierw trzeba przedrzeć się przez pole sorgo... Cała rodzina wraz z sąsiadami bardzo serdecznie nas wita i zaprasza na drobną gościnę. Rodzice Erastusa przygotowali dla nas beczułkę piwa własnej produkcji oraz ptaszka - kuraka z kaszą zrobioną z sorgo. Nie jesteśmy zbyt głodni, bo wybiła właśnie godzina 10.00 rano, a my zdążyliśmy już rano wciągnąć spore śniadanko, ale nie wypada przecież nie spróbować. Nie jest to może coś, za czym do tej pory tęsknimy, ale jak się później okazuje mięso w wiosce podaje się tylko z okazji świąt i wielkich wydarzeń.

Wszyscy są bardzo odświętnie ubrani, nasz kierowca specjalnie na okazję wizyty w wiosce kupił sobie po drodze nową koszulę i skórzane buty z Kudu - a my... jak zwykle w powyciąganych koszulkach, przetartych spodniach.. ale w końcu jesteśmy na wakacjach i tego punktu programu nie mieliśmy w planach :-).

Po objerzeniu wioski idziemy jeszcze na chwilę pogadać z lokalesami o ich codziennym życiu. W tym czasie dzieciaki i młodzież, tańczy dla nas, śpiewając plemienne pieśni. Nie pozostajemy dłużni i za chwilę rewanżujemy się hitem „hej Sokoły”. Po godzince żegnamy się, dziękujemy za wizytę i ruszamy do w kierunku naszego dzisiejszego celu czyli Parku Narodowego Etosha.

Etosha oznacza wielkie białe miejsce... zamieszkuje je bardzo duża liczba zwierząt i ptactwa, z „wielkiej piątki”, brakuje tylko bawołów. Po przekroczeniu granic parku otwieramy w naszej landrynie dach, tak żeby każdy mógł stać na swoim siedzeniu i wyruszamy na fotograficzne łowy.

W parku poruszamy się po szutrowych drogach, nie wolno przekraczać 60km/h... (w parku Krugera w RPA, drogi były asfaltowe, a prędkość max. to 40km/h). Safari w Etoshy różni się od Kenii i RPA tym, że w tamtych parkach kierowcy jak namierzą jakąś zwierzynę, porozumiewają się ze sobą krótkofalówkami - tutaj każdy jest zdany na siebie. My akurat mieliśmy to szczęście, że naszym driverem był Erastus i jestem pewien, że bez niego nie zobaczylibyśmy tylu zwierząt...

Na dzień dobry naszą drogę tarasuje słoń. Stoi dostojnie, pozuje pięknie do zdjęć, przechadza się to w jedną to w drugą stronę, unosi trąbę, za chwile wciąga nosem trochę piachu, którym się obsypuje... Za chwilę mamy kolejne zwierzęta - Oryxy, dostojnie stoją i się patrzą. Zupełnie inaczej niż na południu Namibii, gdzie jak tylko samochód zatrzymał się, zwierzęta uciekały. Za kolejną chwilkę żyrafy... prężą swoje długie szyje i przyglądają się nam, jakby pierwszy raz w życiu zobaczyły samochód z kilkoma osobami, które celują do nich czarnymi lufami. i tak co chwilę kolejne zwierzęta... czuć wreszcie tutaj prawdziwy zapach AFRYKI.

po godzinie dojeżdżamy na camping w obozowisku w Namutoni, rozbijamy namioty i jeszcze rejestrujemy trochę kiczu na kartach (zachód słońca). Pewnie będą się powtarzały, ale nigdzie na świecie nie widziałem tak spektakularnych zachodów słońca jak właśnie w Namibii, a troszkę świata już objechałem.

Szybka kolacyjka i szykujemy się na rano... bo nasz każdy dzień w Etoschy będzie wyglądał tak samo - czyli - pobudka przed świtem, tak, żeby jak najszybciej wyjechać w poszukiwaniu zwierząt, powrót koło 9-10 na śniadanie, potem zbieramy namioty i przenosimy się do kolejnego obozowiska. Po drodze oczywiście jeździmy w poszukiwaniu zwierząt, następnie rozbijamy się, basenik, obiadek, trochę odpoczynku i po południu, koło godz. 15 wyruszamy na kolejne safari i wracamy do obozowiska przed zamknięciem bram koło 18.00. Każdej nocy słychać odgłosy zwierząt, w każdym obozowisku jest oświetlone jeziorko z wodą, gdzie często w nocy zbierają się zwierzęta.

Następnego dnia wstajemy jak zwykle przed świtem, szybka toaleta, pakujemy się do landryny i wyruszamy na safari.

Ledwo wyjeżdżamy za teren obozowiska i od razu żyrafa, szakal, kilka marabutów, zebry, stado springboków, antylopy gnu, perliczki, antylopy impala. Po chwili Erastus bierze lornetkę i mówi, że za chwilę zobaczymy lwy... gdzie on je wypatrzył? Mijane zwierzęta (zebry i gnu) zachowują się jakoś niespokojnie, inaczej niż wszystkie do tej pory spotkane w Etoshy. Podjeżdżamy jakieś 700-800 metrów w okolice krzaków i dwójka młodych samców z samicą, czają się na śniadanko. Tego nikt się nie spodziewał, że będziemy świadkami polowania przez lwy na zebry i gnu. W pewnym momencie koty przechodziły ze 3 metry od naszego samochodu. Z perspektywy widać, że lwy zaczynają okrążać swoje ewentualne śniadanko, ale zwierzęta zorientowały się, co się kroi i nagle rozbiegają się w różne strony. Tym razem nie będzie posiłku, lwom zostaje tylko woda.

Dobiega już godzina 10.00 ale skoro lwy nic nie upolowały, to nie znaczy, że my mamy być głodni :-). Wracamy do obozowiska na śniadanko, pakowanie namiotów i wyruszmy do drugiego campingu w Halali.

Po drodze jak zwykle cały zwierzyniec, z okazów, które warto odnotować, to spotkanie nosorożca, który znienacka przebiegł przed naszym samochodem. Jakbym się dobrze wychylił, spokojnie mógłbym dotknąć rogu tego dwutonowego maluszka.

Po drodze do naszego drugiego obozowiska mijamy jeszcze bajorko, a tam kwitnie życie towarzyskie. Zebry, guźce, kaczki, antylopy wszelkiej maści zażywają kąpieli i korzystają z wodopoju.

Po obiadku i krótkiej kąpieli w basenie wyruszamy na kolejne safari. Ponownie udaje nam się zobaczyć całą masę zwierząt w ich naturalnym środowisku, a przed samym powrotem na nocleg jedziemy jeszcze w jedno miejsce, gdzie można spotkać lwy. Zamiast kota, w bajorze widzimy taplającego się nosorożca, a jakieś 40 metrów od niego przez moment widzieliśmy lamparta. Zanim złapałem na nim ostrość, kiciuś zaszył się w trawie i już się więcej nie ujawnił... czekaliśmy na niego z pół godziny, ale trzeba było wracać do obozowiska, gdyż punktualnie o 18.00 zamykają bramy i spóźnialskich czekają cholernie drogie kary. Pędzimy więc co sił i mocy w silniku i minutę przed 18 meldujemy się w obozowisku. Swoją drogą landryna osiągnęła rekord prędkości tego wieczora, kurzyło się za nami niemiłosiernie i na szczęście nie było żadnego nosorożca ani słonia na drodze, bo spotkanie z takim zwierzaczkiem mogło skończyć się groźnym wypadkiem. Cali i zdrowi i pełni wrażeń po szybkiej kolacyjce i małej piance idziemy jeszcze nad oczko wodne, które jest przy każdym obozowisku. Można tu spotkać różne zwierzęta, tym razem w nocy przychodzi ogromne stado około pięćdziesięciu słoni. Po takiej atrakcji wracamy do namiotów i szybko zasypiamy. Kolejnego dnia historia się powtarza... wstajemy oczywiście przed świtem, szybka toaleta i pakujemy się do landryny, żeby zobaczyć, czym natura nas tym razem zaskoczy. Dziś mamy życzenie dla naszego kierowcy - chcemy zobaczyć King Lion”a i z samego rana mamy szczęście. Przy drodze spotykamy 2 piękne dorosłe z wielkimi grzywami kotki. Są tak blisko, że jakby zaczęły ziewać to wychylając się z samochodu spokojnie można by było pobawić się ich migdałkami. Patrzymy sobie z lwami w oczy, strzelamy piękne portrety i po dłuuugiej chwili jedziemy dalej. Nieopodal trawę skubie oryx, pasą się jeszcze inne antylopy, ale polowania raczej nie zobaczymy, ponieważ lwy wyglądają na najedzone.

Dalej widzimy jeszcze ogromne stado około stu zebr, w oddali widzimy jeszcze sępy, które czyszczą łąkę z padliny po uprzednim polowaniu. W końcu dojeżdżamy do naszego ostatniego już obozowiska Okaukuejo w Etoshy. Dziś zamiast pod namiotami, śpimy w lodży... SUUUUUPER ... w planie mieliśmy nocleg pod namiotami... bardzo miła niespodzianka ze strony organizatorów naszej wyprawy.

Idziemy się rozejrzeć po terenie i obadać, gdzie jest oczko wodne. Tym razem widzimy dumnie kroczącego słonia, który najpierw przegania całe towarzystwo innych mniejszych zwierząt, bo najwyraźniej chce mieć całą przestrzeń tylko dla siebie. Po wypiciu kilkudziesięciu litrów wody, zaczyna ochlapywać się błotem. Taki spektakl trwa często ponad godzinkę, zresztą zwierzęta przy oczku są cały czas, nie trzeba wyjeżdżać na żadne safari.

My jednak zbieramy się powoli, jedziemy na kolejne safari, może znowu spotkamy jakieś kotki - zebry, oryxy i inne antylopy nie robią już na nas większego wrażenia, często słychać głosy z naszej grupy, ze są one tak powszednie jak krowy przy drogach w Polsce :-).

Jak postanowiliśmy to ruszamy, po drodze nie widzimy NIC (czyli zebry, antylopy), ale za chwilę w oddali prawdopodobnie są lwy. Zatrzymujemy się i rzeczywiście chwilę wcześniej odbyło się polowanie i rodzinka kotów zajada późny obiad. Przyglądamy się przez ponad godzinę, ale tym razem lwy są oddalone od nas o jakieś 200-300 metrów. Zaczyna się ściemniać, więc zajmujemy swoje miejsca w dyliżansie i wracamy na kolację do obozowiska.

Następnego dnia wstajemy jak zwykle z rana, dziś już opuszczamy Etoshę, kierujemy się do Waterbergu na nasz ostatni nocleg przed wylotem. Jak ten czas szybko zleciał. Mamy do przejechania około 250 km po dobrych drogach, więc jeszcze zdążymy na poranne safari. Znowu mamy okazję zobaczy całe multum zwierząt, Antylopy Dick Dick, Kudu, Impala, strusie, żegnają się z nami również żyrafy, zebry oraz słonie... wyjeżdżamy z parku, wstępujemy jeszcze na pyszny obiadek z dziczyzny (krokodyle, strusie, antylopy to tylko niektóre pozycje z karty Menu :-)). Po takim posiłku jedziemy na nasz ostatni nocleg w Namibii do Waterberg Lodgy. Docieramy o zmierzchu, a pod naszymi domkami przechadzają się pawiany, skubią trawę antylopy DikDik, oraz biegają mangusty. Rano jest opcja wykupienia game drive”u, ale nikt nie ma ochoty wstawać o 5 rano, z drugiej strony widzieliśmy tyle zwierząt w Etoshy, ze mamy albi, aby trochę pospać przed nocnym lotem do Europy.

Następnego dnia, w drodze na lotnisko, zatrzymujemy się jeszcze w Okahandja, gdzie jest prawdopodobnie najlepszy sklep z biltongiem (suszonym mięsem z kudu, oryxa, wołowiny etc.) oraz na największym targu z rzemiosłem, gdzie wydajemy ostatnie N$.

Żegnamy się z Namibią, ale jesteśmy przekonani, że jeszcze tu wrócimy.

wytrwałych czytelników, którzy dotrwali do końca relacji zapraszam do obejrzenia zdjęć na picassa, a tych którzy nie dotrwali... też zapraszam... :-) - https://picasaweb.google.com/102737121687460584000/Namibia2012#

Co warto zwiedzić?

  • Fish River Canyon,
  • Pustynia Namib,
  • Twylfefontain,
  • Palmwag,
  • Otjitotongwe (farma gepardów),
  • Opuwo,
  • wioski Himba,
  • Epupa Falls,
  • Ruacana,
  • Etosha,
  • Waterberg,
  • Caprivi,
  • Khaudum NP.

Komentarze:


Brak komentarzy.


Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Galeria zdjęć (liczba zdjęć: 274)