Podróże, wakacje
Wakacje
Nawigacja: Strona główna » Forum dyskusyjne

Nie jesteś zalogowany.

#31 2018-03-11 07:57:49

oscar

Re: KUBA 2018 by texarkana

Na Kubie niewiele się zmienia.. No może tylko brzuchole im rosną smile smile
Zdjęcie autorki z przed jaskini

https://lh3.googleusercontent.com/iizc5Qv2vOYC7ObCE8FMiiLjS3_WENVu95AT3iMm07yHeWC6aVE1MJ1VIZQvTTPWrbxpuhq8_LzzbJcsYxRD6b2XMYRxk1C1sKUievNdk_ku8hmD9AAP5OrPFnEunmoFCqtrWBZUK2CujrYxeLbQ98gZtiUOWjbQaMArVv1p_DY_Hl5y9NB93OAVacmUPPuDBLJE_xme5BqTdo2tId4vDpKQgHQUvzuFjTcF51fCCM8pBwrs6E89l-VLpXSrIEIzIsXv_qy0HCBTMsBuLUWmbSR4icGb2DvYvASUEzv8_EY8-4KiwUsys4j6iuU9bV-8Ve0BKfNe7lXwo6BGMZh9AZjwrjfZt1vjVVk9aCtwjFuZTa5FpnJoIyxZSbORQfev2MEmwQVOk0T_jFva2hxy7XqhVOENDHhIquJDbZlZQdHo2-N7c0tfRcvIIQ7ZJLy5TVvZvWbBAbGu7zHM0eVnnNlYDzpaKKymLGBW0iurvVT8b11d76Gc4diu9m1DC_pNk4W18hH6T9d-DjpcgtMYD3cm_HHokEW09NtJij59hwksTxlNJ8cXW_vRC3aK43Vx2tckVkhyDRo0YHvsZNNsONJ_ahLO8jXZyIK6vci-7wKi4_QQReAgvF4Pp5o06waU_Q2HMzYN7doKAKCwBbfz7kVM_sMt6zer=w960-h720-no

i moje, ponad 10 lat temu

https://lh3.googleusercontent.com/C3spOa5p40oBtV4ToI8vpJPX5A3H2QrRxRB-TXA34T0vpnv0cQ7dx-HZ87kqTO6MPLqE3iv-VQTlF-p1CcK-jAvBQFwSTxpN89W09u1ZSk27mO11h0ax96b6U3sSsFlF99Oyb2YOMQRNye98c9dH-3awXOM8xN1kRd2J5qIay9nOzhQhSlPIIG_-X_S6gcl3tTRNJAZJtemUWONdL9oTaLpWWQJyWKx-Ru8Yhn35-hR-o8Xmrs-YTrwsvVHVVC1RaYXics2ddDGjJ1993P2RJD_IyG6j5eaNs_nlExHPRg40NqsxJBhz96FXA4xCRUIWYl_9Oh429jKd8ycjIKKOBzf1sOjt5vt5DjrPA9h9CCS77e7vHtE1hSvZSPFjjlzUTyJMSyDX6SNfRzdvf7RvlerVY8BkwqoaKVomGBcEK-1evKdI0uQO0p-gPOg9Sdb5eq7lqPSbf8ZRSA2ADIzlb4B1aZdgLLZUPkaT6Rxl6v5MneNGZTA-FQsvy0SKr3Hi4_gsco3F_Hm-f8jJs_h8HU41GBOixsJUa-umFPy5otFh6jsaJtIi1IVrdrW04OJzpqcFhw_1Zczvu4dHg11MWZgntbtAdL5omofFokax=w800-h600-no

Ostatnio edytowany przez oscar (2018-03-11 07:59:55)

 

#32 2018-03-11 21:40:48

texarkana

Re: KUBA 2018 by texarkana

oscar napisał:

Na Kubie niewiele się zmienia.. No może tylko brzuchole im rosną smile

I jeszcze rogi opadają smiech

 

#33 2018-03-12 20:19:46

Kolka

Re: KUBA 2018 by texarkana

Cudnie, cudnie!!! Świetnie się czyta i fajnie ogląda super
Jak on to zrobił,  że "25 ton dobrej roboty" do tej pory się nie rozsypało? Jestem zachwycona tym krajem, tym kolonialnym stylem, tymi samochodami widmami, dolinami, cygaro też bym sobie zapaliła wink

 

#34 2018-03-13 21:09:10

Angela

Re: KUBA 2018 by texarkana

Zaglądam i zaglądam i ciągle widzę tylko to sad

https://cinemaundressed.files.wordpress.com/2011/06/43800774.jpg

wink big_smile

 

#35 2018-03-13 22:30:54

3CiTy

Re: KUBA 2018 by texarkana

Ciesz się, że nie to wink

https://i1.kwejk.pl/k/obrazki/2016/07/8fec9432f802434e4ea4b791794daf28.jpg

rotflrotflrotflrotflrotflrotfl

 

#36 2018-03-14 14:05:33

texarkana

Re: KUBA 2018 by texarkana

Hello, kolejny odcinek dziennika kubańskiego nadchodzi!

***

I tak nasz czas minął, i opuściliśmy hotel w Hawanie - nota bene, najsłabszy na trasie, bo położony na uboczu, z nienajlepszą kuchnią (sfermentowane owoce i warzywa), z nieregularną i nieprzewidywalną dostawą ciepłej wody. Pilotka powiedziała: „Proszę Państwa, to jest Kuba, tu trzeba co rusz przymknąć na coś oko, a najlepiej od razu dwa.” Wszyscy się zastosowali i nikt nie narzekał, nikt nie psuł krwi, co było dużym atutem grupy.
Wyjeżdżając ze stolicy przystanęliśmy na chwilkę w parku miejskim nad rzeką Almendares, znanym jako Las Hawański. Jest to jeden z największych (a zarazem najsłabiej znanych) parków miejskich świata, ma bowiem aż 700 hektarów. Przyroda Lasu Hawańskiego kojarzy się nieodparcie z planetą Pandora z filmu „Avatar”, albo z sercem dżungli. Potężne drzewa, pnącza i liany tworzą baśniową, zieloną kipiel.

https://lh3.googleusercontent.com/_nRV60N5fQW1UlSPYcZsPFo_GgWSyULpdumR5ULEcvmFDQAgj3_9bg8X-wQJpEIDY5tP3v-u5YZjdbZWl0KbqMGb-ezQm8VD9Upv8YedbJy7v98lKu7QMhkkroG155lnu7ikPVz14DExllEhZlJlzZb_z4GOJvvZfpAgTDhOutvkH8hdgKn8sgPu6nTozj5AUlliZofxfkuBJWttWJkGX4lVQUK-AnutVehKMdSim47wtla1Dapdn-ulbtMTjgJgs7YR_pUqbGpq1fOHJySIYAs9geB7EY0CiguWyyMoKFl7E892GU1AAwR2GFnS2OgvA4FGHzgxPx3u9z4aJzLrY40QCTJON1vUmHGGcxCuHX2mvpHGsBipfe4dFiUKxCeT3giXhwC5G-As7YO16_RNprktukroZBQady0El9HnnZ9tMGnYuwt08ofXSHp3Z3O9_PE5rTZ6Kih8zUEEC6jGl_0pFYwg6D7Ccf8bn7VYeyNDHxylKROQY6TgDXQoQVAcnkzmnuycknZFXwlbP5a_9cgUBS39OZPfwJ5cW0-HC0Xm7Gs6iivafQEKnaSKyJ6uUhqJmj6dDT54jDFPf6PqGGrukTM6scwhUgDgZN972zPzwsd-PPDx9LHOIFClkes9gIOxos0r7p4C6Yg-hVJVOwMvvpFbX4Mg=w960-h720-no

https://lh3.googleusercontent.com/9_K7S4YQncMDG8m8bWa84NQ2sMKyx1r56JgA-hGg8RYGUypZYKNo3BxUAaEcx2gg5kd1Y6LN9KSFo7l2-TNM4wpy1JREPtZU0KgRHek3_V4pfJ7qsWK0QIV-1LSVZhduNHcAudD7NaRu8xfx6H7-MoYYwwYmTjk-p2IPYcDJLHMmUBZbYNc5xyA2sYTEPR8RzpZYpMiigx0bRLmWykRjYL0ZaPK50LE8P2D6hpK6-GisvGswDz_civSzPVVYJv3rq7cYdTecKnqgxKcN9uZv6WCmiaZzv28OAgEjFiUjq-GsIdBg3cQYpBt6Q6ONlU7RtXALIxRreThDmvCIY4_C9hX5FmbX_BgTzKco4XqJcJh_6ffjRTKWVe3OSOlKInG__odysLAKlmInRNQuWA180zXmSCY2vc-ImIrlYIVX-Xz5oG18yTgJ3UNH_xTIoF5ZASxLsrwjwEAer_vA8WHwAtDUY4_xua1NXoxLiPJP4EE0sCcsSdwzQQp1kuwKgOdzelaAhfhsQqxLcOm-BO6k05yXxOyPQ-1ZWMVwacfdJUxD5pqHRiYq1JbPL5aTFUsPdba1yiKDqU2EhQdJSIE5bj5EoNeOGU5v6WjKfjA9OxNM42zDtho_jjs4yEyc4OEwMslJrIR8o6zjdJIaI8TLOS2y1lDXOpNT=w960-h720-no

https://lh3.googleusercontent.com/I5N_shfyIUwPua82AZkRVUgWAcOb-weV9Ni0aT_HHco-9wu_h4UohVEr-blUy5jQXAxoQtg69BQEY8ypgo95YLihjGqvx9cBHpnjUk7zz6jAP8uulnk6k7HHKL2Whrmab_FweI0wpiastCXqUxH88YFybb8aD09YCGkO6CdzoRHxIyjsxhKgwyXbxo1GtGP8Yrmy5D2SfG1gt9oqvWaxm6SerzpfeA_mOOKX_2PQST5_UtrfKnSc6HVKH7Ps3Ip5wEM75fMyz-1LZ_nXVSqP2GCUhVOWf0FtVE9Am4d1Hc3tIOo-R2yDayf75E6keVmUVRyze0YSDcKmqOB04sOAkt0YoPLo8wzpe5HipFMTibiuDQPCxjJqBab9nhZrdnh0N3IO1Af9WuLYW7v0Wkga02CLtYNtMCTW5L_Onw1IZDf4uuGTQ5oC8Z2XGSXY7ubud2cveSDwBLoz94VKs2SERgUhM-cOD3SVtCRgZoZPd-8Mgih_lyHZ6QpPIazHZT2iaB-kDMOgCE8S61FL7_6JlXpnwNvirya3tcFViWzzifxc10Y0RyCg3Izn_0RJrh574Kt5fsc4APLx_JsnS40e7fgDO1v9YzvBaKWBzNuGC52OWKT6SdusMpmlTfdEEpotTcHEwq04EjCgTvImL8bYNPMTRsbJvKC5=w960-h720-no

Zachwyceni, rzuciliśmy się z aparatami w gąszcz. I szybko zrzedły nam miny: zapach parku był oszałamiający… nie, nie kwiatowy… na ziemi zalegały kilogramy śmieci, które się psuły, emitując w atmosferę siarkowodór, amoniak, skatol, indol i ptomainy – że wymienię tylko najpospolitsze śmierdziuchy. Park sąsiaduje z najgorszymi dzielnicami Hawany, a Kubańczycy dopiero się uczą, żeby nie śmiecić, a jak śmieć niechcący upadnie, to trzeba go podnieść. Natomiast nie stać ich na służby miejskie, które dla dobra publicznego zacierałyby skutki luk w edukacji.

Czułam jednak swym wrażliwym i doświadczonym nosem, że śmieci nie wyczerpują tematu. W zapachu Hawańskiego Lasu wyraźnie czuć było zwłoki. Aż się bałam rozglądać… I słusznie. Wyznawcy afro kubańskiej religii santeria składają tutaj w ofierze kurze jaja i zarżnięte koguty. Zostawiają je pod starymi drzewami w reklamówkach. Na pniach zawieszają pstrokate ubrania, mające udawać świętych, a wokół budują kręgi ze świec. Skutek jest taki, że – niezależnie od tego, jak układa się dialog wyznawców santerii z ich bóstwami - w Lesie Hawańskim śmierdzi, a nad chmurą słodkawej woni zbierają się sępy. Władze miasta postanowiły rozwiązać problem nie siłą (zabraniając praktykowania rytuałów santerii), tylko sprytem (wyznaczając drzewa, przy których można legalnie odprawiać owe rytuały). Tak więc w Lesie Hawańskim można się natknąć na tabliczkę z napisem „Proszę składać ofiary w tym miejscu”.

Po dłuższej jeździe znaleźliśmy się na półwyspie Zapata. Rozciągają się tu największe na Karaibach bagna, dla ochrony których utworzono park narodowy Cienaga de Zapata. Łażenie z przewodnikiem po tym dzikim, pięknym i cokolwiek niebezpiecznym (z powodu krokodyli) parku byłoby dla mnie atrakcją klasy zero, lecz cóż, głównym celem wizyt jest tu Boca de Guama, największa na Kubie farma krokodyli, której – zanim ją jeszcze opiszę – od razu przykleję etykietkę turystycznej tandety i żałosnej komerchy. Farma oferuje trzy atrakcje: 1 - przejażdżkę motorówką do makiety indiańskiej wioski (w której jedyne rzeczy jakie można robić to picie drinków i kupowanie pamiątek), 2 - zwiedzanie mini-zoo z pięcioma gatunkami zwierząt na krzyż, 3 – snucie się po parku i posiadywanie w barach. A żeby było ciekawiej, przejażdżka motorówką czasem się nie odbywa i nie zawsze wiadomo dlaczego, albowiem… Es Cuba! Czyli: to jest Kuba. Kuba – jak nam codziennie powtarzała pilotka – jest nieprzewidywalna. Na Kubie – jak mawiają sami Kubańczycy – wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne.

Teren farmy okazał się być przyjemnym, tropikalnym parkiem.

https://lh3.googleusercontent.com/PaNzHVRrD2-rB250UfTxDxQ4HHfJoFCXEYNqertgDLVX7GOFdr28RPA_F6JUVtj1nNdLk3IiMGBah13vXvMV3OuS7-kjKlCnnjd_V6ywd4UPV8x5BlymT-XGpAQt6QTzHXbZLCgnezjJ9Ha0hmtpiNnv-Y1MAvz4AcYvcmmkpGVOxysifiq5sugmt8kJFxYjPMx0-dt36DplsmojvVu7u-r31dgAGQoF8tJSi5EgLYMs1jj9g4bDQzGUCBb00dwS9QXc97Alfk_mCbTbXZkCP2-yBpJQp_xkmo4V8G75qJB9o7k6T4_1lQzCu5rK9LIwcjnIIpHT6YbQi8BbGaCI7aqxWjvwKenMlI1HZ0i-F6ljnQh5JW2gRNXawVHjtcLKYAUojC8lTD7FkfJD-Nka65m8FQ4ORj3mbtlbKsuYmTKPdaPHM9lJkbZyFwuEoMzFIvcZJIlIMIHvdvCMO4QPZFubEryDxWLHEix0vo4s8IAb_NE8k1PbldDGL4xG-n0zth2vOmCxk4o7blEQ6B6NOSBb6zJ3GrjDOODLC3lrLzS9RRqzVJEEu9sCMwYowgMOnPblNQ4RbhcU6j32HB1GM6X9X7qkS6MBikRWboyS9FFUiHprnE86Qd11EApA-m9iE4XJcL9K1kKzp1hyOMG3FCwRh-LOfRke=w960-h720-no

Mieliśmy fart, bo motorówki tego dnia spełniały swą posługę. Od razu wyruszyliśmy w rejs kanałami przecinającymi zielony lasek - taki sobie lasek, nic nadzwyczajnego.

https://lh3.googleusercontent.com/t6tcvZftp129ZDasg8_Hnvk4m5EFp9JUGBTUpAmg9PXLkviSBCtcnwiuFY1AwtSR0UIGW5aMNPS_feAWA_hE-cP6qbIhz5LldmLpM5-C2Pnp20WEPamHuOobPZjuJah2VGtSfo13vew7rUCcdlur4t9bdUdTZRz__y-xqmt_QgIynLb95DT5zth5860slO7nos7h-R4PbN8j1myQomuBgbY_93SAF03X0up-_kYIkae-G54CaFS_rs9lDSobSrAfrJUwSuahHwwuX4pyRJpSDJXxlyHqZHuj8l6NfZ5lHuKVgcwxsajUQUEvXQh71e2bSo8WZ7pcdwmR4dR_7hkf0G0gfQ1NePdSds-rxUVcCl8ehZIT_Z-jMXUz8Tsts2q60KuhK4mlcI7NsJTSofvkrFWhLcjxIA3iNJv9FPrXqGHFaarcHbiJ3WUwZdHNsHkJyWW2Y888u5E9gDQxD2Is2cUwcSDpgJtwmVTXhHIQuesKwsckcEcmzU-7VLNcZQM2Tw9mAWgq5_39QfmFIdRSAhTX0h9iTX9w1nrTSAstFsQu_rWLJau_9ue199iNBWoncleMRwQRPzvSraumAZ2Pv5WQX2GW7Pw8mJ0F_9A6q6jVb6gTgLI_seaaV0UdHStw01Yj5QcpCxPbxHVmKsMkrrZkIpXjimwm=w960-h720-no

Dzień był upalny i trochę duszny, więc strugi rozpruwanego przez motorówkę powietrza orzeźwiały lepiej niż lody malinowe. Silnik „groł i buczoł”, piana bryzgała, widoki nie powalały, ale mniejsza o widoki, sam pęd był w dechę. Co jakiś czas motorówka hamowała z piskiem i przewodnik pokazywał nam w lasku kawałek kubańskiej przyrody. Były to:

Po pierwsze – mangrowce. Mangrowce, czyli namorzyny, to drzewa i krzewy rosnące na terenach zalewowych (w ujściach rzek, na brzegach mórz) i z reguły „moczące nogi” w wodzie. Ich cechą rozpoznawczą są pęki korzeni podporowych wyrastających z gałęzi i pni, by targane pływami rośliny nie poprzewracały się w grząskim podłożu. Mangrowce tworzą całe lasy, ale mogą też rosnąć małymi kępkami, jak właśnie tutaj.

https://lh3.googleusercontent.com/5UFpzEToeKXY7xIUj2r3VoprMHR8x3ZA0Z0hmXuggtjU2B0_PG6bGen9u-DJAu4mrUsAUzL6NZFBMAdq9Eg5afpQHWmywqApYNnvmJqHIkgHr66NTn08hQsrkLNeG_lt80jzZb50odX5s69hRMD_FEfYGVCjUf1HahCb2kuBJpxnQtrDUuM4TEz4IpyFK-YVR1N8yYsihAVPPoV8nN-Pxp4T_C57PxRDFsifl71VFgC_7-ZKp_5ZBL1V4zCBdWsN6Yd5SFlb2dscxafwTXEOc4-rQfQYy2baaXU8XgbYzhjUJO6NqMzYU80ur1-X69VckFLc4I4XfMhNLKWWpFprr7rzpsZKmHZLdxxBxOFKS7Tg20Nvu-sfP3C-_TEDkdF0k_B5AytGAdnhRj_oONtxrdulD-_XyOa-wBg0JXF1B5vmLVloNstmOckEdCKtFEl-KddCRK0f8R1KpRaacZt-hhOeNC6quGL_Qlpr6DY_whZLNCgo9noO-7MOrER1xwis8iFb7S3fPFF8NTGl_Rro22dkpT_z5JfJLkKharubFrrO9SnTiIDXxCHXcwziYOuhlfdsSKDhiyyJPZTwML-QTG7Rt5Ip430QhxtsDEmY07MaCuk8TP3dW5O6w8cLgbz4BbpLKIsLlyE9AlC8tUtnRK640Kq7HsMU=w960-h720-no

Po drugie – termitiery na drzewach. Większość śmiertelników kojarzy termitiery z wyrastającymi z ziemi, strzelistymi kopcami. Jednak istnieje wiele rodzajów termitier i tu, na Kubie, są to czarne „gniazda” na konarach drzew. W każdym gnieździe żyje jedna kolonia z jedną parą królewską, dla której wydrążona jest specjalna komnata.

https://lh3.googleusercontent.com/NuKD4Xw-VvUAz9qOXmJU5LRoJz2nFARbnEOdT6LxcLS8hCgCGURRAm9Gx4_gnwbxJB68wuocexjMOJrrXuMxQS3aDaZw8XrkJmwoGTxFjCZ-nBQqIm5veyKayEu5MA4ZSjB08MNSNNlVeD6iMmKLKht2U-E-JNF8yCeZjBPYwKbzf3nkwr4nedUc3xYCJS3sGB0MdCNWma01WaeShh-vjgEm39nwbOCRWEaOcSQZcJhqbnkmpCeUTw_t7VJ_p0njKnyVtwLsQhoE9V0Fa1BDs1Kx6dTQtDmTwDH4AWVyNdFgTAVdMT8CqxdNuqY9X4WOr6JVqQoBxcIWrpa_KkPe7r7dZR7O15txyGGB7RuuL6s5nAXnErKvb4NF_V_PCFYrb6qhFJHT4NfuGRoboiZQr5LlJAbLXklxZzjFmNbovykKPTbOBxoZmoAUspWaM2jLshQhbwFJO2L3a8SSV_xkgMtIddHCothF7J0dSMXTUtYNvw4iKrqjaGKMcabfaePyp5eEZqpvJmNSQmRJsk6X8ejIDnBBCnrUqii7Pq8B3XGPYgDkoTIYSaCPQq8kEOVaHtsPfATPuSo0pnoxIqX7jehHduRxI9Hs9dJVLmikK5IvN6WfqMNHu4kssofyOQKRvCyamoI-ZyDnRoGxJXy2w-LJlbPJPuxk=w960-h720-no

Po trzecie – pelikany. Pelikany na wodzie czy portowym nabrzeżu widywałam już w życiu nie raz, ale nigdy nie miałam przyjemności oglądać ich siedzących na drzewach jak na przyzwoite ptactwo przystało.

https://lh3.googleusercontent.com/7ZllYI1bU1IqXpnhikF7ZTj94yqhsCu5_bESexnbhjg5Wt77So1n44GibIDzDe0HmjUAxv-RFWE5vbRe-CdjAG33WCOjCt4rGGIkBMu1dafi1iJsyOeTP5Q1crSOmQLhjBwTpbs1S8rIYhe4SiYMc6fjHUILr9jzebjsdElEKNHVdbarCFHiSLhsEYGEqAyMdf9nj0p6Q7ZpNX-eCKBcvLO94dC_TQg8TvPnYyI_JtNwJCdMNL_3JUiWmgsFYWEbecB023WwTTKDkZjRUMC9II7kbqc95k-BZVn2qcHnQc-r0S6IxbfAB8IHBh0V4vm_obwdjBG0BhTbKe2HU3Ocg0aXiRm9LB8wGnobd89JjYVFJ5XdTyZ64KP7Ka155CP57iVmlcWaiHJB_40sp-oxeF0yULHtsr82thfiRa1dStN0EiXfI9JyOJ0pjDt_L5MDmLQm3-67xJofjMW1vzaq5KE8z_CSOYaIVU6-Dyyi9N9zPUPhRivO0w4jUbwA3x2rbMC4HpDmwtrf4bVGRgJRYNySkZqM3CJ3mnjorxzCeUsPDxm6SpTtOXU-vWosRc0E_mrHRxhstaTWhan6gx3OEweYDkAujfz-hikupD20KnwgA9AEwVHV8D9V1eL78QNaHvJAiSLleQKpfrRLaK3PwNvX-Qn-lqPx=w960-h720-no

W końcu wypłynęliśmy na spokojne wody Laguna di Tesoro – Jeziora Skarbów, największego z jezior Kuby. Nazwa nawiązuje do skarbu, który według legendy Indianie Taino, mieszkający w tych stronach, zatopili na wieść o nadejściu konkwistadorów. Jezioro ma powierzchnię 92 km2; dla porównania nasze Śniardwy mają wraz z przydupkami (Warnołty, Kaczerajno, Seksty) 113 km2, czyli są podobnej wielkości. Byłam w szoku, że wody tak rozległego akwenu mogą być nieruchome niczym powłoka lustra.

https://lh3.googleusercontent.com/KoNKk28W-hxR5ByTqrSgGdx-0-lJDmVVOKukHd-NQH1wdyvzRF38gDkpHanfzWeKc2EFLhCLABtk4yMlOlhVtTHWSRSNH8SaXosYq45kZAmV8qXzXxMvxad230Za-O5xsxHRBe7xt4pH6IAF9v2xaU1jLl9jg19UmqtD-AsFf4dUIv8LMxIcDvHCCgDx7qD4-j4CF7X7YHgeFoK0YsiwSa3aBQDVZfxLZroiUsRnSAhezFYXMK2r-1RvQhaQV3S1aXFTrYAlh8_cyh39dIQJfPwaPO4DohwJw05D3YSFsbUUWRgkeGnltK4GxOSoKgqLiPhObe0ChVdGAW8ObeUQXzKK1xJs_diuAYZiM3nssR80Pe8dtn6tCPbOObTz5yCL17iY1AZpXml13TtTGAxzFm2T0t50nMZ0fikBsZPlsO3s9dpGCocns6lvSB7xu9VT1KjxV5ueu-oB3-o1hqOFfJy7D3CzeFFOBsQbmYw9UNcQKh9NvvqJULGiEKAHpKOqZ1zHNLzVB_dxBZpo7NhrfoQ5CX1YvRbKgySflfpm_4dG1w8dj20JRYe42PEDuXZEOc_6TH7MUxgsZggmABgtklZNuic363Hu2B-A939OSH97J6-cQqmW_WRX-dL92s9ZA7Cd-0JjSj1WubYDuuA6mR-o8E1JKMxm=w950-h720-no

Naszym celem była maleńka, zielona wysepka na jeziorze, dźwigająca na sobie marną pod każdym względem „wioskę Tainów”.

https://lh3.googleusercontent.com/F3tSwSdO_6uujgWA9ILMJkNvzwx17lVHXb8GVU_4C7rsj-Cfma0z3rmYwTzIYoqFFxuZwsF9YyZ3PlGWwL83ABjnXBimNPWVC_t1fsPa9DviZBzVN_kfdN-vQ_PBe-AThmJANqLz0lvtx3RvJcD9n95ZBf1TC0mio7CkPSphmR-qPS8xwVVnsholEaPL--EHF2YuKIPZ5UfrhVvHrDEeXMn4dYKjLJ3WoVDgeyrxq8QSPclBf3bK1vWTdsWSSl8eawAVqmDcKforu7tR3muWvTNZUj1H8ecdVHw_T788d1Ifej7qQU_GQbdcfCKtYRDEr3cAOukMgQpTha2Z4A8zSzzDAajSsf4Uu6MpdJjY3QIwK4HWC5gqC8zSa8NTIFxLZBXCidhlGLCY8cfgq1Z6ymNdTMjvlpIxfe4B4CNgWt9C8upFq-9DetxgXBbblqUtL2Mg7UAVqw1jEfsw22dn_GsxWmBgvWYwh7CBM1C3up73zXc9_zpFh7weAPg4HxKwh46_ZciBlYdBsnGbtMxf-rk1tyNvhfgqXMFAsHs_Nba6ZVy6lcOnq_zZdKrcUwnzRNH-GVKMhpzo9cnbe6BevnQnav5HRmYodyiOjID4_74_9J31g8onPCyi2Izu0BQxW6OPBW9DgPas1yKs4zFAHgNVgn6YeJl3=w960-h720-no

Cała wioska to parę trzcinowych szałasów na krzyż, mały bar z drinkami, mały sklep z pamiątkami i kilkanaście najpaskudniejszych rzeźb, jakie kiedykolwiek stworzyła ludzkość. Miały one przedstawiać Indian Taino w różnych sytuacjach, np. bawiące się dzieci, kobietę rozpalającą ogień czy łowcę krokodyli. Wiem to, bo przy każdej można było przeczytać opis na tabliczce – bez tego nie byłoby szansy na odgadnięcie, co to: czy termitiera? Czy pieczyste z dzikiej świni? A może wyrzygane owoce?

Żeby już nie oglądać tych arcydzieł i czymś się zająć, ustawiłam się w kolejce do pochylonej palmy, przy której wszyscy szczerzyli zęby do obiektywów. Ja też się wyszczerzyłam – z beznadziei i rozpaczy! A żeby zasłużyć na drinka, okrążyłam wysepkę po kładce. W jednym miejscu kładka znikała w trzcinowej chacie. Śmiało zanurzyłam się w mroku, postąpiłam dwa kroki naprzód i nagle… tuż obok mnie huknął bęben. Pikawka omal nie wyskoczyła mi przez gardło. Ale mało było Kubańczykom niepodzianek. Jakiś gość przyskoczył do mnie znienacka z drugiej strony, złapał moje gardło w garść jakby to była nać od pęczka rzodkiewek, po czym trzymając mocno za ową „nać” wysmarował mi policzki jakąś tłustą i zimną mazią. Była to, jak się później okazało, czerwona glinka służąca Indianom do malowania twarzy. Na tym się jednak nie skończyło – jeszcze napadł na mnie jakiś świr z uwiędłą gałęzią w garści i parę razy mnie nią trzepnął. Ujrzawszy otwór wyjściowy, wystrzeliłam ku niemu jak z procy. I wtedy z mroku wychynął kolejny animator, który wyciągnął rękę po hajs. Miałam zapłacić za to, że mnie wystraszyli bębnem, sprali gałęzią i upaćkali glinką? Ludzieee! A czy ktoś mnie pytał o zgodę? Gdzie prawa człowieka, do cholery? Oczywiście nie dałam ani kupa…

Po tych przejściach musiałam sobie golnąć, więc poszłam do baru na drinka. Wypiłam go tak wzburzona, że nawet nie wiem, czy był dobry. Podawali go w zielonych kokosach. Zawierał głównie rum i cukier, czyli dwa filary kubańskiej gospodarki (z małą poprawką: cukier to obecnie filar wyłącznie historyczny). Dobrze, że w tej durnej wiosce nie dodawali do drinków trzeciego filara – tytoniu. Przy spożyciu musiałam uważać, żeby zaschnięta, wykruszająca się z moich policzków glinka nie wpadła do drinka. Ech, te komercyjne atrakcje!

W sklepie z pamiątkami nie znalazłam niczego godnego moich pieniędzy. Zwróciłam jednak uwagę na drugie życie śmieci, czyli zabawkę zrobioną z puszek po Red Bullu. Wcale nie była tania! Kosztowała około 10 EUR.

https://lh3.googleusercontent.com/2z2dhk8QC3hXAMiomYVp0svowqdhO-ZCjZFlCXz3vGzmwAWHq-ZYmj3_h5fDlHYZ_xom4dcn--qkAEzVKzSXGupj5CrjLgK1QaKKyvvS2oJgvkB24qF44B3EH7WFTCX-3LhKG2sS1_7wFeCKIQ3uKlkf8QiBJQMa3vXwO001z4RK3tiBvdM34fGi3OSOiG_aXZJ9RsMY8AF9aLNTz3OUFyXuvHYS21A9wDs-ukPQg-hhMGuxGOPTyYL5BS1r8LlKvaa61i7pbFRPKh-fRt_yyZHd1P9Nc5Toy-zcOYwOl4wjCiK-QTG00kwSW68af00VfhrL2Yk5YBPukaILIVF-Tnz2D8GYlI6CvYhQJ69xMwLYc9WQm5a5MBBrLAaAP-trok0u__Wko9UFcceApTl4VA8bEzbDr95eB84ubM3XjkwCnRe_MbC4DVhCsdf3ETAHsOIXQHmpyYZy14nDpU8268gRxoiACgzulCT0AlbMHqlwtfSvh4ypOvKbgO1WUNNTB_O_r9VojsgXepuDw0_hqkIS2kMn4DrVfCc0Lz2fHgke3w2CBiyrlQLN2UuiYu8D1dWRBz4tZ0uLDJ_-8ltd9Q_pIUi67AT_qWxzhrTNlq7SG6pTvdCAv8I63qPCQzY7BTnPy8HwIQX9U26INrRTM9InXFDrb_Vy=w960-h720-no

Na zakończenie rejsu panie dostały po grążelu (to te żółte kwiatki), a panowie – po cygarze. Panie wyszły na tym lepiej, bo grążele były dobrej jakości.

https://lh3.googleusercontent.com/7qPio2_VhZ9O40mqjpc3BNyxTuDpPuMdTMPehJPeJreco63F-8bUsyqcuEEyF11uohmKcBatfSoyVPD210b76tLte9w7cyfnNXJjUvcFw6D_uMyR8M-b-Ameqqd1-L4OxZxMT3_mU5RT6pmNhbG3lOurAuszSg8clbgtvBDrqGw1seAgbrJTTJE4-ms9Yg4gQQ0O_SODznLg2CGsdIwyheHujNSE_grV-CAiMEVam47hAE1u4Uj3Oh4KOKX8VRgA2DrMFCT41WHfAdocbnBmg0Erde8iVjYywDd4PDIWeCfVGDsAgq-cu8dcEtr8fllfriLUSF_q0zRJUHG0dkbOCW5QOSLgyAnfib7xJtHbIedCsy3PE7YgJw17UjKuSPl2o9qffUyh3qYmI8VfdIioE34SxBnBigv9DA8bs9JAnpEJNwADGTsFnrwvXhW4_KbkeF4vinh_L9rgRfbgWFAtcYV0_oMtftB18aKvm_8pVn1Cv8SfzwzrDz6GWRlLLJ637EbHzYTUleCcjmzy6TS27uMQaaeGi8SolWtHoCqCASsQl3AXoABgcNDKECsGcDroSNuCYL6mnAzlKwuPYpKb1XDZzpiBspQIq1-fuhJw3U2_UQtZn9EeTfaLLGqmfIr355Afx6soxeO5Gzbcq5taTjafksSahq3f=w540-h720-no

Po powrocie na stały ląd obejrzeliśmy parę klatek z różnymi zwierzakami. Siedziały w nich m.in. żółwie lądowe. Pamiętam, że bardzo podobne włóczyły się samopas po Teksasie.

https://lh3.googleusercontent.com/pexvO11nzXjeC874Rlypo4KtdvDnO7cKkiyhZfie48wnRRS0LBalSHM6KDU5k6wN6yM8yqmG9oIrEikuX1_OQ3eNhHAWSj6k4qNveVx7bJM9tX9J00JKdd5DQHA8-AsSV72rbZOz03GuGqb1zra_JTahzqttd6QJNSQNXSl-OgHS2v0H1k1hGazuuBsJ0bzTAbNpx1_KtP4pB2C_aYxLpnf-LdHd78sgPEK24jP0ibI_fJtkUq_PkukuId-H4B5uP1fLiuDDVisN-LwegWyFOlIJBRcDdATV8NFUOPMITpkZ6g7NHxtCH03nMsrOgmYhCrSrfILgjRaQFGA0smnp-lIb5sVI1fn3ZLaSprt5BD8bxiephAaEkdisVOPFWMZJBHMtA1aiKDQpI3wfF7kpX9ClOI6nzhtNsZtH29O_g1Ye7oIoNT1snuPiiMRDuFiq9_DAhcgQKBSxI2JgcrYvvebJiOQXGgPbvgQKZS0C_jJfcs4BZd03bT49zd1g6Vln2LmNNboc16jqZ9WBxnmD0sKomwk0F5muXCDoNLT8N4wUEQaQROGdA4D5DnWEey12W-EKgKt1AQd6vBoZYqkxzvbpXRgH0c_8ZASLsbGruahX9e6BHpS1A_O0RO7nc9x2fAyvugcTWLydrMPQHUi2myx6IofhIwda=w960-h720-no

Warta uwagi była klatka z jutiami (czytaj: hutiami i wybacz, że dalej będę spolszczać to słowo). Hutie to największe gryzonie, a zarazem jedne z nielicznych większych ssaków, jakie żyją dziś na Kubie. Dawniej Kubańczycy masowo na nie polowali i przyrządzali z ich mięsa smakowity gulasz, jednak od 1968 roku nie wolno ich zabijać bez zezwolenia. Mięso hutii było pierwszym mięsem, jakie zjadł Krzysztof Kolumb po przybyciu do Nowego Świata.

https://lh3.googleusercontent.com/9u9aZEpscQ5lth_NAO1lWXBIRkW_I59Ri-3b-lmd7oJKYRIruQNio_flOhlZz-e8im29IZSEQLD20UWVGYWExqhZSGivrQhmdb7j2EXumhtBfqnBmrnB_ADYSEgS2RFzDUFEsRTdVn7lYIyTApJnR6mOZUE-sIrYrwGEkIaAMsYc-YFbzJYfuUmPRmCFgbN3nMP-beJpqOIiUxLRBi_4MQSTdcwo7FdwjW9_vjk1JDvabQJ9J6tF7_kDrSLBo7KlE7I5CgCyVqFhTN8uOLYCGEXmuOJmqyV-ra4XEn527oglfav9PZnk9qUthv23B2govGuISiVHdBSk2CzW8EmmRZLDlcbh67NjAaMM4dX3eR_xPCQkgZeyppMqZfEak_wb-ksMWdaVcsZnEM1a_eFAj7txbDUzSk0alm_MHbgkawNRLNPpp47VeUkGFOO0SglC1Y-FKAWvAylwu68vY2cNqTskbRp2NgDxJctAS7-Jr55HM3qYcaQDTpVulPqiHSfG18rFBTWbi846JcKDBsJ5PjPYuUM6WgOQi0unSjqf1I0JTfbdfWhge475Q1MH1YY1tbtHQXxRKdUeuOxmdtMI_I1lz3cM6xPuBX2WG1mrW2uDhNN2HaPPbv4UkQLb0i8x5rjmmChDZi2GomVMQxCamAZpjas9ol1O=w959-h720-no

Punktem kulminacyjnym była zagroda z mnóstwem krokodyli kubańskich, zalegających nad bajorem niczym martwe, kamienne rzeźby. Jest to najniebezpieczniejsze zwierzę w tym kraju (drugie to komar przenoszący dengę). No i trochę dziwadło, jak na krokodyle standardy. Nie ma błon pławnych między palcami i potrafi skakać. Większość czasu spędza na lądzie, gdzie wypoczywa i poluje na swój przysmak, żółwie. A poluje stadnie – u innych krokodyli takie zachowanie nie należy do kanonu dobrych manier.

https://lh3.googleusercontent.com/URVoXVpeVqR15YfXFtX7G3HZ27XyICAfD0QLJM6PBCU10jzcWxWFPHPtEhJtlxBgpZH5wjdXelEgQ-xVT_CtvDnPLAUX33lH-E2iGe5yzh0LWMPCdXE3P5pca55quW-8e95zJ6vmIM6s45l-MTc-SrqrKAtTjn09JRQzHK2Nyb3RnKwTGSyoNE_oMGUE2RdTFGBNkg-OMF7Bqxpb8SwSZCEQwZOjC-W9HwMPny1ng3edHIRqSDGALam2Z1yvCQ7YNdPqXhskY1QI5ubXchh8tXA77UyGmJfMXUvGRRpsQPVN6dYIFbt6TTIxJliyPN3B_nuNld80qDCuuDxUNr6Oe4U7Zkd5ZAdbYVHoqSLaeXIFXZqXSexZYQjA4jDIrQrDduTpFDF_j7mJscMtNkBeVfrRWOHx0LhrCoAqd87sKyMQPwbyg3hg0fOghX5beZI_wkkkIeRplW9GxoxG6ngP1v_7bGsPO0lp9_5FDGJc3jtSt5232ftvvhukKYVS7N-mimxpbq6Bo_b0oiQi2fOcf52zxoLngUnbOJZxvW01jQj87nLgASglFlJoWgNHzNi-vUMRm8IMuc2vbLE-GnAVHgJHR_ziOYIViSNAs8J8kqR8XD78kILWMzjAM2kLV72ANJcwW7M-J79DoYCPSogwohBjFUqxnXzi=w960-h720-no

Pracownik farmy przyniósł kawałek mięsa i wpuścił go na wędce do zagrody. Kamienne rzeźby trwały dalej bez ruchu – pewnie narastało w nich pożądanie. W nas natomiast narastało napięcie i frustracja. Co jest, doktorku, gadzina przekarmiona? Aż tu nagle, nim się ktokolwiek spostrzegł, mięso znikło z haczyka. Nikt nie zauważył skoku drapieżcy, ba! - nikt nie widział żadnego ruchu w szeregach kamiennych rzeźb. Lecz paszczę, która uraczyła się mięsem można było z łatwością zidentyfikować…

https://lh3.googleusercontent.com/4J-Qixu8K96KSCWZwp9gMRsz8F5tcdlyqqzfdPHwabEcnRnbv0Ebf1xSkxA-AepoNlPutVVzZCulIrDXJ6hHvDd7NOp8FfDxgDq_FJdPMF2fsSVqV4rb_owYyW37VoNVqBllq42tK_kkgVZ4P4_IaqM-aC5v7gTXEd6_O-0y-yZ1hrs1XeIKF7b1k1Tc4T5rKYJGpfJ8_FyTAElv_bMY7vIHxJdFtC66_CygegQnUBAZu6htvyvYyXRlwnUI5ndiQnrn5SiYlV6rKqJf9xNw4HNpj5qlzRqe3iIzJM1l-rMF9s43LcEU3uMCG2_hIhy6qieJRmJsepvX8kslemHPzUl2F84y-IPnPxRlmsJmy_65zDDRPxYCExaXsAd5kOh-oGSMGwqPaMFMh2SAAyyPVaJ2ROBxBjLFvLzhz740G1u3XvJR1-6InBp45vXSOgY_xtkBnS2v5KbOzX7YFrM9yEW6NfnoIPHQ46w4ynaNNI3q6ai9qu4TtHGyQBNXNPlu1DQLIPOlGMXSDaz_-Zc9QfQL9EhjCL3g_ECWVMFyezFBcdf9qsmBsVnYi4Zf8NMUu4ojZxQ72aGMGY0nWucgFTBFOK8V9XjHi_ND3Vb_zE9puk-MojhG25dunUahTpXfP-T6WSLA5ENyxJ-PR6au_oDcORtl7gl-=w960-h720-no

Ciekawe, czy Fidel wychowując naród wykorzystywał wizerunek krokodyla kubańskiego? Gdy tak patrzyłam na szare cielska z wyszczerzonymi zębiskami, zaczęłam dochodzić do wniosku, że mógłby to być niezły bat na przeciwników rewolucji…

Na lunch pojechaliśmy do jednej z lokalnych paladares, czyli prywatnych „domowych” restauracji, żeby spróbować mięsa z krokodyla. Prywatny biznes na komunistycznej Kubie istnieje, lecz w ograniczonym wymiarze. W początkach XXI wieku rząd kubański postanowił „zaktualizować model socjalizmu” i zezwolił na prowadzenie małych lokali gastronomicznych, dysponujących maksymalnie 12 miejscami. Raul Castro poszedł jeszcze dalej i zwiększył ten limit najpierw do 20, a potem do 50 miejsc. Pojawiła się też możliwość przewożenia ludzi taksówkami oraz prowadzenia pensjonatów dla turystów. Ale o wolności gospodarczej można sobie tylko w książkach poczytać (myślę, że nigdzie na świecie jej nie ma dla maluczkich, ale tu jest ona abstrakcją bardziej niż gdzie indziej). Rząd stawia na gospodarkę państwową, a prywatny interes ma być tylko uzupełnieniem i nie może rozkwitnąć na większą skalę. I jest opcją dla wybranych, bo o zezwolenie nie tak łatwo.

W paladares je się sporo drożej niż w restauracjach państwowych (15-20 CUC versus 8-10 CUC), ale można zjeść dobrze i przede wszystkim spróbować prawdziwej, domowej kuchni kubańskiej. Na stoły zarezerwowane dla naszej grupy wjechała najpierw podstawa kubańskiej diety, czyli ryż z czarną fasolą, zwany z angielska „brudnym ryżem”. Potrawa raczej nie jest apetyczna, ani inspirująca, więc nie fotografowałam, ale pokażę Wam zdjęcie z netu: tak to właśnie wygląda. Bura paciaja.

https://lh3.googleusercontent.com/nRwxrg_XRxPm6Ywusb4OGjgaqKYAAtfxqkY2aKPDePgw6nVFgxljGvau1X25Nulcrj0mFlYWeWy9o3JxqPdUtzPmmceEelAOar87KBRt65vhOFtIj7mnRknRUdHOi-54oPBnb1ELDG1kGAfnzvKBAYbc0y5IUgkwfEViuD-vE8cwQgeti0mTBuHJbwu0-OYG1MOLUjoZmX6536g5U9-AlcVwXPCoTcNcglBd-18YE38jzryjaoZx9JQPor1CbxBGCIvJuXshh2Ye1NeKzHtLrtuo4pTKxLmq2CQ8seXk1hbDeTzS_9wEyC99u2MqC-sQpAAvT3oITQpR7C16Pm4dIKUrlRrtc0T6CqjutYjH9-lkZ6DSwqXIXTKxd9I6c3YxDy5eGnr6KCvJYvH8PFc0dy4fHkK6VBv1m74BC0_YXPPkC_N9mzcLxVMZ_kZo9Ehyzdoi994qZNwiwXrThAcVGwnVLlAGs7et0K6yMfUF7meo2Deb71g15AlDoN5hNXmvYxZRz2Qe6DWuxp8-0X-syK2ak0LEdaL4ZQF3xezg7y9ZPUxdIJVAGkiMZ0zyfU6dZdwKcKjA44fN_910wIGslrIIAqR8QTWcSX2R_wL7DfcMQiwg826-6DsvFGa9wRjuXmayJEZKXkI6UhjRr1TkIeGkp9kW1Dcc=w959-h720-no

Polskie kubki smakowe reagują na to danie dosyć neutralnie, tzn. nie kulą się z obrzydzenia, ani nie podskakują z zachwytu. W burej paciai nie ma prawie żadnych przypraw poza solą i szczyptą kminu rzymskiego; czasem trafi się odrobina zielonej papryki albo przesmażonej cebuli i czosnku. Pieprzu (ani żadnych innych ostrych przypraw) na Kubie się nie używa, co mnie niezmiernie dziwi, bo większość grup etnicznych żyjących w gorącym klimacie lubi, gdy jedzonko piecze dwa razy. Ale i tak ryżowo-fasolowa paciaja w paladare była lepsza niż gdzie indziej, bo kucharz nie bał się czosnku.

Do paciai podano palce-lizać gulasz z jelenia, przesolone kawałki homarzej skorupy pływające w cienkim rosole, mdłego (jak to zwykle u Kubańczyków) duszonego kurczaka, którego oddaliśmy psu, no i – na to właśnie czekaliśmy - krokodyla. Krokodyl miał być gwoździem programu, ale był raczej… gwoździem do trumny. Podobno Polacy mówią na jego mięso „rybczak”, bo smakuje rybą i wygląda jak kurczak – stwierdzam jednak niniejszym, że to tylko legenda. To, co wjechało na nasz stół było twarde, gumowate i nieprzyjemnie kwaśne; w ogóle nie przypominało kurczaka, ani ryby, ani przepysznych szaszłyków z aligatora, które jadłam w Stanach. Przede wszystkim mięso było białe, a kto widział białe mięso u drapieżników? Tak więc podejrzewam, niestety, że wciśnięto nam jakąś zdechłą ze starości perliczkę czy inne biegające po zakurzonych podwórkach potomstwo dinozaurów. Pilotka podpytała o ten kolor mięsa szefową. Odpowiedź brzmiała: krokodyl ma różne części, ciemne i jasne. Według mnie to raczej prywatna gastronomia ma swoje ciemne i jasne strony. Ale co tam. Grunt, żeby nie zaszkodziło… (Niestety, po tym posiłku połowa grupy raczyła się węglem, stoperanem, imodium, rumem i co tam kto miał. Sprawcą mógł być po prostu sok rozcieńczany kranówką, którego wypiliśmy do obiadu pięć dzbanów, ale podejrzenie padło na gadzinę i już.)

Posiłek w paladare zwieńczyła zupa. Na Kubie alkohol pije się wyłącznie przed posiłkiem, a zupy jada wyłącznie po daniu głównym. Zupę ktoś nazwał bardzo trafnie „kapuśniakiem z pomidorami na skorupiakach”. Kubańczycy nie mają konkretnych zup jak nasza ogórkowa, grzybowa, kalafiorowa itp. Do garnka wrzucają to, co akurat mają w spiżarni, więc za każdym razem powstaje nowa kompozycja, zupełnie zjadliwa. I to mi się podoba! Na tym właśnie polega umiejętność gotowania: otwierasz lodówkę, łapiesz to, co z niej wypadnie i powstaje poezja. Oczywiście nie wszyscy Kubańczycy mają lodówki i pewnie nie wszystkim Bozia dała talent poetycki…

Pokażę Wam jeszcze jak wygląda taka domowa restauracyjka. Jest zwykle urządzona na podwórku w głębi domostwa i bardzo skromnie wyposażona. Ciasnota panuje tam irytująca, a ze ścian łypią na gości kubańscy święci.

https://lh3.googleusercontent.com/gNITCCrUSjP-jvCxsMjIbJA-XprprV0GiTACzSHuV_j0BGjvGqiMDWAIB2jzVKx6ykEhXzVcyD1uRtoCDf42IeAoghLYrCT4HIwPLjKESbv-enhnis6jhKP2188O6fFQptQYTicpNGL_ovc75ZPps5N8x3P2tHcn0DW-2q8jRSAOTD08QHt1_TjN9LCDNyHT0h7-gARNYNT5Brwl4FdeWW7WEmFG0Ysar5DHrfk5PdLV2tetDKpAYhTobks_FvOz_Aw1S0m_pGHABQXQZlxnErKusYPstzxTvwxye3iTf6-eFvZISq_BiEgeSgxJkZyHQVWXLm0FQ40htpeUe9q4aDMnZ1hKaQZngmwe8k_OEj8bhl6xfRL-q2ILFzVAG7k_B5swsRXdwLOIxIG38xlVDvPP3NceFwTu2-BIDobAh4gzp4wYQld3QwblN87qdkam_X8RAM8BirE_JGq6HP0qotV4I7qGBzpnpAc9ixiJmnbpKeqxT03ByU7CWIyBM17FGmiyEtrF_YKUZtAGk9kH7JpdXllfCGQiFuKiPAlgs862dL43uee_mXPiwBStj0pH_XB_d0lH4LZp8WqYy5gAzD8omIJiVvM0fFqPN0z0wrBstnq-mrHsLmpv-jjP7fRWNW4UoG-bGYlUf6pldySxKIpiex1UzpbD=w960-h720-no

Natomiast na werandzie stoją bujane fotele – dzięki nim jest bardziej domowo.

https://lh3.googleusercontent.com/dRn1kFB_HU5VItKK453WpjyXk2z0Nxi1csqahL7ZBzY-J0dRTHn9WjJjFURh1CgnqkB_ZOOy5qFeIOneFm31HKOiwnGqlOCU6hEHkpkTfhtJA8E6rjXYuMV-5-ZC3PE7oMuCVgQXIsl4lXmgBJy8r-ZJlHZbZUfeYWzuUg_vzI-0TSe-ZHn6VrmGmeSp4yEYPg7FJB4L_FcxlS3p_pIYH80hDfhFDbiJHaML-Xjr8PDyBZsXFoXoLsXssHNpJly6QW5oK9CoSoxHieZCwGM6pC3eB6FfpS1ohSA1iIwvEBvGtRWYPOkkDcSeBNnCJFxi8BcnL6WLJf9kxG60_qlkW9-z3q3EqFu5TRpANAPoHjTyqwHNMmSKo5MD0rO6ZmHF04L8CqY9WD0VSEeU7i0Z1l3Ko-_iDyqL2GtLtNzKX2VUSR1S3szCC_Qi2M6SerEpJvN1bFu5WRO8O2jKwraZOEI6tXvWyCsTnStE_6LyoPLKIRqXlNNHu1oaD1oTGQIGQ4AQYD4jJMAEL_GCUown5qetc_mFm1CRlLmAqG2PgKhKKmFI3lwHx39Fj7rRrrSCapOPHBwORkJ0OydRlYj8GvXJrvWNE6M7o6WhRR59rYKUJ7DuMoNVIMonAk_ueft1jBvKD_Sd3kH3GntZhQTErB2KqVAZ5Pe9=w540-h720-no

Fotel bujany to najpotrzebniejszy mebel w kubańskim domu. Może nie być kibla, lodówki, tynku na ścianach – ale fotel musi być. Wyraża tęsknotę za spokojnym, beztroskim i dostatnim życiem, w którym nie ma potrzeby donikąd się spieszyć, o nic walczyć, ani pracować ponad siły. Rum, cygaro, bujany fotel, do tego odrobina muzyki (na przykład zakazanego przez komunistów rocka albo popularnego dziś reggeatonu) i… och, tak mi mów! To jest życie pełną gębą w wersji a lo cubano!

Natychmiast po skonsumowaniu krokodyla jedna z pań dostała gwałtownego wytrysku (z jelit), więc odjechaliśmy z opóźnieniem i potem na słynnej Playa Giron spędziliśmy zaledwie 10 minut. Czy to źle? Playa Giron to po polsku Plaża Giron, a zarazem maleńka miejscowość nad Zatoką Świń. To tu właśnie Fidel utarł nosa antykomunistycznym rebeliantom podczas Inwazji w Zatoce Świń. Jest to miejsce osobistej chwały Castro, klęski Batisty i wielkiego tryumfu rewolucji. Zatrzymują się tu autokary pełne turystów. A po co wysiadać z autokaru? Jeśli ktoś lubi oglądać kiepskie zdjęcia i armaty, może zwiedzić tutejsze Muzeum Bitwy w Zatoce Świń, sławiące taktyczny geniusz sił Castro. Szczerze mówiąc to, iż wszelkie opisy eksponatów zrobione są wyłącznie w języku hiszpańskim, nie ma wielkiego znaczenia. Nuda opisana po hiszpańsku czy angielsku zawsze pozostanie nudą.

https://lh3.googleusercontent.com/5NSA6yKQlYZsOnwAzxlwwHjWaO7AToGtIoWaEpQNCEJhYzTTwOMi623DzaoejDmUUAe0O9xNk6Obqfp1TN9V_ToqvtY9Ah9wc0D8Wm2NyCOIbAdo-yn8KGZfhIOvoIWE7nzmedMB1WN130MeVqhScnc8lgGNfgKyFzwbNJna1Au4nj4_utL5zadX8pZM7lNcfRNSRbD9QlDwVQwFGnAOYkp1_8IQVHLEYswDy6d3qKUiVFNBDhDo3ZhcCjk2n-BOw7-szVypsp7yWCG4DfSdLkd8tjUZqsYUxguJjzpk_AfTQWEQS7ZhgrbTUbAGwvdjnJ70RkZus_mSW_PQ7yoZNRytslBNwMfgzL0r0EU0iEBPl8KRGkYuguZo_Drff1COBuO8WWO6XcBBubkR9jL43iU1_0o87iUYILOoRvT0MSpyPoh2vRNcx_YFgR7sl50aZ0Pt6i85ddS8D_HPVr8_dZxtFG8bzoQyOQ5uAYVpl8F7Du9slzX00IgQdgnkayN3fMMOFFpCOxvXW8Om-3Fls1UjGVVXyCubT207HbV32AY4Qq5RfGjCs92cNG7ytcC-utreGbPffvCKU8futewqNe-iov1lLNqoBIHhNzNhZ3smQ9uMZsmwsMz3NVr622nhg76h6Xh1f6zeDnEvW7Rw6vOcadr3f96p=w960-h720-no

Za permit na fotografowanie w owym znamienitym muzeum trzeba zapłacić 5 CUC. A za wstęp na projekcję filmu o pierwszym w historii Ameryk zwycięstwie nad imperializmem – 1 CUC ekstra. Film przemawia zapewne też tylko po hiszpańsku, bo nie na miejscu byłoby tutaj użycie języka imperialistów… Cóż, nikt z nas nie miał na te „cudeńka” ochoty. Wszyscy rozbiegli się jak karaluszki po budkach z pamiątkami i napojami.

Mnie się marzyło pójście na plażę – TĘ kultową plażę, miejsce zwycięstwa. Jednak pilotka upierała się, że tu nie ma żadnej plaży. Nie zgadzało mi się to z informacjami podawanymi przez przewodnik, ale że czas wolny dobiegał końca, wsiadłam potulnie do autokaru. Jestem jednak przekonana, że pilotka pozwoliła sobie na oszustwo, żeby nie mieć strat w ludziach. Bo wiadomo: jeśli jest plaża, to ludziska głupieją i przepadają na długie kwadranse.
Na osłodę miałam przystanek-niespodziankę w Cienfuegos. Nie miało to wprawdzie nic wspólnego ze zwiedzaniem miasta, ani nawet z jego poznawaniem, bo dostaliśmy 45 minut na kawę i odcedzenie kartofelków. Lecz dobre i to! Kartofelki mi wrzały, ale dzielnie pobiegłam w uliczki na szybką akcję pod kryptonimem "Hasta la victoria siempre”, co miało oznaczać zwiedzanie za wszelką cenę, aż do posikania się w majtki. Oglądałam centrum po omacku, nie mając pojęcia co dokładnie fotografuję i dlaczego. W dodatku czas akcji skrócili mi Kanadyjczycy, zagadując w podcieniach o moje wrażenia z Kuby i oczywiście dzieląc się mnóstwem własnych. Zwierzyli mi się, że w Hawanie wchodzili do wspaniałych kościołów ze stiukami, ale kto wie, czy ich opinia nie była związana z kanadyjskim punktem widzenia. W Kanadzie próżno by szukać takich kościołów, jakie są w Europie, więc te kubańskie mogą się wydawać Kanadyjczykom ósmym cudem świata.

Cienfuegos nazywane jest „Perłą Południa” z racji dużego nagromadzenia wybitnej architektury reprezentacyjnej z XIX wieku. Jest też uważane za „kubański Paryż” - najbardziej wytworne i najbardziej francuskie z miast Kuby. Założyli je francuscy osadnicy i rosło im jak na drożdżach, aż stało się potęgą cukrową. Turystów przyciąga tu przede wszystkim bajkowy pałacyk mauretański (rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”), wspaniałe rezydencje francuskich baronów cukrowych oraz bulwar Prado czyli tzw. Promenada Arystokracji, ulica z ciekawą zabudową i historią. Cienfuegos znajduje się na wszystkich listach kubańskich must see. Mówiąc krótko, nie pojmuję, dlaczego nie było go w programie naszej wycieczki.

Wspomnianych cudów nie miałam jednak szansy nawet musnąć wzrokiem w czasie wolnym, albowiem autokar zaparkował przy Parku Jose Marti i musiałam się zadowolić tym, co znalazłam w pobliżu. Przyznaję, że w pierwszej chwili nie doceniłam tego miejsca – dopiero później poczytałam i doznałam olśnienia. Pilotka przywiozła nas w bardzo atrakcyjny rejon miasta: do historycznego centrum, wpisanego na listę UNESCO. Przy Parku Jose Marti skupiają się najstarsze i najciekawsze budowle Cienfuegos. A przy okazji – tenże rejon miasta jest zadbany bardziej niż inne.

Na pierwszy ogień poszedł Dom Kultury vel Pałac Ferrera, dawna rezydencja magnata cukrowego, tonąca w ozdóbkach i świeżym błękicie. Wahałam się, czy wchodzić na wieżyczkę dla panoramy miasta, ale w końcu odpuściłam sobie – czas gonił.

https://lh3.googleusercontent.com/rxA5JYUzSvQ7UxZSZruuZ86XMkkhjgHBqonqZ8sTYa_lShBclcbfGNCGynfF9sf6dBv6BdE4rYzlTRSZje2ZCw3D9axaPESsX9aJs7oBBRTY0QgG_Ddsuhem9plsMsy9t4rtjgkt6HEFvbOCJGcidksE13N7wqcprUF3bz9jAqWqGbQ3SGgh4mt3MQQTLFdWpKRMwShMl8X9LjdPvc3QSDPdAKiuG28e1KYuUbtyr0PZ7GYbK79AaCq97zYYRqiWgZmEcHGHLbcv-BdWcCbVCPa1FBBsxHgrysJMYAsUsN3jZJfyXPLsxj42UTxll8NIXWcm8MazVoBBnPipFBQ2gKA5_oibMT46QbFTfZyMVJot1EYBHItznDapOEQbHs2YkCseEJAGfBINSTGMOJ12SlZuckrTdysdq09T5jAJgY8UUueniawSC3VzJLxPGWm7C2BVSoQZIqKw8GwJUakr1kDho3t3g8i2epr_n0_2VZ5bfV5d5YHgtPlvq-tNLdQGiwOfwroWuQfRFYzVwqHpqLRee1-RGUXbKUUFvd8NluX8pFNEcBzmP53Ez9cCqkHbcWnIGQnq1cg8HpIoSGu4CTKghCKNRylyJWA_iI6PQfOK-rRsEpPQ40A2GsL72WlaRtO8bclNsCQeG_bbbbfnfdv6fnadEzTq=w540-h720-no

Przy Parku Jose Marti obejrzałam jedyny na Kubie łuk triumfalny, wzniesiony w 1902 roku na cześć powstania niepodległej Republiki Kuby.

https://lh3.googleusercontent.com/TcbThh4h5HImQWqHlCFZwCMbGCweParIdrvu8VIjDvRBXf4pF291J-vUcgD3D16yTjnheOOFFoDAKPgmh2ic1ZIxyY0cEJG0EiCboxKv-HXxFaJn5bbCAnxYXq3RDNdZf-uHZKcDha6R5x09IuyU-Igt1kP1YptEZKw78Je_nsxr_O2V68VFEgKolvM5AUTucV_gfAoBy0mzAhKx37O5Aw4PrUDp-hrLBNWvzjuyQwUv_N7YZyV1U5evY_DVNOgnolqmulrYUoOJ3bGG5peLNfOn8v1H5ha_yuNNKqx9HXwqOTvWvshOXZguQd5elsS1jQHScim5lp6In7NFzOA7OT7lGHCtdf4zstDPvs2QtJnVyGQ3HhJ7lNsTTdMydW0bDC9wsD95N9-TTQuALOBoIf4KRMSaeSGKm8EswBW3lr0-FnI8DVLe2oaOtXN2m8QZzBuLGJT4RnZmLWM_ndHaxT8dO01Br6ug20-jzuCyUw2T5I-HnUMPyJMjkwmlXrKtSG9tnsGMLqQjyepuR9Pz8KMo9BAViGVP70NSrHJeu6sy8fvWFceQMPB3Ze_NiYAuF7I0OopQAyy44E08mKYKImAIvOS9b0Q0EvHxkePwJjx7fVLBbGqQgUWIn2IdfJAokpu3lPnnlRKU2q6vi9yYVqJgLBcl3cBB=w950-h720-no

Naprzeciwko łuku za niepozorną bramą odkryłam uroczy, cienisty zakątek z ławeczkami i stolikami, przeznaczony do wypoczynku w gorący dzień. Nie oparłam się i przysiadłam na pięć minut, chociaż trampki krzesały iskry, wyrywając się w dalszą drogę.

https://lh3.googleusercontent.com/GKgCc4u-UjKrPWftAw_-mInlSpdHEsWQb5clHQ5rt6EzA2jNI2TgteCmn8XykKEBABbX-kBy81abx8_FKuGesMgw9u8XzKKJy3XN1eF-0vVcIOlEDlCczXGGvxkVKHOOGYtmwciT5sLN1lruTmhIjWjsOda1iZi-7-th2oDh5PEh9tY5dTwYf6HdpiaJN9XMHyPfOu2BORz1plV9HUf4wNw9BVTrMwbUmtYBcdG2KsA0qDYigf2bgzNXe6hcSo1YTAbCoJM7RaheZyjPcHKVKN1J8cZ_XRmco3P5vFcwzZYjDjg1EabJJr-TYtUXDwAsBwDDPpu1TYHc2Sw6Lt2_xp_8JjsgSx-ZKlkTIzv0Mh2ACKIujCc7JBbK6iOqI8fDqA-rRjKknZ8A3jTzL-65N5Pvv4YladR4PpFtelIsQRIqYkaYsCUUhSrqVouATQzc_mci07qWTgFElrEGquc-weIJM5BB9m2S2NWuvy9PssVnukiDiC8aIWdiOBZ8Utshp-0bULN4VEo9Nk8a1JIxr1VxA-NuYA-NjlD1YKaD39RId-F-DVBRrJ9btr-J-zbrFRWPorWlJ9N2Bq3XFF1_sHWeYEWZn0c5rT-paC25IL0QKNStq2NW48XLvw0eAVpWqD5Q8fJJ9mPTU6J8ExvJn6O0ldemfT-2=w960-h720-no

Po drugiej stronie placu musiałam przetrzeć oczy na widok Teatru Thomasa Terry’ego: mój Boże, to na Kubie da się aż tak gładko odnowić elewację? I można utrzymać taką nieskazitelną czystość ścian? Teatr w stylu włoskim powstał z zapisanej w testamencie woli cukrowego magnata po jego śmierci i od 1890 roku gościł na swej scenie wiele znakomitości, m.in. Sarę Bernhardt, Enrico Caruso i Annę Pavlovą. Ma czterokondygnacyjną widownię i jest uważany za wielki skarb architektury i historii Cienfuegos.

https://lh3.googleusercontent.com/otR9hVEgbP12-mXxMAIz5khKktc_Fq12RZY13kW0UpJkD8oEOEWkt9TACMwevP7s0IKg_nZjs82ot8uX-7X4A5jRpUB7TI5nV1-QkH_g1AzIyb7xmt2cl1bu5dCV4yOpVVcpwaB5VwZHYZgpXX8RBQORm8x5l99Nfi3xQ1ZY_D4Oe9bqXBHrcHmhusrQRfO5PNJGPqw4ETHJbx6dDhrtv5Atlya-MLMYM57Hw_mp6770bhsgVKR2Gl7By21JdvZdnfIq2RZJ4M1qOyIij9-4Cih1z7lKGd5TyU1-Ntd6XrA8hQYJ1pwzCArg8X8LKBR7dbjnOZSGANZ5h5ivhIQ8xBJOMiE57jAzPpKBnDXh7XuXxYv8saqUDO0fdyjLtn5kNypFS8IR4otSHAiFx8ahC71XreSrIX3syOfGOfLFf_t6WziX9lTk_KeC9N9ov5nzDcCBbzruW_R8YJ4cR545QAgYN6u-8B7dndkmBOC3MxkZ_ffpiQi5msHFyOmtCFqRLCVi8tMUrah6hGRalWv7cZBIzBFDdB-YmPzG-CFoYC71xqiMHQQxIu-MbnwCpn2Eea_djyrs5_kRGiMzuBiP3cIdTbZFrypgJ2wd24QWDpaK_e0OjP3ds298ct3hyxGcQWVy0TEkAG1a-wa0lk71BtzRLeQtlQT2=w960-h720-no

Kolejnym skarbem jest katedra Niepokalanego Poczęcia z połowy XIX wieku. Mówi się, że to najważniejszy emblemat Cienfuegos, lecz nie oszukujmy się: Polaka nie rzuci ona na kolana.

https://lh3.googleusercontent.com/l1iA2EYY_nwJgVDlUP6jxN7JDtDcdAWpnzCHMVB377Dz8vdrW9Mgerx722_CEHuUg3kPihaIVgajnxtmVUP-yiNPydlBmDwrD2GJC4IoWiLFTLU6q7iB0oXI1G6NAGBKxm-oBvl6k19VVJJOMuQhX6aXAaT64a3gFmADD1ukSZgv1hnJHRumtj5zOy9gUQOWm38WabVTdDovCN33KYGjsYtc8RQ9O2RaeqlB2JSn1JBljbGCsMEVUDUzGY8OXxdLzMgiVfnl2csP36qtc4heri1TbKhNXt_g5YsdIGAXau9FPIi22wET5xLn_wT7b5hxkJVylWDR107xlTkY2jyhj-T1NHl6VkmWzsG6HhG2H7MguNsCElJ6DeUZtNBj8PS221YOmMBvyPbHQ4FjbQJaVGJ2psRplpPiaXHNIivjcD0NP6rn0TBXmpq4eRQd3EETr89Xdf4AUlj3ZmrFsiIo1qqNhd0V8qXSaJlCfpdftAAMQppAL8u9xtqEZt8oIhCDihI6t7yk6sINnRZL-FpnniU95xch6lPNqleaQ-9RUSkXp-_l9zmLtO8oeODDACzpKUxavRZxrtjer8GgGax3R3-Ow89QWTnxKBjOho2lbOULRQhTP-zsKnBScMIDIHcViuxerQvja7N3iTHqYBB3LTqOs13PolNz=w540-h720-no

Wnętrze jest surowe, pozbawione ozdób i rozpaczliwie woła o odrestaurowanie.

https://lh3.googleusercontent.com/WwRpnAfOzVknfYMtN_76MkzJgNyGg2qbtwEFYex39iiuynuL2frKl2WlIaUhV8Babio66h-_M6U33e7o9CVKVGPaEtaaFuhuH6hMJj5XvZfknJR0xhS6HZ_nET3-dv6RC39EuexE7EQplFhsgTqc5l1fethn3r1fr9k_dEzKXA7yvv7EO1L_fAPK9C9qtqbGKuQ2Yl8fwIWxvHQYnjenpuiPCkUpkNssbVCy4PxZWo_7Vzn_B2tVKE4ejdXl38piPtMIluCV82jyzwI5CPLWpSS6w94gN5u5ytkDkIBjQtfrD65m5GWjoB1Kz0czHTlGDxxZPMPUf1RLzlOWGlSPkIWnZT7S0l5DIfkihmRLlb3dW0Q26dsN3VGtNeOaTOcamM0T_1cSQPKJCHmAJMwyp-BOPB_X9Jv4LUWt5jVrhhNhkdvPIXBWGPUV1SUmLLmuC-uf-8sI_5hX3QEoi_iCIfyIaUtJ46y_qdnwAL7MgJ0GtFgQ-7-0jaX11cl2PfPtvkeRqEWgujLAaxUqgOSmLxQ0w4IneWLHIjiOttDwueZyTO8nZN7vYLcGnetoLc4k2RGV_fPm6FFBSWA2jAZizu9DneY0BGWD4UwfD41xnKYW7c8EqkzenJMSuZ55QF0ODrcRPNvOh-TudwlofrfNT-dU_mgColeG=w960-h720-no

Natomiast przewodniki zachęcają do poświęcenia uwagi ołtarzowi (według mnie nieciekawemu) i sprowadzonym z Francji witrażom (według mnie zupełnie zwyczajnym). Ciekawsze od witraży jest to, że na jednej z kolumn odkryto chiński napis z 1870 roku.

https://lh3.googleusercontent.com/FzbMy13qN-UWeeBHPIqGFNiLDlEjU_ILI-cujLOuN2IzVm6DmvewmZDm66kH0OGAvkOl9W6mZTMaji_v5SVcSKe-H7jNfnVRfGtvkQmEXr0aGS_BvgFzFVs6x5K-voIiyzVdpKk7eItpwxQ86iSRKJK1DAlxYpjTOnrc8tHri-ea57807MPWkFhY-XY0JT0D2ZkXWwPER_AkhBIPexjsEtuoH081_MyDOksTgZ-sfqTNBukYI1dVXcKdlj6hA73ZxBxn9ShG5zdVWmg8WcUQjCyVW-kicmX3CC7zDTYvjQ6OEKwaMszFZKiysDJ-Kn20Xs4_eQg0FvJ5pLV5t6qDYez9DHRIj0dnOjRW6Udv6ogm8ZKR9biRAUjYF-SfIC6uZE1SN54MlKOzV7Jf_9voatOo7qFX5X0KT2XMBv1sMymVEHEnPPLGiU0fNCVFXLAxTeH_8-BJGOX0rKirmGB9dNWIC0mtBBhJt7JnC8IQ-l_N2v2Hh021iNBlSHFIlUVCBfNSXSpUPqq1ra313h0sDcMY0U4OP3CELwWzkD1eapYDiRiztzco27ddHkv7LveWX936Zgd2Mf3m3ny1k-h1oSkzDBdVKNXFQToR-fU0p2kGJKDQAf7BhoBbrSBBH5zc7BoXsOmD89qrzGfK3eTb-y6E4A7AB3aq=w540-h720-no

Po środku Parku Jose Marti zobaczyłam zielony parasol – jak bonie-dydy, żywy!

https://lh3.googleusercontent.com/eSCmEXGZ-7vyCdSIUgkoIuxyZ1DRQAlwU-bnOJnzGnO1vUKeCl8RNsaclbwx9eTp86yHQSTGW1ZUqXCyZnPzbQjWKeTURgC4PQGF5XnQzKrWy9q27H6_CfNgRnVv5R1Swe9mBGiMd0yLg4lU-VHbQXBfLhCpjFNFkafqMPoihwuw1T2nhBiGctMzd9B4k2aigayxWWDSGmbV3-x9-YY-uqhP70jGQbqJSj-VM2UCjLSRxp37zMUDPyheu4jNouQOYe3nRY3sHyiNPH1A6Gii6lrmvZWn1eHw4sIJv4AAmVwQZwkFe5thVaCFwrsq9mhFL4967nlPX2MJAtAaTPaQoXT1LNh5BU8EVJoNjP1UACOdHiFr7Glp0cxORl3mnl9QzfI_72JBjlIVXH5JVhG-s5K1-4EoI-MuKrKhHvu4Vy_w8eWLRSOT_s2YzMhMtwje80-pdUhgFOqaEjcxdyzmGiW66oegNrT7Ux3v1xNz36ZrbC9_hVFP1xw1CydzQxVpLuPfm_8Ja4DDtwzI3x50go6rHJtT0Nz60Q8ImKXOGnFujycyZd1ssg_XsmX-B0zTINLE-wn_pfMdxtDJGf8zosMfhR7FfYx4vZxkP4PBg4---VAd73fjXgqVkNzn0CHqV8V68UyrTzBSgA8uJvb-LPZORlUVue56=w960-h720-no

Ulice centrum wyglądały już znajomo: drewniane słupy i tnące niebo na kawałki elektryczne pajęczyny, kolumnady i zakurzone fasady, rowery i motoriksze, śmieci i chude psy.

https://lh3.googleusercontent.com/vaExUb10TvTeayG7PuHp4QnKu_jJ94ZY1QCBDXEktwQTmOm2ZS7-ygjBGHN2xVw9Nx_j8o0Vdlih22VEwfsaXqVZwOfpvhPFtZPBkEWmtNdvo_kGFbjDkvQacNLWtlytHZ-fIjlgvSAotaon6RUotQYcfnfe0C2xDW72k0c_IXM4Lis89yMlf0gtL20dc1CtTDLYtK6JIcrLIguQwTXP8uYwqUaJWtAR6wpTc68J_G7flJuuwGHV3Vmt4DLO1F7aZLFL-Kh_H_Lf6KgrgqMN6RlsQAuITnpXdRPZtAt7ijsdDhUXiZKsxpKu3eg3wkEH1UUb87eLeqVRemb5e9-4Ima_y577oGWzR4mygLUqMTSeOT8dT9ygs5fk4zAtFmZqt5DYCf5YodM0CdUHSSzHyJIEJ3DJdCKCv3G1zu2r6_QUeHEZzvvfQhL2jobE8suVis4I9U_UGYCAxEf40v4vmXlx2f4XAZHtTYdxbTbvtEVJFvPcKIPvKc4IlFTMOFWBP1bpGNJit69QpnloE2auo3LdKXEJfjTWAuJkLFFbt-Fj-9oKk8HSAI3DzcTCWSTgLHknVFKthfaq0p7ropxiWAGNVyjvIdr-jWSsbKR5LBOHslkmKYntsUJXw0O2EqWwiQZcECk_8on1mra7GY_KMCMRR39JUzPk=w960-h720-no

Trafiłam też na umyty niedawnym deszczem pasaż ze szklanymi witrynami i telefonicznymi budkami-bliźniakami:

https://lh3.googleusercontent.com/hXXF5yR1-dfNKjjLSNHNNblllfz32nO5nNHJL7FXQiRS_suBYG2Px3F_scGQbk1b8YS36oQPyee2tIo8UsyggF7end4onbHWBeGWpgTLaZPKyhcikO-uKarUGW8R8b2UAiPJkVOOugTpaCiqR0z3HiLyRvtgqZNtjLB1wr2Vg91F1xBIVKfwLMigX_Ob4zTzkloRyYEOUn8OACeY6G7GFE_EvZNruHVW-kFkH8BOZhDF9z65Q8xhSoVymhX5tMI9K3CxVOCC5uF6V2pBRQdXXYhyyYv7RR40veuxVdLcsQ9gJPGVce5IWOLWitd3vlgoPDVENP_MTHlYs5U1ytRckn7a9yxGzpwXJZwjjloK_guehtp46Y3bx046KCPZtRJfUpXMGiMod1iOJXgEwKSrHtUZPxt4kvEZGk0xgRainhIZJwuy9Nx_sEK5efo0wPsD1NWiqYi4FpT8MbUNjfueREhHA2eVkN5TEr2mI9qXdjz5ckoSMaptsBtxUxO8J4PEINZiRx2LZDXz9X8NJJKnoaMa6L7bsBjI75lqMhcIPNKMkrEZyH09Dqgogqkkktx2hyqe9vuHa1gktl3KHunHWH53Grxghk6e5egbDB7bhBa0MfQklNoYJpLdOzBeiyA4s6YjrJmHFyZJ4wTbi6Y9O1R_v_E5xH0e=w959-h720-no

A wreszcie, zupełnie o tym nie wiedząc, dotarłam do Paseo del Prado, czyli Promenady Arystokracji, gdzie powitała mnie znajoma, bynajmniej nie arystokratyczna gęba Che.

https://lh3.googleusercontent.com/sa0pYxV5rAGyFfK063HoeJONB4jeVBpB3YQqIm2pauqW3BSwU34B7sFBSTiahN2zlB4DBBDSODiC77TaxgH3756_ejHNI2EYkJPHIJUFRxnOQN_41VPQOXNpT2QQ4ucDFlQsDNMs3-tM64-xcNafDWfgxN0n-iNs3ehVlbbCMuyutzJrxHEJtiXgXu_BW-5RHTjffLFhf90emxi5_wmlCR3eIhCcjwBhhJLjNflWfL2h1lz7ZMVzVqnHOhtaI3dPn9i9E7PyD3ThrCL3I5BHTjTTFwBEHZlGEc9BTgZn-Blf-i-XpPc0I7gL76sOwp2uYie9K3Cj2f6v3aNNH44tnCBk3gh0Ne9zjvqvm7fl3T788kBYXkdsjfSq9IyIoigRGBxDbnY0yWajaU1Yt3avz2kZTTFRlYYaRM-FB6eeoP_vbC-UBU7kJc-8w1XXT5tlhZ0Y0L-T6NZ8jtfUdXWqR_fOJ-oBiiwt_1IgtRNubu9IK4i-iINYghDBgPS3NHGJXUBCkvaCvtXaD1EltJoB6xg9uy2gVot6chWWRYBwpK90sNXRUDF-Y_P7s-UUn6O3y-di7I9lQ2XK0jVUbu466NZNf6dVpKeduM3Lu4IshOKXOgUDImc93Ph1lKTiJQEOq_i9dWV1XVI16hLWjFV9xobAvLXrMLbB=w960-h720-no

Do autokaru wracałam kłusem. Na zbiórkę spóźniłam się aż pięć minut i od karnego śpiewania piosenki przez mikrofon uratowało mnie tylko to, że dwie osoby spóźniły się bardziej.

Potem jechaliśmy przez miasteczka i wioski, przyglądając się m.in. kubańskim blokowiskom. Kubańczycy montują sobie na balkonach kraty nie tylko na parterze, ale aż po sam dach.

https://lh3.googleusercontent.com/okYsMtUHIQ_r0FOlV2TGGQzSEerBhT9L0JdpHtscr-6rGKtuSgnmR8GyDOqmNXFe21nAqWpauAWh8vXgUl2Di4rb_UCa4g_1F9x2IGV40cIykcKgsL2jEjsZL6aBGx8SjWxW2qO14loHu1irj2Rv8SiYOvLaNyP_omEMlFucxiAZrbszTzDy3YWJ3UtD_jXysX83nIvU3ZQhDBqTjtw6sRw1S_u08QKL1Yla_bo9BLOUb07ZILO3AmZEkBH52W_vONdN2fGx9cK5ColeHkdDrJQ1WW5j-bYF7iIKpLKnZQ5f9EVNFf2As_fKXG53jojv_qxVA5FhFT7lWzxj9-MvU3OIdqnzbiIZgfhGdIHmet22qGlbIaKCIU7wRdlG69E6gs2rK523yjtfUpYQ0S0M1wfxv-KOQzn0XUIcYk0AQwokGfePiTZ-SIezFD4f2n0tGVoEA-fo_VxnSIbHjSxDRXmUq7zqCh3mgad4xK6KnaX2Ai0CGZlQvmeHqyiwkx2PWsMZG7jEWub36BGNgToprAAi0SRoKqL_AsPU6HDq6ZbzqUNWX00Q2aUp4YnemfX0yy2WQy6eg7ootYj2yDEi8K_uxQnhzw5eRkjeidssKB3eA0CV70eu5zkTYGzCrhAfI_iTojtC4PjfAKTqoKt7U8fn7ja1jRjZ=w960-h720-no

No i wszędzie wywieszają sznury z „kodami flagowymi” – nawet na swoich Manhattanach!

https://lh3.googleusercontent.com/fB8mGnDUuf0n4PP9SJsTeIf_gwaPmCTwgbfP4KutS2GhaT_kzkp9q8iz5oBNPOKZAUUyqZlv0YwvI6IIzF9RcJc5heImeDoifYpkO8h3l-CF__V82Vf8Zcu45WZfMLepY4n52g4hMKtDfY7yS_kdTT47VBkJ9fZbmS16cmqtfL63A3Jk6eJfpw4ZBHqhBNkSlPJs8hhU22ZybD-tTliP9-3tLyXoBdW5dVNUQNFIjHGUqYoa1xpyenyfwMAufvSAXz1rq6sBZ1qZz6qjPGffUXaUvDczhqkdMjC2qprN7qicEZDUmklbCU2o_xwJDNnkPOBhY5qdnMSq3Tc02jFcVuKhRe9M3ptxglZvPVEaYARb1dfzcnJ74yk73Dk8vYn52FFcbuHFiMlI-fzhNpAdN7fi-kxa_dj4VFcm7jYJT2qxsZ7mwFmCHzDyeAxja0XMkeseRqW8uJ_QeBdlQx3LfkSnqYA9x6kLlegDtVCZK37wdHb2GuWMgLFvPe3D5qr5drTfFfL8MIth-2S68iqN2qUpn4vtlWXfhJCT-OrLwFmb7QX1N9FASZwI7zkhocgbzlkHD01qvQig3tWf8JqNIuUfcxUvr4_LrmQswvbf6MMLWuhrEhtIjdAFYIclHt7x2j7guT98kPYLZs_ZMZfYjzLn4q8TaZvV=w551-h720-no

W końcu dotarliśmy do kolonialnego klejnociku, chluby Kuby, miasta z listy UNESCO: Trinidadu. W sercu miasta, gdzie wysiedliśmy z autokaru, powitał nas pożarty przez czas i zielsko kościół Św. Anny. Kiedyś odprawiano w nim nabożeństwa, dziś puszcza się w nim latawce i od czasu do czasu organizuje koncerty (sic!). Ale najważniejsza rola, jaką pełni owa 200-letnia świątynia, to trzymanie pieczy nad tymi, którzy nocą powracają do domów na rozhuśtanych falach rumu. Kościół świeci niczym latarnia morska, ułatwiając półświadomym istotom nawigację. Nie ukrywam, że mnie też ze dwa razy uratował…

https://lh3.googleusercontent.com/pUpG2v_Oe_aM7YLGtzg_eRv7FzBBl2LBshquLttro8ktW7Y7LYtdf57Hpwyw5sRNgCJnm69EgM8O9kZ5hZr1iJ_Z34x_DcMZoh0svvrqXXSgtfGMd5w9UchC0RlYAZfEWV63X7cnZ2aVHFlrWwKiPFNBC2hNxgQAoR0JP5MGdDCvfGk_IosMr3AYLoQpwevVczLVnQf9tbQ3W2smGXKttJmgWZSJwG_vO0rpa8ndnIS4-IiyW2DJo6ax93gY7BNTIR80fK2wRkJU7jOnGhTj8vwQdkNTIBt7r3rupcjM2ZXfEtEoNsbNa8bBpdWxwHfjf0pNCImI2GtHAvcWq_Bn0Z9SVeVh_qdweaCm_7HBHsJD-nWj6M_qpXEGPnyO8_-lGMOIogLb6EjCK_-9wJGiV4_Jw7a6ZByhv1bpwwGjziJX8mksmuR8jxCqBObMcbDb7KxwjQiEyb-RTj3KsdygZQnaQWSbSAn_MP3BV_hv0E4ctBBDaxqVINSaPyc1Kvrg8E3UbUwxEoeaW-acX4M07l61U3lL20aODoHPLckoIUDkQBS26aeZ5LkI92Br7Mms14eNj5vdt7UquLx8Y4x5Bem1OK_qpGG-lo105vQgtYoIrwQD7uXSEU_d-CAQZ9BVjd-Oq7Y9XZObk8dHrmD9Nhgy1Pk7O3x5=w960-h720-no

W Trinidadzie mieliśmy zamieszkać nie w hotelu, a w casas particulares – kwaterach prywatnych. Podzielono nas na grupki bardzo niesprawiedliwie: ja, ta piętnasta, stanowiłam jedną pełną grupkę. Pozostali wycieczkowicze maszerowali do swoich casas particulares w dwójkach, trójkach i czwórkach. W ich kwaterach na pewno znalazłby się jeszcze pokoik dla biednej singielki, ale biuro chciało obdzielić klientami wszystkich swoich kontrahentów. Cóż… nie robiłam awantur, chociaż było mi troszkę smutno. Nie miałam żadnych obaw, ani wątpliwości, czy sobie poradzę, bo często podróżuję sama i wiem, że zawsze sobie radzę. Ale przyjemniej i raźniej byłoby mieć jakichś polskich sąsiadów. Droga życia bywa kręta i czasem trzeba soli pożyczyć… albo rumu…

Po kolejne grupki przychodzili kolejni gospodarze. Moja pani, rosła i energiczna seniora imieniem Marija, zjawiła się jako ostatnia, wyrwała mi z rąk walizę i ruszyła z nią w tan po kocich łbach. Pomimo, iż waliza ważyła 23 kg, Marija popindżała tak szybko, że chcąc nie chcąc, musiałam uprawiać jogging. A było mi to nie na rękę, albowiem w planach miałam pilne rozglądanie się po okolicy, by zapamiętać drogę. Bałam się też o kółeczka od walizki. Na myśl o tym, że miałabym je utracić, a potem dźwigać walizę-potwora siłą własnych mięśni, robiło mi się słabo.

Najpierw przekroczyłyśmy ulicę o sympatycznej nazwie Jesus Maria.

https://lh3.googleusercontent.com/gdpP_t4K980L0RBBIZQqdIu4nVmeHBY-_P6FiLbRUUrioTdCst9fvvLK06YOOSd4rjKLB-eBzbOqNJNETUbX4uRWDijzfZIHA4gRCEaOQ7oHM0xNZdU6rID0rISD8FVWxfN-W4SineWPVQy065yAr6u2mZS5tGQTToNsz-NYLAJF4D-trbbcFUJdOc_Lp2mR-umOMl9dLa__nXYDi8-V33FQ_hrPIDGJdscJdjxEiAFz96yN6sptsQsdVoLZ06JoQCGvzgNtHkkg7M00I4qjjPbvhQQnNxRs5t0XnijIMBq9WcyyOZsX5aUBWweQZDyZ5QTSUL9juMJD18Xp-uzUjmHNYf6eWzykmcWwF-lEWOlhkg4sJmidu_-jVNsdaKAchebJofgu5OI9_LlxN8ljC31VHzB3ERbtgvQmHI2f_hx_Hh32b8nef_134KAUO6BZ7Pm7I7r6fKl5ObcR6gMaUKhXU5JrTm7ex0aU4dF86bJozyvLhhNrHSa45avfMgfnCkAmcXKmwzMsbTuMIvs9czMA814DMm1dzJhC_wexZt-z5c7aO-u8GH9HxkWPDLw6vjPvtC3puwHBeNwgkcCTkKRhNqYe-O6bZVC9SNG8tHgUy-K3GcTIdq3MhEiCrgz9H7zKzhg3tFKNATzuSr0lB5JqnC0LEwYf=w960-h720-no

Potem szłyśmy szlakiem zaschniętych kup i rozjechanych kur wzdłuż szeregu jaskrawo pomalowanych domków.

https://lh3.googleusercontent.com/MU9yiIXiVI8RxjzQnKItulEMmsvdl8DRMPyRprlR03Dcj2tRfFOXXmMCguIkVJ8VizWrUrxrsZkVYKnoJpHPBAmbqqK_e_82vpbMeYyPBKfiCEbze5Cq6HOE2wv7rN7V0FnqfzZeg7g0-J7kGBE-SGTFEct0tBcf0847xwywE_01lV8fZYLkZiOlTBwEye6g9eVcUk0qgiQBUfWrtU7_zVZRdA0H3n4jnbTj5lYzq_vS3pGj8l2Nb5Bs_pKrq2R8AuN-gBFLd8458qW1XBIB9BAMaR2UCJ9BZkJE71JlGUL3PSnpO6aNFH5Pf1R2wronNbTy11hkgogiKDq7ysYcQMNOSIysji2kfGoln2fKH-YVbH2DP8CzyDLs7fy2fsKUENVUJUmTvIR20kGYYnf0drj4knF7Cl52C9ry64j4faBD8mfXG-Czwg6fm3QrtamsRKIKIMYcozol8CdtFofEiEQejfhNwIu1NsYtzaNTjeKXOSs5i7qIQvODbGWQ6ygItOz1wZFlkFCiCWIisdk5oA4Mk05dgfmgy0caE5V1AnnVzYaFUGdT-S5lNA-7S5bm8AYzDamcPqnCCgwwgLUz2lKhWJntdt2p904UaFNoEX_HclzcWmA3E5z5yMQHHoFPSSEmZASMlx_hZf2MhpNpxPumukUibDV8=w960-h720-no

Wreszcie skręciłyśmy w zaułek, w który bym się sama dobrowolnie nie zapuściła…

https://lh3.googleusercontent.com/qqld2AhnJj6op9RqUVOcwkOurweS2s7z3ivMdM_zwUESxLpaU6PZuOGXSYXgSIHLVdzjDB5FqqdhDxye0aRkrHJOgUWhhPDxWLyKvOFwIjBbwkVbXF4mpAJHPaiLT3Icpa-G-8OPinUnO8xJXKMVQbDWNUCwRQLNSYKH0GZK8oPtEubCEZPcK6G5Z9tMwtOLLY3FUG4yIbbC3NHaUoPrsIqF0fYvWsmaQHIO5yVlTAqhc3nErl76KYdGtxDlxckk2W69OMVkFvMussfYxDYijMl_PXPZ-ZLlaVAtVlmYAXrxNOkPl2mUllWHfZL2UZUvYRHAlyPvY3y85DWyLB_MirQLCyFp6dd4bKw6I0BGtdddTvo69iTRezru5BroGvxytO1omXvjPyBK-EApFU4fq0pe5p8Ynk1G1MUuCcLlQMfuBNIc6ajtne2jCQbvZCV1RKbkOcrwiv4o6mWc9aA0LdYVOc-DfY6dSFojpVS4G-3uxyJZSjLlUqPvkka1dxHs3ZtQ938KA1aP-4NMX4nBSbSytNv_MJ0f0hysWnNbJ6FaAo4tjB2tiyiz1HCIkgXiG9l7bp-yzd6PymucVBTAFU5scc-Sy_Zz_Bw0PXAx_3hvaPOD6Bq-FnCxjcuWrak0mFWq0fXKM6tiCIHUphgVf6oBv7XUR9BK=w540-h720-no

…i stanęłyśmy przed schludnie odmalowanym domem.

https://lh3.googleusercontent.com/pa4YrPaHVHCJuNlzTSXz6bqWhwPvXLnM_S0t523x7d6f2sOHeR2DYUCGtsZW8YgkBSP99XYB7UVb_becn7yC3FX6JFEwFqSR5irpGEUXplkjty1zz0MojEAgB8ncgTDqN2QWYCp3RUlTalyEFvPVZLgYqdBm6s1s4m8mVOLtr68G0Cb8Ig56mIq-WSFC_VG25UjD-xuW7HnYOyGCvRD09h1icp5DzpfFaDOGaPU3Jlth1QbrPlL56g6-894tXuGN0RER_MRoOXdRUsvl2SIZzT9hUuzyqpdgVfWjAqBVjeGE3S7_cv1JXnxkxMlPigzs-whVwRgBIyNxOk0W_PtsDt0yfCa1ps6ERVV0BYkq6k1Y3R9Tzq5syry0p5s23dQmSADtl47OvyV0AOOW_Z-2skK8ik_0wihWzUY407ELgOJwyhcnreturl1utrN78KO1204WBkl9k8SvDuoVjgmgOL6jkDFzXBqu5CPzdksdxR7Ui5lF-RZUV3E6BadeOcm0NQSQD-ENst7D7pG28eInmgU76hp_CuAdMnh8aCNiXleqYkIeaB7HbJAQOQiGqU-2rN13Zal8Bpzq6CoMfz2djpjwr2hfBAxdLUfSLVO1vfbD8laMOTZpxLtLNJQa2NqijsYmb9CIFV8p5PaT3c8opw0UEktxxQsL=w960-h720-no

Za białymi drzwiami od ulicy, zamykanymi na zasuwę, objawił się przede mną betonowy, pomalowany farbami wąwóz.

https://lh3.googleusercontent.com/qbwG49sFJN4D9CztOdd8ZrJIfkuHV15KMbUVPHIvbn9opd6OHTkDiGlgvJlT6H6fQxpTLhZOJjbCjvWRmNdx43GfGPQSJGt7w5x_9oPJkQT_i2tav9zgK2zvEkXPTm2ftZ8gCSeGfbuGSr0g6ylqIMUP7jC2KQvKaeoofoerYwa5J-4PLiz6-tEdH-IbhOtzncyGN05q5c7wByFbscWWHPIkQGcg3WTXPOyhQ6M6v1VR_bKWcAUQOv2bfDX6huggHGKSC5vI01tyrNq2H3Q4gmq_-wGkNRdUZ1OoAzWlbtkSDWWuzOxxXtCQwI5IrLlu5dvvMneKJPJ-QXoib-zs_a3vdj4sFcgQUcLu672-G8okfsHo6vIbwUDYQEe6m9fbXcGgJpSRKx5ljjJykTFDh0o1Ewdj2Rq1kem9jr1f_h_i32yV6jm0OJM9jWAkHQ7vUWtepSd7AjpfljlWArY_R_j_I6wREL9xtCG5Tx-seQWPtbUnPrgxzOu9sdzbTXzo8strb-Ju7RXNfwflWmPl15e2UWZl_CTFNVV5HLnR4Wbp6W9JdLMDbdFCNkjUVfyKokgv6CxFrbl7FM8SzbPbY0_jrCGhlQlaW6COokq74yPHnw-YwpCo3gPgnmMZ486SaxtXPyPdP-pBuTjhWxYErAGT5iRW_-nY=w540-h720-no

Na końcu majaczyło podwórze. Szłam wąwozem i czułam, jak włoski stają mi na sztorc nawet tam, gdzie słońce nie dochodzi. Gdyby ktoś mi tu przyłożył w czerep, pies z kulawą nogą by o tym nie wiedział. Marija i jej pobratymcy przejęliby moje walizkowe dobra, mój stosik nowiutkich T-shirtów, mój ukochany błękitny szalik, moje zabrane dla bezpieczeństwa osobistego trzy rolki srajtaśmy, mój czarodziejski ręcznik z mikrofazy, moje mydło, mój szampon i mój krem do rąk, a w dodatku pożyczoną od koleżanki książkę „Fidelada”. Wszystkie te rzeczy pięknie by im uzupełniły luki w gospodarstwie domowym, nawet książkę dałoby się do czegoś wykorzystać. A poza tym jeszcze by się dobrali do mojego portfela i obłowili… niestety dla nich, obłowiliby się w euro, czyli w walutę nie dla Kubańczyków. Kubańczyk może posiadać swoje zaściankowe kupy i kuki, ale nie wszędobylskie euraski. Kubańczyk wie, że posiadanie eurasków to ryzyko, bo może mu się uda wymienić je cichcem na kubańską walutę, a może nie – i wtedy zostanie ręką w nocniku. Czyli nie powinnam aż tak bardzo obawiać się Kubańczyka… I tak sobie miło rozmyślając, dotarłam na podwórko, a z niego na patio, na widok którego rozwiały się wszelkie moje czarne myśli. Było lepiej niż w Bułgarii.

https://lh3.googleusercontent.com/J81YgaSfogtlygls-D76wlW_5VhktBgcVEPfnJaTeJmNhu9Ig0ZOHhTdmYLan-FlMEB4padcdva6t73XJyHppcYOaO4JYRxHHpr82pLAOQqjTxzysWoMx88kEY5p0paqnnO-_pL7qVSDa2yk0Q4AjLw-o2AB6jDmF0BR_oCZTTQSZ3JeZORudSHJItFDd8O1CTuBmDUDjZRs8XivFL2nTf4ts0b7vZEqZcRsplICohHy1_Q3msPZrCdBVKhLkKtTmhJR98wZNDO-gohxu6Po0T7OgTyHKycHh4ERAWVjRyTT2FWLDEDrMQdRCwnTOkkyXViUO-KKdSU54aPUueP54kQXVHYSexn1s1MqXefQScb9wSD44eLCnNGSrTCltQbINUiwUTKARgEQuZgfBnH5s5qgkHdIHRHW-Fj4ns_cF-URoiF0r9jv7IssJm5cqxFUPetQOONIpEnuOIGuQbrnnw7_ZedPFsipFCFHGcXod72AEIt7NXzn-7dhvCrq0u3JDWGeKJq0dP2r42MUE9LabXIeZM5xzBMYlVQA-qlVFwgIar-fP90B-NQMiSPGMAA2ak1clY5nK7-ba1LN7Jadclpz6o1qw7guVN6lcSMKxpEDSzx3oQgSb0rrsJZsFE_Ugt1aAD2lDgN2mA6OM-oy8-X9xYMdQDV7=w960-h720-no

Marija zawołała syna, żeby wtaszczył moją walizę po wąziutkich schodkach na piętro. Teraz przyszła pora na lekcję o temacie „Jak otworzyć kluczem drzwi do pokoju gościnnego”. Już wcześniej ustaliłyśmy z Mariją, że nie istnieje między nami żadna płaszczyzna porozumienia werbalnego, bowiem ona ni w ząb po angielsku, a ja ni w ząb po hiszpańsku. Dlatego obejrzałam nieme demo mojej gospodyni. Niestety, udało mi się przyswoić tylko wkładanie klucza w zamek i naciskanie klamki. Natomiast cała reszta… Kyrie elejson, to była jakaś magia! Nie dosyć, że cztery rygle, to jeszcze jeden na ćwierć, drugi na pół, trzeci na trzy czwarte, a czwarty na siedem ósmych obrotu. I to wszystko jednym ruchem! Gdy Marija wręczyła mi klucz i gestem nakazała powtórzenie operacji, poczułam taki ciężar, jakby poproszono mnie o zastąpienie Świętego Piotra. I oczywiście nie udało się. Nie byłam w stanie otworzyć tych cholernych drzwi. Podejrzewam, że sekwencja ruchów to nie wszystko, rolę odgrywała też mina, a może i kolor oczu. Ostatecznie Marija obiecała, że za każdym razem, gdy będę w potrzebie, pomoże mi dostać się do pokoju. (Tak, wiem, przed chwilą wspominałam o braku wspólnego języka, ale jakoś tak to jest, że kiedy naprawdę trzeba, to można się porozumieć nawet bez tego; Marija nawijała po hiszpańsku, ja po angielsku, obie machałyśmy rękami i jakoś szło.) Pokazując godziny na palcach, umówiłyśmy się na kolację na 20:00, po czym przestąpiłam próg pokoju, by zamieszkać. Pomalowana na mentolowo klitka wyglądała schludnie, tylko było w niej pierońsko duszno i gorąco – jak to pod samym dachem.

https://lh3.googleusercontent.com/IBmFsqeROk9UNPCohNm7QQS7BZkMVQYjnQFhUgQG4N5Ry41zGy8je7kXsvuRqrNmsMMe33JupfNuOkgd_ylaHKOyGgX5RO0IVQRsfSFbuTOVqVH8ol2PQ2oTQVvYvtlLmHjSZNgydRK3khelhhB8KLeupQZEfoMFsFYNqsg4XG4VfBc5m99SH2gW7ur_7CNZVJqlMPDCG4QOyIHu35YF3HdkaOHzWniuaURJyE5CKdUax9TPt-5UP61qazwdwWBCY1770KJLLM0I67p4jNGJ2kgdrBsjfx2aWat1n2FTivr7bZB_HkH0P8WDKWVu3X8roDYK6ss63-1wxo_M9OkpI44IpFMu6_hs8ovdq86N622TfYQGPh8Ui5xwe8ZgI9pjm0yCrysscRdXwEz58bgf4D48GZuzIX8zrc4l1XkCPvE8FoY4wP_IhYguOqatXpOQPo-BVOaJJ0cwcf-n2aj-bqL0TTfBjDpPhthPAiM6kERXR01E0l-LuSXaznwjRIvkSoqfMh6_sqn5g222XCX77T2foFqLPpeX1_srOQzwPRPCY2YDRPvNPN0vqxdvC_qiqC-RrgR693yiASMAsQokxcFwVxr74B_5i7V6stocDZRLGzHk8cBqRfFutBsr4PLGG3U-lEE1TE1JB4-5qz-OBlaG8R-ZP8Wh=w950-h720-no

Za największą osobliwość wystroju uznałam lampę sufitową…

https://lh3.googleusercontent.com/zUd5uKvZDVGuJfoQc-nO4KiVDKPXdCKX-pdTjfD5c5LH4fjGCXkEX8ib1mthq7D1aY2Py7LVQj4nuz9xnF-Y-FT7Oll23vn3mJAwXlNEh6VEACMC7VOoldaXg1VkJikmPr0KMOW_fCzGgDd4OkC_t9HOUxfSNjhbzRcGwt-W3lkZilWjPE7_w66DTBTwPsY4gS49X6gEjhMySi90pTJ-LmjPeTM2Zz99tOZbEGaosqTfPeYn_VTryc53E1qHRGC81-TW8Yn_wQ0b2xMY2V0AorwfZn7HGCittv6TWXxY4Nwgcz76iJ3j_juYF6XjKe_L9XlcIUc_HBQLmr1OUdW2iEFc6AfARymKpKMm_iN0DYVsRwXgNOXe2Bqye9rv0a8kw3fwBmBSv0tVT_66bo3wRLz2-HsMsyNz2RBHknClOycTqdZZTRGHpEs1xFSbOUbiHvu3LNk4M8IAAMKBqQRbnoemWB55a1kGEV3KGHxxN3F2nYaxVq4becKtLxP-U_2QZoJMokcw9HJlVLAxeYoLcrdlQa4RWhKS7C2p9pZyED04FRVdgP8rSwDX0zW_DHWKhFoqPh75KbmAldWIAw_2bs7V7MjIsMm6Gkrd07W91iuC-pC_rNXsYscMQ-4uoHnMJ9fJiB9-LPwkOPV3ZbKO8YyXOUqiQUx2=w960-h720-no

Aby wpuścić trochę powietrza, postanowiłam odgarnąć firaneczki-koroneczki znad łóżek i otworzyć okna… ale tu spotkała mnie wielka niespodzianka. Pod firaneczkami kryła się tylko spękana ściana, nie było żadnych otworów na zewnątrz. A na przeciwległej ścianie znajdował się tylko świetlik z zapieczoną klamką. Czarna rozpacz! Jak ja dożyję do kolacji?! Włączyłam klimę, która nic nie dawała, a potem jeszcze wentylator, który rozbijał strugę chłodnego powietrza walącego z klimatyzatora. Zrobiło się ciut lepiej. Usłyszałam donośny głos Mariji wołającej z dołu:

- Café? Agua? Zumo de naranja?

Poprosiłam o kawę i już po chwili popijałam ją sobie na tarasiku. Była pyszna.

https://lh3.googleusercontent.com/bDiM7VOq-F0YTQPtHmMMm21oVox24_M5X8Xcg2GFS0UMoeroRsmQoZ89F0Vmpopv_9WGVknKTAAWFAW4ln52s_wNlkTW15-_e54q6hlJdCmMjEXkx8mcRp4KOYAuc92cv5PS8czsgAj_t4s7yUMaBBeIxUqPxGltTHPGKIPBogLdENxFd52of4ul7E6gaCnRTuZRJK9604dfceUZurAiq_D3Sa41vgtZDDYhIyWlsMipwzaOHQOszixAdrMKSrSOC_NvxbyOApu6B6JRT7BBCGWgFkPS5pLjDKADuW6FTt7Ijz2bBkzr-EHADRABUC2x2fgoXbY-VFt0zSVmLDb-S4GvjOXQdRnEZggguE13AYQn0zoru8seiqpiANb49SA4wlwOgO02vJc9WaZnuyZ69yXyOfgbMEKLYnPglVBgfJOE5AfHs7CVZLecS-TAUQWXj4sDcZuWBMDMJLKRmDgPiTK54OWuYoOkLT2FPfLF5jOVQbGtFMJf4YBPiNYSqzXYrpMjsFekQk2fp_H2PjDm5pNbB325qfrVWF2HgRF4B9JkKSSVaUbpdH27cpr256KnkBgtuEMlNIyWlqFRRMAKKMTnREzCU2MdGP8Y-M0UDmPUhdWf9NL59onYM7dpdG_jgSMJaP8GPj6TKrKmQkebJ1LHdzIhZSxV=w960-h720-no

Kolację jadłam sama, w udekorowanej betonowymi płaskorzeźbami niszy na patio. Marija podała zupę przed daniem głównym, najwyraźniej nie raz już gościła Polaków. Nie pytajcie tylko, jaka to była zupa, bo poza tym, że jako-tako smaczna, nie mogę powiedzieć nic konkretnego. Były w niej jakieś skrawki warzyw, dwie kostki z kurczaka, rdzawy płyn i tyle. Na drugie dostałam biały ryż, duszonego kurczaka i talerzyk z różnymi warzywami. Te warzywa (a były to plasterki gotowanego buraka, zielonego ogórka, gotowanej marchewki i zielonkawego pomidora oraz szatkowana kapusta) Marija osobiście skropiła mi oliwą i octem. W sumie nie był to obfity, ani mega smaczny posiłek, ale wystarczył. Doceniam przede wszystkim te warzywa. Huragan Irma zniszczył na Kubie większość upraw warzyw i owoców, więc sezon 2017/18 w nie nie obfituje. Trudno je teraz dostać, a jeśli są, to po wysokich cenach. Gdy kierowca naszego autokaru zobaczył w jakiejś wiosce przydrożnego sprzedawcę, który na maleńkim stoliku trzymał skromną piramidkę niezbyt dorodnych pomidorów, zatrzymał się z piskiem opon i pofrunął na zakupy, a za nim kubański pilot. Tak więc było to bardzo miłe ze strony Mariji, że podała mi więcej różnych płodów rolnych niż sprzedaje się zwykle w tutejszych warzywniakach.

Wieczorem pilotka zorganizowała dla chętnych wyjście do słynnej trynidadzkiej knajpy Casa de la Musica. Na długie schody przed lokalem wystawia się tam wieczorem stoliki. Za sam wstęp na schody trzeba zapłacić 1 CUC, ale warto zainwestować w fajny wieczór. O 22:00 przychodzą muzycy, by grać prawdziwą, jarającą salsę. Kelnerzy serwują znakomite drinki, trinidadzki specjał – canchanchara sączy luzik i ukojenie w umęczone mózgi, ludzie cieszą się i tańczą na jednym z podestów, albo po prostu między stolikami, jest atmosfera, jest świetnie. Wśród gości przeważają turyści, lecz nie brakuje i lokalesów, którzy dają popisy tańca. Bioderka śmigają, jest na co popatrzeć!

Do domu wracałam przed północą, radosna i rozgadana po dwóch szczodrych canchancharach. Canchanchara to drink na bazie rumu i miodu, wymyślony nie gdzie indziej, tylko w Trinidadzie. Przygotowuje się go łatwo: 1 część miodu, 1 część soku z cytryny, 3 części rumu aguardiente de cana (mocnego i paskudnego), 1 część wody oraz pokruszony lód; miód z cytryną należy wlać do szklanki i mieszać, aż się rozpuści; dodać rum, lód i wodę, zabełtać i sączyć. Równowaga słodyczy miodu, kwasu cytryny i ostrości rumu przenosi człowieka w obłoki. Jest to najlepszy drink, jaki kiedykolwiek piłam – no, może oprócz dobrze zrobionego mojito. A w Casa de la Musica zrobili canchancharę fantastycznie. Niebo w gębie i… ołów w nogach!

Początkowo wracałam w towarzystwie dwóch panów (ojca i 17-letniego syna), ale w końcu nadszedł czas na rozstanie, oni skręcili w swoją uliczkę, a ja musiałam iść dalej. I powiem Wam, że gdyby nie kościół Św. Anny – ten, co to jak latarnia morska prowadzi zbłąkanych żeglarzy - mogłabym zaginąć w trynidadzkim labiryncie.
Na szczęście Marija jeszcze nie spała i wpuściła mnie do pokoju. Mam nadzieję, że po canchancharze chrapałam tylko na pół gwizdka, bo gdybym chrapała na cały, delikatniejsze części domostwa Mariji mogłyby się rozlecieć smiech

Dobranoc!

Ostatnio edytowany przez texarkana (2018-03-14 14:31:03)

 

#37 2018-03-14 18:42:53

Angela

Re: KUBA 2018 by texarkana

No nieźle, nieźle smiech jestem zszokowana i rozbawiona jednocześnie wink
Ale najbardziej to mnie zdziwił ten nocleg w prywatnych kwaterach i to, że sama musiałaś stanowić zwartą grupę wow - ja to bym chyba błagała, żeby mnie ktoś z wycieczki zabrał ze sobą do pokoju smiech No bo jak to tak? sama jak palec, w obcym komunistycznym państwie, gdzieś na drugim końcu świata??? Dobrze, że chociaż miałaś przy sobie papier toaletowy... alejaja alejaja

 

#38 2018-03-14 19:20:26

piea

Re: KUBA 2018 by texarkana

komerchy sie juz niestety nie ustrzeżemy; zawsze gdziebyśmy nie pojechali, na wycieczkach częstuja nas takimi "atrakcjami-teatrzykami", czego nie znoszę; w takich miejscach mam wrażenie, że traktuja ludzi jak jakichś przygłupów : smile - przyszło stado baranów zostawić im kasę....  alejaja
Co do noclegu u Mariji! - no ja byłabym wniebowzieta! no może faktycznie w pojedynkę człek czuje sie troszke odosobniony, ale pewnie nie na Kubie! - wiem, że takie coś bardzo by mi sie podobało! 
Czytam czytam.... i czekam dalej....

 

#39 2018-03-14 21:06:15

Kolka

Re: KUBA 2018 by texarkana

Już sobie wyobrażam ten skomasowany atak z glinką smiech Ja bym chyba po takim terrorystycznym akcie zeszła... smiech smiech smiech
Powtórzę jeszcze raz Texa - REWELACYJNIE piszesz super

A tym zdjęciem się zachwycam /zresztą nie tylko tym wink

https://lh3.googleusercontent.com/KoNKk28W-hxR5ByTqrSgGdx-0-lJDmVVOKukHd-NQH1wdyvzRF38gDkpHanfzWeKc2EFLhCLABtk4yMlOlhVtTHWSRSNH8SaXosYq45kZAmV8qXzXxMvxad230Za-O5xsxHRBe7xt4pH6IAF9v2xaU1jLl9jg19UmqtD-AsFf4dUIv8LMxIcDvHCCgDx7qD4-j4CF7X7YHgeFoK0YsiwSa3aBQDVZfxLZroiUsRnSAhezFYXMK2r-1RvQhaQV3S1aXFTrYAlh8_cyh39dIQJfPwaPO4DohwJw05D3YSFsbUUWRgkeGnltK4GxOSoKgqLiPhObe0ChVdGAW8ObeUQXzKK1xJs_diuAYZiM3nssR80Pe8dtn6tCPbOObTz5yCL17iY1AZpXml13TtTGAxzFm2T0t50nMZ0fikBsZPlsO3s9dpGCocns6lvSB7xu9VT1KjxV5ueu-oB3-o1hqOFfJy7D3CzeFFOBsQbmYw9UNcQKh9NvvqJULGiEKAHpKOqZ1zHNLzVB_dxBZpo7NhrfoQ5CX1YvRbKgySflfpm_4dG1w8dj20JRYe42PEDuXZEOc_6TH7MUxgsZggmABgtklZNuic363Hu2B-A939OSH97J6-cQqmW_WRX-dL92s9ZA7Cd-0JjSj1WubYDuuA6mR-o8E1JKMxm=w950-h720-no

 

#40 2018-03-15 07:02:05

papuas

Re: KUBA 2018 by texarkana

tym foto zachwycają się wszyscy
takie - wszędzie chmury też mi się marzy, chociaż na objeździe robię raczej szybko zastaną rzeczywistość

 

 Reklama

Travelmaniacy.pl

#41 2018-03-15 09:41:06

texarkana

Re: KUBA 2018 by texarkana

Kolka napisał:

Jak on to zrobił,  że "25 ton dobrej roboty" do tej pory się nie rozsypało?

Zlepił ziarenka piasku jakąś żywicą akrylową czy innym lepiszczem. Ogólnie to wygląda z bliska jak papier ścierny.

 

#42 2018-03-15 09:42:27

texarkana

Re: KUBA 2018 by texarkana

papuas napisał:

tym foto zachwycają się wszyscy
takie - wszędzie chmury też mi się marzy, chociaż na objeździe robię raczej szybko zastaną rzeczywistość

No i właśnie na Kubie tak wygląda szybko zastana rzeczywistość - przynajmniej w styczniu. Pogodę mieliśmy zdecydowanie pod chmurką. Było ciepło, ale słońca nie za wiele.

 

#43 2018-03-16 21:52:14

Antenka

Re: KUBA 2018 by texarkana

Ubawiłam się do łez wink  kolejny oodcinek pochłonięty  smile  Wszelkie szczegóły pochłonięte, tym bardziej, że Kuba minęła mi koło nosa. Ale może kiedyś - kto wie wink  super, czekam na kolejny  odcinek smile

 

#44 2018-03-21 12:48:10

piea

Re: KUBA 2018 by texarkana

Agata, no zapomniałaś o tej Kubie, no?
czekam i czekam... sprawdzam... a tu nic....
Jedz dalej z tym kubańskim  koksem Kobito (wpierw może chluśnij mojito big_smile) smile

 

#45 2018-03-22 17:23:34

Angela

Re: KUBA 2018 by texarkana

Texa - dawaj już tą Kubę dalej!!!! Jesteśmy w końcu w klimacie komunistycznym a wtedy dobranocki były codziennie ( a przynajmniej w Polsce wink  ) alejaja alejaja

 

Stopka forum

Napędzane przez PunBB, modyfikacja Fresh