Oferty dnia

Francja - migawki z Oksytanii... - relacja z wakacji

Zdjecie - Francja - migawki z Oksytanii...
Oksytania - południowo-zachodnia kraina we Francji, której jeszcze do niedawna w ogóle nie było na administracyjnej mapie Francji, bo jako region powstała dopiero kilka lat temu (chyba od 2016 roku) z połączenia istniejących wcześniej regionów: Langwedocja-Roussillon i Midi-Pireneje, ale oczywiście Oksytania jako taka była tu obecna duuuużo wcześniej, bo jako region istniała tu przecież w wiekach minionych i dziś jest już formalnie ”przywrócona” jako kraina historyczna.

Mimo, że ta wycieczka była moją piątą z kolei wizytą we Francji, to jednak nigdy wcześniej nie byłam w tym regionie; poprzednie moje francuskie ”doświadczenia” ograniczały się tylko do Lazurowego Wybrzeża, Paryża, Alzacji i kawalątka Sabaudii w okolicach Annecy i Chamonix;

Oczywiście jak to na wycieczkach- mowy nie ma o dokładnym zwiedzeniu całego regionu, bo ten jest po prostu za duży nawet na miesięczną wyprawę :) ale ”polizaliśmy” tu odrobinę tego oksytańskiego tortu:)

Na początek - niewielkie, urokliwe Nîmes, (co po francusku należy wymawiać: Nim) - miasteczko w sumie mało znane, bo niezbyt popularne, za to pełne rzymskich zabytków, bo pozostałości po Rzymianach jest tu zaskakująco całkiem sporo; i choć to oksytańskie miasto ma charakter bardzo prowansalski, to jednak większość turystów przybywa tu właśnie w poszukiwaniu rzymskich pozostałości świata antycznego którego gospodarzami byli tu Rzymianie w tutejszej kolonii zwanej po galicyjsku Nemausus, wszak było to serce historycznej Galii;

W samym Nîmes dotrwało do naszych czasów kilka budowli z tamtej epoki , głównie Arena do walki byków (z czego słynęło kiedyś południe Francji,(choć to krwawe widowisko bardziej kojarzone jest z Hiszpanią);
Arena jest doprawdy duża, większa niż ta z Arles i podobno jest to najlepiej na świecie zachowana tego typu Arena! (???) i choć widziałam podobne już w Rzymie, w Puli, w Weronie i pewnie jeszcze gdzieś... to jak przyjrzymy się szczegółom dokładniej - to ta zachowana jest faktycznie fenomenalnie;

Arenes (jak ją tutaj nazywają) powstała w I wieku n.e z głównym przeznaczeniem do zmagań gladiatorów z dzikimi zwierzętami; pod podłogą areny znajdowały się specjalne przejścia dla dzików, byków, tygrysów, itd.
Sam Amfiteatr choć wzniesiony bez użycia zaprawy jest wciąż w tak doskonałym stanie, że cały czas odbywają się tutaj różne imprezy kulturalne, sportowe, koncerty i różne eventy firmowe.

Fasada Amfiteatru ma tylko 2 kondygnacje, każda po 60 łuków; poziom trzeci, którego zachowały się niewielkie fragmenty był zwieńczony attyką; Ci co się interesują historią, wiedzą z pewnością, że kto jak kto, ale Rzymianie mieli totalnego bzika na punkcie organizacji widowni; a tu system ten doprowadzono do perfekcji - złożony układ korytarzy i schodów sprawiał że 24 tysiące widzów z 34 rzędów mogło opuścić obiekt w ciągu dosłownie kilku minut i mimo upływu 2000 lat - rozwiązanie do dziś godne jest pozazdroszczenia i nawet naśladowania:)

Przed Areną stoi pomnik torreadora, co sugeruje, że odbywały się tu (i wciąż się odbywają) Corridy, ale to prowansalska odmiana bezkrwawej korridy - zwana course camarguais - która jest tu wciąż dość popularną rozrywką krzewioną na południu Francji; chlubi się nią Prowansja, Langwedocja (obecna Oksytania), Landes i inne prowincje; oczywiście z tych poza samą Hiszpanią;

To jeszcze spore zaskoczenie: Krokodyl - będący od dawna symbolem miasta, przedstawianym na jego herbie;
a skąd w ogóle się wzięły krokodyle w Nimes i co ten gad ma wspólnego z tym francuskim miastem? (he he... pewnie tyle samo, co słoń z Trzebiatowem (opisywanym właśnie przez Danusię w jej relacji z Pomorza:))

z tym krokodylem z Nimes jest związana ciekawa historia...
otóż w 30 roku p.n.e cesarz Oktawian pokonał flotę Kleopatry i Marka Antoniusza i na cześć tegoż wydarzenia wybito monetę, na awersie której znajdował się profil cesarza, a rewers zdobił zniewolony krokodyl ozdobiony wieńcem laurowym i przykuty do palmy ; miało to symbolizować podbój Egiptu; przez długie lata potem bito tą monetę i stała się tak popularna, że wiele wieków później, w roku 1535 , krokodyl przykuty do palmy znalazł się w oficjalnym wizerunku herbu miasta Nimes i tak zostało na długo, długo potem.....

Ciekawostką z tego miasta (a dla mnie dużym zaskoczenie) jest dżins:)
który wszyscy znamy, bardzo lubimy i od lat nosimy przecież dżinsy, ale powszechnie kojarzymy te najsłynniejsze portki świata z Ameryką !, a mało kto wie, że zanim spodnie te podbiły świat i zanim w ogóle trafiły do he he... amerykańskich westernów, które je rozpowszechniły - przywędrowały za ocean z Europy! a dokładniej z Genui, choć ta genueńska tkanina którą wówczas wynaleziono 500 lat wcześniej, w niczym nie przypominała jeszcze dżinsu jaki znamy dziś; była dość sztywna i zgrzebna, dopiero Francuzi - (właśnie Ci z Nîmes) udoskonalili ją do znacznie miększej formy jaką znamy i do słynnego - skośnego splotu nitek;
a sama nazwa - blue jeans- to przekręcony francuski termin bleu de Genes (błękit Genui);

Od tego słowa wywodzi się równie popularne, ale już stricte francuskie słowo ”denim” (oznaczające dosłownie - z Nîmes/pochodzący z Nîmes), bo właśnie w średniowieczu do tego oksytańskiego miasta Genueńczycy w ogromnych ilościach dostarczali wymyślony przez siebie piękny błękitny barwnik.
Ciekawostką jest także fakt, że podobno genueńscy marynarze - ci sami, którzy pływali z po morzach z Kolumbem - bardzo lubili nosić wytrzymałe, niebieskie spodnie uszyte z tego bawełnianego materiału a o Kolumbie mówi się zresztą, że jego okręty miały żagle z dżinsowego płótna ”denim” :)

Kolejnym (i to szalenie ciekawym) miejscem na trasie mojej wycieczki było, tym razem dość znane powszechnie i odwiedzane częściej niż Nimes - znane z potężnych murów - Carcassonne - to niewielkie miasto, (ok 45 tys. mieszkańców, wiec to w naszej skali takie powiedzmy Kłodzko czy Kołobrzeg), ale w skali Francji to aż 6 co do wielkości miasto w tym kraju, bo wiadomo przecież, że we Francji poza samym Paryżem nie ma żadnych wielkich miast!) ale w tym niewielkim mieście znajdziemy niecodzienny zabytek; bo Carcassonne uważane jest za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast, które przetrwało zawieruchy bujnej historii w stanie nieomalże wiernym oryginałowi tamtych czasów.

Stojące na wzgórzu warowne miasto otoczone potężnymi murami obronnymi, na które składają się aż cztery różne okresy architektury militarnej - widać już z daleka... . Ten olbrzymi kompleks historyczny przyciąga tu rocznie ponad 3 miliony turystów !
Okolica ta jest bardzo stara; pierwszymi mieszkańcami tych ziem było celtyckie plemię Wolków Tekosagów którzy żyli tu sobie aż do czasu, gdy ruszyły podboje Rzymian, i to po nich właśnie pozostały do dziś resztki murów obronnych, które niegdyś chroniły miasto.

Po Rzymianach nastali tu Wizygoci którzy panowali tu przez kolejne trzysta lat.; w roku 725 do tej prowincji dotarli Arabowie i rozpoczęli swoją kilkuwiekową okupację miasta. Trzysta lat po Arabach zjawili się Frankowie i po wielu krwawych bitwach podporządkowali sobie górne miasto, pozostając w nim aż do upadku imperium frankońskiego; najstarsze mury obronne w Carcassonne pochodzą z IV wieku i jak wspomniałam wznieśli je Rzymianie; kolejną ważną częścią militarną miasta jest zamek, zbudowany na początku epoki feudalnej przez rodzinę wicehrabiego Trencavel, która wzniosła w sercu miasta to potężne zamczysko; Pod koniec XIII wieku Ludwik IX zwany Świętym, nakazał budowę dodatkowych zewnętrznych murów wokół miasta, a jego syn Filip III Śmiały, rozbudował dalej o kolejne militarne budowle: wieże obronne i bastiony.

Przy wejściu na most zwodzony prowadzący w mury miasta zwiedzających wita popiersie Lady Carcas (od której imienia miasto wzięło nazwę); w zamku zachował się oryginał wizerunku Lady Carcas, pochodzący z XVI wieku.;
sama Lady Carcas wydaje się być postacią z poza świata realnego; bo zbyt dużo tu fikcji i legend... które sięgają ustnych tradycji z XII wieku, choć zostały spisane 4 wieki później; sama ta legenda jest niezwykle ciekawa; ,miej więcej w wielki, skrócie opowiada taką historię:

Podczas arabskiej okupacji miasta, saraceńska księżniczka Dame Carcass bohatersko odpierała ataki cesarza Karola Wielkiego. Oblężenie miasta trwało ponad 5 lat, a wojska Karola odcięły miastu dostęp do wody i dostaw żywności. Gdy zapasy się skończyły księżniczka kazała przeszukać miasto i zgromadzić na dziedzińcu całą znalezioną żywność.
Po kilku godzinach na placu zebrano kilka worków zboża i jednego prosiaka, oczywiście okazało się, że to, co zebrano, nie wystarczy nawet na jeden, skromny posiłek dla pozostałych w mieście żołnierzy, o mieszkańcach nie wspominając (zresztą muzułmańscy żołnierze i tak nie mogli jeść wieprzowiny).
Sprytna księżniczka wpadła jednak na pewien pomysł: nakazała nakarmić świnię zbożem i wyrzucić ją przez mury miasta. Truchło zwierzęcia spadło prosto pod nogi Karola Wielkiego czekającego pod murami na poddanie się miasta. Gdy ten zobaczył, że arabscy obrońcy wyrzucają z murów dobre jedzenie, uznał, że ci muszą mieć go pod dostatkiem. Rozpoczął wtedy odwrót swoich wojsk do Francji, kończąc tym samym, po długich latach, oblężenie.
Stała się wówczas rzecz niezwykła- obrończyni zamku, Dame Carcas, patrząc na oddalającą się postać wielkiego wodza, uświadomiła sobie, że przez lata oblężenia zakochała się w nim i nie będzie umiała żyć bez jego widoku. Poczuła ogromny smutek i rozpacz. Nakazała zatem bić w dzwony, których dźwięk przywołał oddalające się wojska i księżniczka poddała miasto bez walki.
Karol Wielki oddał rękę księżniczki swojemu najdzielniejszemu przyjacielowi, a związek ten zapoczątkował dynastię Trencaval. Górne miasto, otoczone murami, od tej pory nosi nazwę Carcas Sonne (Carcas to imię księżniczki a sonne to brzmienie dzwonu, co można przetłumaczyć jako ? Księżniczka Carcas Sonne dzwoni w dzwony)... i tyle legenda!

Carcassonne, poza zabytkowymi murami jest też ściśle związane (jak i Tuluza, stolica Oksytanii) z Katarami (zwanymi tez albigensami) - ruchem religijnym, obecnym tu w wiekach XI-XIII, który był skierowany przeciw ustrojowi feudalnemu i szeroko rozumianej hierarchii kościelnej, za co oczywiście kościół zwalczał ich zaciekle m.in. przez krucjaty i inkwizycję, uważając Katarów za heretyków; a wszystkie te represje doprowadziły do ich wypędzenia (m.in z Carcassonne na początku lat 1200..,) i całkowitego zaniku tego ruchu.

Carcassonne jest w sumie bardzo niewielkie, a to co jest tutaj ciekawe dla odwiedzającego turysty - jest w zasadzie do ogarnięcia w 1,5 do góra 2 godzin w niespiesznym tempie; samo miasteczko, ścisłe centrum wewnątrz murów jest urzekająco śliczne, takie typowo zachowane w duchu średniowiecza, ale poza zamkiem, murami i Bazyliką - nic szczególnego tu już więcej nie ma; no jeszcze ciekawy jest ten piękny, zabytkowy cmentarz nieopodal słynnych murów; pozostałe ”atrakcje” to już tkanka typowo miejska: liczne kawiarenki, sklepiki z pamiątkami i lokalnymi produktami, małe klimatyczne restauracje, wszędzie też widać wyroby z lawendy, w tym popularne na całym południu Francji- słynne mydełka marsylskie - ”savon de Marseille” - pięknie pachnące i bardzo zdrowe dla skóry, (zwłaszcza alergicznej i atopowej) pozbawione chemii, wszelkich detergentów i perfumowanego alkoholu), warto je zakupić zarówno dla siebie jak i jako pamiątki dla przyjaciół ; to taka zdrowa, bardziej ”luksusowa” opcja naszego szarego mydła, tyle że w wersji cudnie pachnącej.

No i na trasie wycieczki nie mogło zabraknąć stolicy regionu: uroczej doprawdy wspomnianej Tuluzy, miasta założonego jeszcze przez Rzymian - jako Tolosa, później w V wieku będąca stolica Wizygotów, a w IX hrabstwa o tej samej nazwie.
W XII wieku do Tuluzy dotarły wyprawy krzyżowe. Straszliwą klęską był tu wielki pożar w 1463 r., który zniszczył ogromną większość zabudowy miasta. Czas prosperity przyszedł dopiero dzięki handlowi winem oraz uprawie rośliny zwanej urzetem, z której wytwarzano ceniony i drogi błękitny barwnik indygo ;

Tuluza położona mniej niż 100 km od granicy z Hiszpanią; to jedno z najstarszych i największych miast Francji, które leży w szerokiej kotlinie, przez którą przepływa rzeka Garonna; jest też siedzibą trzech ważnych siostrzanych Uniwersytetów; W 1229 r. w Tuluzie zainaugurował działalność najstarszy z nich; dziś miasto jest drugim po Paryżu ośrodkiem akademickim Francji, stąd jego atmosferę w dużej mierze tworzy ta olbrzymia rzesza studentów kształcących się na tych wszystkich uczelniach; dodatkowo to ”stolica” przemysłu lotniczego i kosmicznego za sprawą znajdującej się tutaj siedziby znanego szeroko w świecie koncernu Airbusa i Centrum Lotów Kosmicznych a jako ciekawostkę warto dodać, że oprócz Airbusa wywodzi się stąd znana firma elektroniczna Motorola;

Tuluza szczyci się też lokalizacjami dwóch obiektów z listy Unesco a średniowieczny charakter miasta spotkać można tu co krok; ale nade wszystko Tuluza to różowy kolor... - bo miasto nazywane jest ”La Ville Rose” a dlaczego? - bo większość budynków (no, naprawdę bardzo dużo) zbudowanych jest z charakterystycznej różowawo-ochrowej cegły co nadaje miastu niesamowity koloryt przez tą jednorodność, choć ten róż ma tu wiele różnych odcieni;
Kiedy budowano Tuluzę użyto specjalnego rodzaju cegieł, ma ona taki dość niespotykany, różowy odcień, dlatego Tuluza na zawsze stała się ”różowym miastem”- co jest efektem jedynego budulca wydobywanego na równinie Garonny, glinki z dużą zawartością żelaza;

Plątanina uliczek miasta pełna jest starych domów z kamienia i o szachulcowej konstrukcji oraz gotyckich i renesansowych rezydencji. Te ostatnie są bardzo charakterystyczne, zbudowane z cegły i kamienia, z biało-czerwonymi fasadami.

Tuluza, mimo, że to ważne miasto we Francji, to jednak rzadko staje się celem ”długoterminowych wakacji” dla turystów z poza Francji, wszak leży daleko od morza:)) , ale mimo to, miasto jest dość regularnie odwiedzane przez turystów z różnych powodów. Po pierwsze, Tuluza jest dość dogodnym węzłem komunikacyjnym, latają tu samoloty z całego świata, a stąd jest już blisko na zachód nad Zatokę Biskajską, do Bordeaux czy słynnych kurortów w pobliżu: Bayonne i Biarritz, jak również na wschód nad Morze Śródziemne, w kierunku Montpellier i Perpignan; często też do Tuluzy przylatują ludzie którzy udają się do pobliskiej Andory; a ponadto miasto ma po prostu ciekawą architekturę i zabytki, co przyciąga podróżników, którzy chcą i lubią odwiedzać mniej popularne miasta Francji.

i ciekawostka: kto z Was wiedział, że Tuluza jest drugim po Rzymie miastem w Europie pod względem liczby relikwii? większość z nich znajduje się w bazylice Saint-Sernin, bogato uposażonej od czasów Karola Wielkiego; również tu w Tuluzie św. Dominik założył w 1215 r. Zakon Braci Kaznodziejów, który szybko rozprzestrzenił się w całej ówczesnej Europie i stał się jednym z filarów Kościoła katolickiego, a którego członkowie dziś są szeroko znani jako - Dominikanie.

Dwa najważniejsze zabytki sakralne w tym mieście to: Bazylika św. Saturnina i potężnej wielkości Klasztor Jakobinów ; my zwiedzaliśmy oba te obiekty;

Bazylika św. Saturnina powstała w XI. wieku i stanowi największą romańską bazylikę w całej Francji; niegdyś należała do potężnego opactwa Benedyktynów i jest w zasadzie halą a przynajmniej taką ma konstrukcję. Znajdują się tam relikwie pierwszego biskupa Tuluzy i jest to ważny punkt na trasie znanego ”muszelkowego” szlaku pielgrzymkowego Św.Jakuba do Santiago de Compostela;

Klasztor Jakobinów- jest to ogromna budowla z XIII wieku utrzymana w nieco mrocznym, gotyckim stylu. Związana ściśle ze szkolnictwem wyższym - przez lata odbywały się tutaj zajęcia pierwszego uniwersytetu w Tuluzie. Znajduje się tutaj niezwykła kaplica św. Antonia z kamiennym wnętrzem, które oświetlają ogromne okna. Całość jest zwieńczona, typowym dla gotyku, sklepieniem krzyżowo-żebrowym.

Jeszcze innym miejscem wartym uwagi jest kościół NOTRE-DAME DU TAUR - Matki Bożej Taur, związany z ciekawą, choć dość makabryczną historią, bo należy wspomnieć, że w III wieku n.e historia Tuluzy została nieco ”wywrócona do góry nogami”- ów Saturnin (zwany też zamiennie Serninem) pierwszy biskup miasta, został zamęczony tu przez Rzymian. Był przywiązany do byka, który ciągnął go przez starożytne miasto i podążał rzymską drogą, obecną rue du Taur, na końcu której stoi Bazylika Saint-Sernin; mówi się, że kościół Notre-Dame du Taur został zbudowany dokładnie w miejscu, w którym ciało męczennika zostało oddzielone od byka.

Jest w Tuluzie miejsce które bardzo mi się podobało - to gmach Ratusza, ale za to jaki!!! nazywany tu po prostu ”Capitole” to budynek z XII wieku stojący w samym sercu miasta przy placu du Capitole, w którym obecnie funkcjonuje miejski ratusz; można (nawet trzeba) sobie do niego wejść w czasie wolnym , ale warto wspomnieć, że jest zamknięty dla zwiedzających w soboty, ponieważ wtedy odbywają się tam śluby, więc jeśli ktoś będzie w Tuluzie akurat w sobotę - no to ma pecha :) bo nie zobaczy tych wspaniałych wnętrz pełnych dzieł sztuki;

Niegdyś zasiadały w tym Ratuszu zgromadzenia zarządzające miastem - tzw. kapituły; dziś to ogromne gmaszysko pełni podobną funkcję, mieści się tu siedziba władz miejskich Tuluzy; niesamowita jest architektura tego budynku; wielka, neoklasycystyczna, 128 metrowa fasada robi ogromne wrażenie, do jednego z boków tego gmachu ?przyklejony? jest Teatr w dokładnie tej samej formie architektonicznej; duże wrażenie robią też dziedzińce wewnętrzne; ten wielki budynek z kamienia, cegły i marmuru budowano tu prawie przez dwieście lat! a efekt tego jest taki, że Capitole od zawsze znajduje się w topce najpiękniejszych francuskich merostw; a już te zabytkowe wnętrza tego, co można tam zobaczyć- doprawdy powalają na kolana... . (ciąg dalszy atrakcji Tuluzy opiszę pod zdjęciami).

Jeszcze gdzieś pomiędzy Tuluzą a przejazdem w kierunku Pirenejów, znalazło się miejsce na zwiedzanie naprawdę uroczego Lourdes, w którym nawet nocowaliśmy;
samego Lourdes- nikomu raczej przedstawiać nie trzeba, bo każdy, nawet średnio zorientowany turysta zapewne słyszał choć raz w życiu o tym dość słynnym Sanktuarium Maryjnym znanym z uzdrawiającego źródła; i choć ja sama nie należę do wielbicielek odwiedzania takich miejsc, to z ręką na sercu przyznać muszę, że Lourdes to najpiękniejsze sanktuarium jakie w życiu widziałam! (zwłaszcza po tej paskudnej Fatimie odwiedzonej 2 lata wcześniej w Portugalii);

Samo Lourdes (pomijając już aspekt religijny tego miejsca) samo w sobie też jest warte odwiedzin; położone jest niezwykle malowniczo w bliskości Pirenejów na pięknie pofałdowanym terenie nad rzeką Gave du Pau, u stóp górującego nad miasteczkiem zamku Chateau fort de Lourdes, przy wejściu do siedmiu dolin Lavedan (to doliny dorzecza wspomnianej rzeki); a Lavedan zostało podzielone na siedem dolin, których mieszkańcy cieszyli się znaczną autonomią w dawnych czasach ustroju feudalnego);

już samo w sobie położenie Lourdes jest bardzo urokliwe a jak dodamy do tego całkiem ładną zabudowę to mamy zaskakująco fajny efekt, zwłaszcza w chłodny, majowy dzień, gdzie nie było jakichś strasznych tłumów turystów, bo należy wiedzieć że oba brzegi wspomnianej rzeki to zabudowa stricte hotelowa; hotele i pensjonaty stoją tu przyklejone do siebie jeden obok drugiego i w pełnym sezonie są tu dosłownie tysiące pielgrzymów i turystów, więc w takim zatłoczonym anturażu miejsce to może nie wydawać się już takie urodziwe i malownicze; nam się jednak udało nie zostać tu zmiażdżonym i pewnie stąd mój odbiór Lourdes jest taki pozytywny (więcej szczegółów będzie pod zdjęciami) ;

i po tych wszystkich atrakcjach opuszczamy już Oksytanię..., zahaczając jeszcze na koniec o malutkie i raczej nikomu nieznane (pod względem turystycznym) miasteńko FOIX (czyt: Fłaa) z malowniczym, górującym nad miastem - zamkiem; a Foix - niewidoczne na mapach - leży sobie malowniczo schowane gdzieś u podnóża potężnych i majestatycznych Pirenejów.
Szukasz wycieczki? Zobacz nasze propozycje wakacji we Francji:
Autor: piea / 2023.05
Komentarze:

danutar
2024-02-02

Ha, ha... krokodyl, słoń... Takie niby banalne ciekawostki, a jednak pozostają w pamięci na dłużej, niż te wszystkie wspaniałe zabytki. Ja tego krokodyla z Nimes pamiętam do dziś, nawet bardziej niż ten amfiteatr, chociaż byłam tam z 20 lat temu (amfiteatr to w sumie nie wiem, czy bardziej pamiętem ten z Nimes, czy ten z Arles - muszę sięgnąć do swoich starych fotek). A słoń do dzisiaj kojarzy mi się z Katanią, a teraz z pewnością będzie też z Trzebiatowem ????

papuas
2024-01-08

no opis zaiste dokładny, do którego teraz dopiero dotarłem
wielkie dzięki za wiele ciekawostek, których możemy dowiedzieć się będąc na konkretnej wycieczce lub z takiej właśnie relacji
foto nie przybywało, więc nie zaglądałem, a tu TAAKAA relacja - rewelacja thanks

AniaMW
2023-12-20

Dzięki, Ala.
Bezwzględnie, podróże kształcą.
Z Twojej wnikliwej relacji dowiedziałam się wiele nowych informacji o miastach, które częściowo znałam. To plus wyjazdów zorganizowanych - przewodnik zwraca uwagę na szczegóły, które to turysta indywidualny może przeoczyć.
Pozdrawiam serdecznie