Podróże, wakacje
Wakacje
Nawigacja: Strona główna » Artykuł
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Oko w oko ze śmiercią

Oko w oko ze śmiercią

W programie kursu na pilota wycieczek zawarty jest temat: „sytuacje awaryjne/kryzysowe”. Prowadzący zajęcia zwracają uwagę na to jak należy się zachować np. w momencie zgonu turysty. Kursanci zwykle dopiero wtedy zdają sobie sprawę, z tego jak poważny zawód wybrali. Są jednak przekonani, że im osobiście tego typu sytuacja się nie zdarzy. Naiwni!
 

Cóż to musiałby być za pech, żeby najgorsza z możliwych sytuacji spotkała właśnie nas. Tymczasem okazuje się, że śmierć uczestnika imprezy turystycznej zdarza się i to całkiem często. Podczas swojej pracy na stanowisku rezydenta miałam z tym styczność.

W szpitalu.
Sześćdziesięcioletni pan Antoni był przesympatycznym turystą. Podczas jednego z dyżurów podszedł do mnie wraz z żoną i rozmawialiśmy przez dobre dwadzieścia minut o tenisie stołowym. Uwielbiam turystów, którzy nie tylko oczekują od rezydenta tzw. ”zabawiania”, ale także sami potrafią przekazać jakieś ciekawe treści. Rozmowa była bardzo miła, kulturalna i interesująca. Niestety nie mogła trwać wiecznie, bo przerwali ją inni wczasowicze. Przez kolejne dni nie miałam kontaktu z małżeństwem. W połowie drugiego tygodnia ich wczasów postanowiłam zjeść kolacje w hotelu, gdzie byli zakwaterowani. Przy samych drzwiach restauracji zobaczyłam zaniepokojoną żonę pana Antoniego. Poprosiła mnie o pomoc. Jej mąż, nie wiedzieć czemu, po spędzonym aktywnie dniu bardzo źle się poczuł. Po zachodzie słońca ograł wszystkich młodych w tenisa i wrócił do pokoju. Nie chciał jednak zejść na kolację, tylko poprosił żonę o przyniesienie wody mineralnej. Kobieta załatwiła wodę i wróciła do pokoju, ale mąż nie otwierał. Po paru minutach bezsensownego pukania w drzwi zeszła na dół chcąc od recepcjonisty wziąć drugi klucz (pierwszy był w pokoju). Ze względu na problem z komunikacją w języku angielskim moja przypadkowa obecność ucieszyła turystkę. Nie pamiętam jak to się stało, że poszłam razem z nią do pokoju (normalnie unikam tego jak ognia). Po otwarciu drzwi zobaczyłyśmy leżącego w toalecie pana Antoniego. Był nieprzytomny. Widać było, że jeszcze chwilę wcześniej wymiotował. Było to przyznam szczerze przerażające, ale sytuacja wymagała natychmiastowej reakcji. Rozpoczęłyśmy udzielanie pierwszej pomocy. Poinformowałam recepcję o sprawie oraz lekarza hotelowego. Lekarz wezwał pogotowie ratunkowe, które błyskawicznie pojawiło się na miejscu i zabrało pana Antoniego do szpitala. Wszystko działo się bardzo szybko. Żona pana Antoniego wzięła mnie za rękę i nie wiem w którym momencie znalazłam się wewnątrz karetki . Karetka była fatalnie wyposażona. Wszystko wyglądało strasznie nieprofesjonalnie. Niestety w szpitalu turysta zmarł. Zawiadomiłam centralę biura, skontaktowałam się też z ubezpieczycielem. Niemal wszystkie kwestie związane z powrotem ciała do kraju załatwiał ubezpieczyciel. Ja zaopiekowałam się kobietą.

W recepcji.
W prawdzie nie byłam rezydentką pana Tomasza, ale sprawę znam z pierwszej ręki. Magdalena, moja współlokatorka i koleżanka z pracy, otrzymała wieczorową porą telefon z hotelu. Recepcjonista wyraźnie zdenerwowany prosił o natychmiastowy przyjazd, ale nie zdradził o co chodzi. Okazało się, że pan Tomasz pod wpływem upojenia alkoholowego zeskoczył z balkonu wewnętrznego i z hukiem spadł. Upadek był śmiertelny. Hotel nie skontaktował się jedynie z Magdaleną, ale również z policją, lekarzem i kontrahentem mojej firmy. Rezydentce „szczęśliwie” nie było dane zobaczyć ciała i krwi, bo kiedy dotarła do hotelu wszystko zostało załatwione. Dziewczyna minęła w drzwiach hotelu szefową rezydentów, która okiełznała sprawę. Magdalenie zostały sprawy formalne tj. spakowanie i spisanie (komisyjne) wszystkich rzeczy nieboszczyka oraz zabezpieczenie paszportu.

W samolocie.
Po ciężkich miesiącach pracy otrzymałam zasłużony urlop. Wykończona postanowiłam usiąść w samolocie z dala od swoich turystów. W czasie lotu pasażerowie i tak są pod opieką linii lotniczych, a nie rezydenta, więc w moim zachowaniu nie można doszukiwać się uchybień. Wszystko przebiegało spokojnie, czyli dokładnie po mojej myśli, aż do momentu wejścia na pokład ekipy z biura podróży XXX. Okazało się, to małe biuro wysłało na wakacje rodzinę złożoną z dziewiętnastu osób (dziadkowie, ciotki, wnuki itd.). Mi natomiast przypadło siedzieć między nimi. Przyznam szczerze, że wybrałam fatalną miejscówkę. Strasznie nieprzychylnie wypowiadali się o swojej rezydentce. Pozwolę sobie zacytować: ”Nie dość, że brzydka to jeszcze do d... rezydentka”. Ten tekst sprawił, że nie zapałałam do nich sympatią. Dodatkowo dzieciaki dawały w kość! Lot miał miejsce w nocy, więc ucieszyłam się jak po godzinie lotu nastała cisza. Byłam szczęśliwa, że już za trzy godziny będę w domu. Nie spodziewałam się, że to będą trzy najdłuższe godziny w moim życiu. Nagle kobieta siedząca za mną zaczęła krzyczeć: „Coś nie tak z Romanem! Cały czas było mu niedobrze i głowa go bolała! A teraz? Sama nie wiem, co mu jest.”. Na to dało się słyszeć odpowiedz: „Mamo, daj mu torebkę i niech zwymiotuje!”. Turysta siedzący obok mnie obruszył się i warknął: „Niech nie rzyga, bo będzie śmierdzieć! Nich ślinę przełknie!”. Żona chorego nie dawał za wygraną i znów zaczęła krzyczeć. Obsługa samolotu zapaliła światło i podbiegła do pasażerów. Obróciłam głowę, a w szparze między fotelami zobaczyłam twarz mężczyzny. To było straszne! Twarz miała kolor brunatny, oczy były do połowy otwarte, a źrenice odpływały w przeciwne strony. Do tego mężczyzna chrapał, był jednocześnie nieprzytomny. Natychmiast zbiegli się lekarze, którzy przypadkowo byli na pokładzie samolotu (turyści). To oni przejęli inicjatywę, ale nie wiedzieli jaka jest przyczyna problemu. Twierdzili, że może to być wszystko, a oni w samolocie nie mają możliwości ustalić czegokolwiek dokładnie. Słyszałam ich rozmowy z rodziną (tzw. wywiad), a również między sobą. Z rozmów jasno wynikało, że specjalnej nadziei na szczęśliwe zakończenie tej historii nie ma. Lekarze ustalili, ze mężczyzna oddycha samodzielnie, a ciśnienie krwi jest w porządku. Nie chcieli skorzystać z butli z tlenem, którą zaproponowała stewardessa. Niestety stan z każdą minutą się pogarszał. Naprawdę było bardzo źle, kiedy stewardessa z uśmiechniętą miną podeszła i zapytała beztrosko: „Is he ok?”. Lekarze chcieli wymusić wtedy lądowanie, ale pilot nie wyraził na to zgody. Przez następną godzinę lekarze (starsza pani ginekolog, młoda dentystka i bardzo młody radiolog) robili co mogli. Nie wiedzieć czemu pasażerowie bez ustanku chodzili do toalety, przyglądali się agonii człowieka wydając bezsensowne komentarze. Kiedy lekarze poprosili o zaproponowaną wcześniej butlę z tlenem okazało się, że nie ma w niej tlenu (podobnie jak w pozostałych, które były dostępne na pokładzie). Dramat! Mężczyznę postanowiono przenieść w miejsce dla obsługi, by tam kontynuować udzielanie pomocy. Trzech silnych mężczyzn zabrało za ręce i nogi tego pięćdziesięciu dwu latka i przeniosło we wskazane miejsce. Wtedy po raz kolejny zobaczyłam jego twarz. Tym razem była zupełnie sina. W miejscu dla stewardess był reanimowany przez bardzo długi czas. Niestety bez pozytywnego efektu. To był zdecydowanie najgorszy lot dla wszystkich. Kiedy samolot wylądował na lotnisku w Warszawie pasażerowie standardowo rzucili się jak hieny do wyjścia.

W morzu.
Czekając w szpitalu na ostrym dyżurze przez niemal godzinę, aż moi poszkodowani w wypadku turyści zostaną dowiezieni przez specjalny samochód, byłam świadkiem kilku przyjęć. Jeden utkwił mi w pamięci szczególnie. Karetki jeszcze nie było widać, a lekarze w pełnej gotowości stali z przygotowanym specjalistycznym sprzętem. Samochód w końcu podjechał i migiem w kilka sekund zmobilizowany personel otworzył drzwi, wysunął łóżko, przeniósł pacjentkę na drugie łóżko, reanimował i zginął w głębi gabinetu. Lekarze skakali z miejsca na miejsce. Byłam pod wrażeniem ich zorganizowania, sprawności. Stan kobiety był bardzo ciężki. Była młodą, piękną dziewczyną z jasnymi włosami. Nie trudno się domyślić, że została podtopiona. Miała straszliwie sine nie tylko usta, ale również skórę brody, pod nosem i za kącikami ust. Po udzieleniu pomocy moim turystom postanowiłam ją odnaleźć. Nie było to trudne. Niestety dziewczyna nie przeżyła.

/ aza, fot. photoxpress.com /

Komentarze:


medlady
2013-04-10


ja niestety byłam swiadkiem utoniecia turysty,pomoc byla słaba i zapózno.rezydent zapytał tylko czy to nasz.jak powiedziałam ze nie poszedł dalej, zero zainteresowania:/

Aby skomentować musisz być zalogowany.

REKLAMA