Podróże, wakacje
Wakacje
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Singapur - porady, zwiedzanie i opis wakacji użytkownika krakowianka.

Wrzesień 2012
Marina Bay

Singapur to mała wyspa o powierzchni 712,4 km2, położona na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego. Jedno z najmniejszych oraz najzamożniejszych państw na świecie. Archipelag otaczają wody cieśniny Malaka z Morzem Płd. Chińskim. Miasto zostało założone jako brytyjska kolonia w 1819 roku przez przedstawiciela Kompanii Wschodnioindyjskiej Sir Stamforda Rafflesa. Przez miasto przepływa rzeka Singapur.

To miasto-wyspa kojarzyło mi się z ogromnymi wieżowcami królującymi nad miastem i czystością, którą opisywali podróżnicy. Przyszedł czas, że miałam zobaczyć go sama. Po pięciu godzinach lotu liniami Tiger Airways z Hanoi samolot zaczął powoli się obniżać. Ujrzeliśmy w lekkiej mgle najpierw dżunglę, morze i wreszcie wyspę wyłaniającą się w oddali. Samolot wylądował na Lotnisku Changi przy Terminalu 3 - tzw. Terminalu Budżetowym. Po dokładnej odprawie paszportowo-bagażowej kierujemy się do wyjścia. Tu znów czeka nas odprawa bagażowa i osobista. Bagaże na taśmę do sprawdzenia a my przechodzimy przez bramkę. Powoli z taśmy wyłaniają się plecaki. Moj duży już został prześwietlony. Jeszcze został mały plecaczek podręczny. W tym momencie celnik pyta czyj jest ten plecak pomarańczowo-czarny? Odpowiadam mój, coś nie tak? Celnik na to: proszę wszystko wyciągać!. Ludzie ścierpłam! Co takiego miałam co im się nie podobało? Wyjmuję po kolei rzeczy, ręce mi się trzęsły jak galareta, ale z drugiej strony byłam przekonana, że niczego nie dozwolonego nie przewożę. Po wyładowaniu wszystkiego celnik wziął do ręki napoczętą paczkę papierosów. Wszystko było jasne. Do Singapuru nie wolno wwozić papierosów. Jakimś cudem pomimo zdenerwowania udało mi się powiedzieć O Boże, przy tym jeszcze złożyłam ręce. Stałam i tak sobie myślałam: co zrobią. Mandat mi dadzą czy kierunek posterunek... Celnik wziął paczkę do ręki, popatrzył na mnie i spytał: czy to wszystko? Tak, to była tylko jedna chorobcia głupia paczka przez którą narobiłabym sobie bigosu... Oddal mi i pokazał, że mogę przejść. Uf! Podziękowałam i trzęsącymi rękoma zapakowałam majdan i jak najszybciej opuściliśmy budynek portu.

Ładnie zaczęłam pobyt w Singapurze pomyślałam sobie! Tym bardziej, że nie jestem nałogowym palaczem. Czasami na takich wyjazdach lubię sobie strzelić macha.
A tak na boku jest cala lista co można wywozić i wwozić do Singapuru - na stronie internetowej Singapurskiego Urzędu Celnego (www.customs.gov.sg).

Z Terminalu Budżetowego pojechaliśmy bezpłatnym autobusem na Terminal 2 i stamtąd wzięliśmy kolejkę MRT (mieści się w podziemiach) do miasta. Na lotnisku trzeba wymienić pieniądze, żeby móc kupić bilet. Automaty do zakupu biletów nie przyjmują kart kredytowych. Kupiliśmy bilety, wzięliśmy mapy z informacji i skierowaliśmy się do kolejki MRT. Przejazd do centrum miasta trwa ok 30 min. Nasz hostel mieścił się jakieś 15 minut jazdy kolejką od Marina Bay. Hostel czysty, ale pokoiki to małe kanciapy, w których oprócz piętrowego łóżka i małego stolika nie było nic. Miejsce tylko do umycia się i przespania. Typowy hostel dla plecakowcow za małą cenę.

My oczywiście zrzucamy plecaki, odświeżamy się i ruszamy na miasto. Pierwsze kroki kierujemy do Dzielnicy Kolonialnej. Zwiedzanie rozpoczynamy od Centralnej Dzielnicy Biznesowej. Do tego miejsca można dojechać MRT linią nr 9-pomaranczową, lub Linią nr 5-czerwoną. Po wyjściu na powierzchnię od razu orientujemy się, że nie będzie łatwo dla nas piechurów poznawać miasto. Singapur to jeden wielki plac budowy. Żeby dojść do jakiejś atrakcji turystycznej trzeba dojechać kolejką, a potem drałować kilometrami przez olbrzymie centra handlowe, w których jeszcze trzeba znaleźć odpowiednie wyjście. My po malej gimnastyce w centrum handlowym wyszliśmy pierwszym lepszym wyjściem i już będąc na powierzchni jakoś klucząc, omijając budowy doszliśmy spacerkiem do promenady nadmorskiej Queen Elizabeth Walk z której widzimy słynne singapurskie drapacze chmur, centrum sztuk i Theatre on the Bay, którego architektura porównywana jest do kolczastej łupiny owocu durianu i symbol Singapuru Merlion. Cała dzielnica jest oświetlona, kolory co chwilę zmieniają się, przy tym słychać z głośników delikatną muzykę. Stanęliśmy zauroczeni pośród szkła i metalu. Człowiek ma wrażenie, że znalazł się na innej planecie, w innym świecie, który jeszcze kilka miesięcy temu był nie realny... Singapur powiedział nam dzień dobry!

Idąc dalej spacerkiem doszliśmy do najstarszego i bardzo ekskluzywnego Hotelu Raffles, założonego przez braci Sarkies w 1815 r. Po rzuceniu jeszcze raz okiem na całą luksusową dzielnicę zwinęliśmy żagle w powrotną drogę do miejsca spoczynku.

Następnego dnia z samego rana idziemy zobaczyć Wyspę Sentosa - Wyspa Spokoju z zachodnim wybrzeżem. Jest to miejsce całkowicie zrobione przez człowieka z ogrodami, kinami, plażami i parkiem rozrywki. Kolejką MRT dojeżdżamy do stacji Harbour Front. Potem zamierzaliśmy na wyspę dojechać kolejka linowa, żeby zaoszczędzić na czasie i z góry zobaczyć panoramę miasta. Dosyć łatwo znaleźliśmy kasę biletowa kolejki linowej. Ale po zobaczeniu cen 27 dolców na osobę, nastąpił w tył zwrot. Stwierdziliśmy że wolnym spacerkiem dojdziemy na wyspę. Idzie się szklanym tunelem wśród kwiatów, świergotu ptaków. Jak chce się odpocząć, to można stanąć na chodniku elektrycznym, który dowiezie do bramy wejściowej. Tu wejście tylko 1 dolar, ale bez atrakcji. Po przekroczeniu bramy za wszystko trzeba płacić. My ogólnie pochodziliśmy po wyspie bez konkretnego planu zwiedzania. Ja osobiście chciałam zobaczyć ośmiometrowego Merliona i plażę z pagodami. Całe miasteczko jest zrobione w szkle i metalu z basenikami, fontannami w formie zjeżdżalni. Jednak największą przyjemnością jest plaża z palmami i widokiem na port z kołyszącymi się statkami, które czekają na wejście do największego portu kontenerowego naszego globu. Super miejsce do odpoczynku i relaksu, które znajduje się w bliskiej odległości od pracy. My tam zabawiliśmy małą chwilkę, czas gonił, i gorąc dawał się we znaki. Singapur ulokowany jest tuż nad równikiem i panuje tutaj wybitnie wilgotny klimat równikowy. Temperatura 33 C i 90% wilgotności. Jest ukrop dla nas. Cały czas człowiek wlewa w siebie hektolitry wody, a i tak za chwile chce się pić. Pot z człowieka leci cały czas. To dobra pogoda jak człowiek chce zbić parę kilogramów!!!!

Po Wyspie Sentosa pojechaliśmy obejrzeć Dzielnice indyjską Little India - Małe Indie. Dzielnica leży na wschodnim brzegu rzeki Singapore. Powstała z myślą o emigrantach z Indii, którzy w czasach kolonialnych przybyli do miasta. Sama dzielnica jest niezwykle kolorowa i wesołą. Można spotkać kobiety i mężczyzn ubranych w stroje narodowe, pokosztować typowej kuchni indyjskiej i nawąchać się przeróżnych aromatów korzennych potraw. W dzielnicy tej przy bocznej uliczce nieco schowany znajduje się stary meczet Abdul Gafoor, którego wejście jest kunsztownie udekorowane rytami i kaligrafią arabską. Można wejść do środka i zwiedzić. Pozwalają nawet wejść do sali modlitw. Kobiety przy wejściu dostają odpowiednią szatę i mogą przebywać w tej samej sali co mężczyźni. Oczywiście wchodzi się na boso.

Po meczecie zobaczyliśmy jeszcze świątynię Sri Veeramakaliamman od ulicy. Dziwne, ale była zamknięta i dla Hindusów i turystów. W świątyni czci się towarzyszkę Siwy, Kali. W tej dzielnicy jest jeszcze kilka innych świątyń do zobaczenia, ale odpuściliśmy sobie. Jedna podobna jest do drugiej. Wszystkie w kolorach pastelowych z przeróżnymi bożkami i zwierzakami.

Skoro zaliczyliśmy Male Indie to przyszła kolej na Dzielnicę chińską. Ośrodkiem dzielnicy jest teren przy South Bridge Road, obejmujący ulice Pagoda, Temple i Trengganu. Jak w każdej chińskiej dzielnicy ulice udekorowane były balonami; lampionami i papierowymi kwiatkami. Wszędzie pełno sklepików, restauracyjek i targów z chińszczyzną. W tej dzielnicy jest też parę świątyń hinduskich do zwiedzenia, meczet Jamae Chulia z minaretami stylizowanymi na pagody. Tego rodzaju chińskie wpływy występują w architekturze rzadko. Można zwiedzać. Ja powiem Wam, że nie miałam siły już wejść do środka, tym bardziej że znowu trzeba było ściągać buty, zakładać chałat. Lenistwo wzięło górę. Zostałam przed wejściem i przyglądałam się ulicznemu życiu. Z dzielnicy chińskiej jest bardzo blisko do Centrum Biznesu-Marina Bay, więc powolnym kroczkiem szliśmy jeszcze raz zobaczyć drapacze chmur i Merliona - mitycznej bestii z głową lwa i ciałem ryby, ale już w świetle dziennym.

Oj robi wrażenie ta architektura dwudziestego wieku. Tutaj się dopiero zauważa, że współczesny Singapur to dynamiczna, zróżnicowana metropolia i jedyne niepodlegle państwo - miasto obok Monako i Watykanu. Przyjemnie się spaceruje w tej części Singapuru pośród zielonych palm, kwiatów i czystych ulic. Tak czystych, aż za bardzo. To miasto jest sterylne. Palić nie wolno, chyba że w wydzielonych miejscach, jeść na ulicy nie wolno, za rzucenie papieru na ziemie słone kary, gumy żuć nie wolno itp. Jak jest tyle zakazów to i miasto błyszczy. Dla nas nowość i zarazem sztuczność. Ale wyspa-miasto ma w sobie potęgę i to przyciąga turystów z całego świata.

Komentarze:


Brak komentarzy.


Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Galeria zdjęć (liczba zdjęć: 57)

Lotnisko w HanoiiNasz samolotHotel RafflesMarina BayMarina Bay