Podróże, wakacje
Wakacje
Porada miesiąca: Zobacz jak tanio zarezerwować hotel! >>

Gruzja, raj przereklamowany - porady, zwiedzanie i opis wakacji użytkownika texarkana.

Lipiec 2012
Wieżyczka katedry Sioni.

Moja przyjaciółka - globtrotterka wróciła z Gruzji nie tylko zachwycona, ale w ogóle głęboko zakochana w tym kraju. Bo najpiękniejsze góry są właśnie tam. Bo najwspanialsze biesiady odbywają się w Gruzji. Najmilsi ludzie to Gruzini. Najlepszy ser na świecie? Oczywiście gruziński. Kuchnia w ogóle? Nie ma lepszej niż gruzińska. W Gruzji jest pięknie, ciekawie, smacznie i jeszcze do tego tanio. No cóż... poczułam, że muszę zaznać tych rozkoszy osobiście. I, niestety, dokonałam złego wyboru.

Po pierwsze, wybrałam nieodpowiednie biuro podróży. Owszem, za 2 tygodnie zwiedzania prawie calutkiej Gruzji z biurem Czajka Travel z Krakowa zapłaciłam około 4 tysięcy PLN (bez wyżywienia), więc nie tak znów drogo. Ale za to poznałam najgorszą pilotkę świata, Elenę, kłamczuchę, leniwca i mitomankę, i przekonałam się, że źle ułożony program zwiedzania plus Elena oznacza klapę. Zgodnie z zapowiedziami biura Czajka Travel mieliśmy poznać tę prawdziwą Gruzję, a nie tę na pokaz, dla turystów. Jednak okazało się, że coś takiego jak „prawdziwa Gruzja” albo w ogóle nie istnieje, albo jest dla naszej wycieczki niedostępna. Czajka Travel wodziła nas po koleinach wystukanych przez rzesze innych turystów. Widzieliśmy dokładnie to, co wszyscy i nic więcej. Jadaliśmy tam, gdzie wszyscy i, poza jednym wyjątkiem, nigdzie indziej. Nie byliśmy ani razu na prawdziwej suprze. Nikt nam nie zaśpiewał nawet jednej zwrotki gruzińskiej pieśni. Nikt nie zatańczył. I sypialiśmy w... ach, szkoda gadać!

Nie należy jednak sądzić, że moja ocena Gruzji jest negatywna wyłącznie z winy biura, czy nawet, patrząc szerzej, mediów, które ostatnio wzięły się za promowanie tego właśnie kierunku wakacyjnych wyjazdów.

Fakt, Gruzja jest przereklamowana. Po części dlatego, że właśnie podlega transformacji. Chce udowodnić światu, że jest krajem europejskim, cywilizowanym, godnym wciągnięcia na maszt niebieskiej flagi z wieńcem żółtych gwiazdek. Chce pokazać, że jest krajem samostanowiącym. Chce ostatecznie zerwać z komunistyczną przeszłością i postkomunistyczną teraźniejszością. Chce się odbudować w nowym kształcie. I dlatego jest jednym wielkim bałaganem, jednym wielkim placem budowy, jednym wielkim zamachem na Bogu ducha winnych turystów.

Wszędzie rusztowania, gruz i kurz - nawet na szlakach w Kaukazie nie ma odpoczynku od zapachów i dźwięków budowlanych. Oszustwo w handlu kwitnie - ceny dla turystów bywają kosmiczne, a towar lewy. Wcale nie jest tak tanio, średnio rzecz biorąc, jest drożej niż w Polsce. Gastronomia funduje zagranicznym gościom gorączki, biegunki, wzdęcia i wymioty - padają jak muchy, jeden po drugim, codziennie ktoś nowy. Zabytki liczne i cenne, bo bardzo stare, ale kubek w kubek takie same. Mylą się cerkwie, mylą monastyry, mylą twierdze. Po odwiedzeniu trzech budowli sakralnych ma się dość, już nic nowego człowieka nie spotka, nic nie zaskoczy. Po tygodniu zwiedzania jesteśmy znudzeni. Po dwóch tygodniach nie możemy odpowiedzieć na pytanie, co nam się najbardziej podobało. Wszystko się zlało, posklejało i wymieszało, jak jajka na jajecznicę wybite na gorącą patelnię.

Czy to wszystko oznacza, że nie polecam Gruzji jako miejsca na wakacje? Istotnie, chwilowo nie polecam. Myślę, że trzeba przeczekać okres transformacji, przeczekać tę wielką budowę, a potem pojechać do Gruzji jak do innych krajów, nie oczekując, że będzie tak serdecznie i tanio, jak głoszą reklamy. Kiedy? Powiedzmy, że najwcześniej za 10 lat... A teraz mogę polecić tylko moją galerię zdjęć.

Co warto zwiedzić?

O Gruzji wiem sporo, bo czytałam przewodniki, słuchałam opowieści przyjaciółki, surfowałam po Internecie, czytałam prasę, obejrzałam mnóstwo zdjęć. Dlatego program/trasę zwiedzania ułożyłabym inaczej niż marna Czajka Travel. Z rzeczy, które widziałam z Czajką, polecić mogę z czystym sumieniem:

Kompleks Monastyrów Dawid Garedża - na granicy gruzińsko-azerskiej, obecnie pilnowany przez gruzińskich żołnierzy, by nie przechwycił go Azerbejdżan (który ma chrapkę na taką pięciogwiazdkową atrakcję turystyczną). Historii klasztoru opisywać nie będę. Powiem tylko, że jest pięknie położony, a półpustynne krajobrazy wokół robią wrażenie chyba nawet większe niż same budowle. Wspinaczka stromą, urozmaiconą ruchomymi kamykami ścieżką na grań, z której roztacza się widok na Równinę Azerską, i którą wędruje się, by zaglądać co kilkanaście metrów do wykutych w skale pomieszczeń pokrytych malowidłami z X-XII w., jest warta potu, zadyszki, lęku przed obsunięciem się i poświęconego jej czasu. Skalny monastyr Udabno to cudeńko - wprawdzie zniszczone, ale wyobraźnia pracuje i podziw rośnie.

Monastyr Gelati w Kutaisi - założony w XII w., objęty patronatem UNESCO, zachwyca znakomicie zachowanymi malowidłami ściennymi w cerkwi. Jej wnętrze jest niezwykle kolorowe i świetliste, na długo pozostaje w pamięci i znakomicie wychodzi na zdjęciach.

Fontanna z Baranami w Kutaisi - warto się zatrzymać. Nie jest zabytkiem, ale jest na swój sposób piękna, przywodzi na myśl petersburskie pałace.

Monastyr Cminda Sameba pod Kazbekiem - sam monastyr nie jest specjalnie ciekawy, ale za to jak położony! Najlepiej wspinać się do niego stromymi skrótami przez niewiarygodne, kolorowe i pachnące łąki kaukaskie. Warto się spocić, zadyszeć i wleźć te 600 metrów w górę, żeby pobyć tam, niby wysoko - a jednak nisko, co uświadamia nam wyłaniający się od czasu do czasu zza chmur biały olbrzym - pięciotysięcznik Kazbek. Widok na ten wiecznie zaśnieżony szczyt jest powalający. Kto chce sfotografować Cminda Sameba w jego najbardziej fotogenicznej, pocztówkowej perspektywie, musi pójść kawałek w kierunku lodowca pod Kazbekiem. A schodzić do Kazbegi najlepiej serpentynami drogi, po której jeżdżą samochody Gruzinów proponujących podwózkę (za jedyne 30-50$).

Szlak do lodowca Gergetii pod Kazbekiem - przepiękny, pełen kwitnących różaneczników, wysokogórskich pejzaży i księżycowych krajobrazów, ale zdecydowanie trudny. Kilometrów do przejścia ze 20, a trzeba przy tym pokonać 1000 metrów deniwelacji w jedną stronę (i to tylko jeżeli się podjedzie jeepem pod Cminda Sameba, bo jeśli nie - to o 600 m więcej). Polecałabym go tylko osobom o świetnej kondycji, potrafiącym oprzeć się pokusie robienia zdjęć co trzy kroki (czas!) i z doświadczeniem górskim (trzeba przekroczyć rwący potok). Sama nie byłam, ale kilka osób z naszej wycieczki poszło. Do lodowca dotarły tylko dwie osoby, reszta zawróciła. Opowieści i zdjęcia były niesamowite. Lodowiec Gergeti jest piękny (choć - jak wszystkie lodowce - z wierzchu brudny).

Katedra Sweti Cchoweli w Mcchecie - katedra i jej miejskie otoczenie to jedyne naprawdę zadbane zabytki, jakie widzieliśmy. Świątynia zakonserwowana i odnowiona, teren wysprzątany, z kątów nie śmierdzi uryną, dokoła kawałek schludnego miasteczka (czyli zupełnie nie po gruzińsku). Ciekawy, stosunkowo bogaty interior z zagadkowym freskiem i wmurowanymi w posadzkę licznymi płytami nagrobnymi gruzińskich królów tudzież dostojników.

Skalne miasto Wardzia - tu jest dopiero co oglądać! Wykute w skalistej górze (i niestety potem zrujnowane) miasto zajmowało 13 kondygnacji, oryginalnie miało 6000 pomieszczeń i mogło pomieścić nawet 50 tysięcy osób. Było ukryte przed światem - życie toczyło się we wnętrzu góry, tam były mieszkania, sklepy, świątynie, apteki, fabryki wina. Po trzęsieniu ziemi pomieszczenia i uliczki się odsłoniły, ale można sobie wyobrazić to wszystko mroku wewnątrz skały. Podziemne miasta Kapadocji przy tym klękają.

Katedra Cminda Sameba w Tbilisi - powstała teraz, czyli już w XXI wieku. Samo wnętrze jest nieciekawe, ale z zewnątrz jej złożona sylwetka prezentuje się wspaniale, tak w dzień jak i w nocy. Jest to najwyższa budowla sakralna Gruzji - faktycznie, jej rozmiary robią wrażenie.

Łaźnie siarkowe w Tbilisi - opinie klientów na temat pobytu w łaźni i zabiegów pielęgnacyjnych są rozmaite i ze sobą sprzeczne (krążą słuchy, że obdziera się tam ludzi ze skóry), ale niewątpliwie z punktu widzenia samej architektury łaźnie są unikatem. Świetnie wyglądają z góry, ze wzgórza Narikała, i z dołu, z uliczek dzielnicy Abanotubani. Piękny jest też znacznie nowszy Dom Kąpielowy Orbeliani, zrobiony na modłę baśni z tysiąca i jednej nocy. Łaźnie są czynne latem do 1:00 w nocy.

Widok na Tbilisi ze wzgórza Narikała - twierdza Narikała nie jest specjalnie urodziwa, choć to z pewnością cenny zabytek. Ale dla rzutu oka z góry na stolicę Gruzji warto wejść na wzgórze, i to nawet dwa razy: w dzień i nocą. Zresztą, niekoniecznie trzeba wylewać pot, można wjechać kolejką linową, tu akurat bilet kosztuje śmieszne grosze. Niektóre wagoniki mają szklaną podłogę, co wzmacnia doznania, a wrażliwych może przyprawić o zawał. Kto ma lornetkę, albo dobrego zooma, może obejrzeć sobie ze wzgórza wiele znaczących budowli gruzińskiej stolicy, a nawet pokontemplować niektóre pomniki.

Swanetia - tu wpisane na listę UNESCO dwie miejscowości: Mestia i Uszguli. Mestia nas wprawdzie odrobinę rozczarowała (koszmarny plac budowy i zlep stylów architektonicznych, niedostatek knajpek), ale z drugiej strony nocny widok na to miasteczko z kilkudziesięcioma podświetlonymi wieżami mieszkalno-obronnymi może doprowadzić do bezdechu. Natomiast wycieczka do Ushguli to wspomnienia na całe życie. Zostawia trwały ślad w psychice - trudno powiedzieć, czy z powodu piękna tego miejsca, czy może dojazdu. Wizyta w dzikiej krainie Swanów i gór Kaukaz poprzedzona jest 3-godzinną jazdą na odcinku 40 km (sic! - droga przez góry jest troszkę kręta i nieco wyboista, potrzebny 4WD i duuużo czasu, w tym 30 min na zdjęcia tu i ówdzie oraz na studzenie silnika).

Szlak do lodowca Chalaadi w Mestii - szlak nie jest aż tak piękny jak ten pod Kazbekiem, a sam lodowiec nie tak okazały jak lodowiec Gergeti, ale za to może nim przejść przeciętny piechur. To kilkanaście kilometrów w obie strony, trzeba podejść około 400-500 metrów w pionie, ale idzie się dobrze, dopiero ostatni odcinek jest trudniejszy, ponieważ trzeba pokonać około 1 km po polu głazów, których się nie da obejść i trzeba przechodzić z jednego na drugi. Ale jest nagroda. Błękit lodu w „bebechach” lodowca i huk wypływającej spod niego rzeki robi wielkie wrażenie. Jak to się dzieje, że tyle się tego lodu topi (stąd bierze się rwąca rzeka), a lodowiec wciąż istnieje? Niestety, nasz przewodnik, młody gruziński chłopak, nie potrafił powiedzieć po angielsku nic poza „please” i „drink water”, a po rosyjsku w ogóle nie mówił, toteż nam nie odpowiedział na to pytanie.

Natomiast nie warto zawracać sobie głowy słynnym miastem Batumi i w ogóle plażami nad Morzem Czarnym. Miejscami ruina i brud, miejscami komercja. Owszem, przyjemnie jest spędzić wieczór w jednej z kafejek na plaży, ale poza tym w Batumi nie ma nic nadzwyczajnego. Jedynie Ogród Botaniczny jest wart czasu i pieniędzy. Wiele osób odwiedza batumski bazar, ale jest tam tylko jedzenie. Można tam kupić gruzińską (ponoć) herbatę, przyprawy - jak na mój gust, źle przechowywane i zwietrzałe, okropny, gorzki jak piołun miód kasztanowy, owoce, warzywa i ser. Ale żadnych pamiątek.

Podobnie jest z miastem Stalina, Gori. Samo miasto po prostu nieciekawe. A słynne Muzeum Stalina to ciąg sal pałacowych obwieszonych fotografiami. W gablotach stosunkowo nieliczne pamiątki po „tatusiu”. Kto w obecnej epoce nie czytał nic nt ZSRR i jej „Słoneczka”, może się dowie kilku interesujących szczegółów od przewodnika oprowadzającego po salach (a może nie - to zależy od przewodnika). Ale kto się orientuje w historii nowożytnej, wyjdzie stamtąd rozczarowany, zwłaszcza, że bilet kosztuje aż 15 lari, czyli jak na Gruzję - drogo. Jedynym naprawdę fajnym eksponatem jest... autentyczny dom, w którym urodził się Wódz. No i może jeszcze wagon kolejowy, którym Wódz podróżował. Muzeum ma zostać podobno przerobione na Muzeum Ofiar Stalinizmu - może wtedy będzie ciekawsze.

Porady i ważne informacje


  1. Żeby sobie urozmaicić i upiększyć pobyt w Gruzji, należy zrezygnować z części zabytków, które są do siebie podobne kubek w kubek, a za to udać się na łono natury. Z relacji innych osób lub lektury wiem, że rewelacyjny jest trekking w Tuszeckim Parku Narodowym (coś w stylu Swanetii, góry piękne jak raj, z wioskami na końcu świata i wieżami), wulkan błotny i krajobrazy Waszlowańskiego Parku Narodowego, oraz fragmenty deszczowych lasów Parku Narodowego Mtirala (okolice Batumi). Ciekawe są autentyczne ślady dinozaurów w Rezerwacie Sataplia (okolice Kutaisi). Ja pojechałabym także z przyjemnością do Dmanisi, gdzie znajduje się teren wykopalisk paleo-archeologicznych i jest muzeum ewolucji człowieka. W Dmanisi dokonano na przełomie XX i XXI wieku sensacyjnego odkrycia nowego, nieznanego dotąd kopalnego gatunku człowieka, nazwanego Homo georgicus (Gruzja to Georgia). Jedynym zabytkiem, który zalśnił nam wspaniale nad miastem, i którego nie pozwolono nam zwiedzić, była twierdza Acalcyche. Na podstawie tego, co widziałam, przypuszczam, że warto.
  2. Żeby zminimalizować ryzyko zatrucia pokarmowego (o co niezwykle łatwo w Gruzji z powodu niskiego poziomu higieny), należy popaść w obsesję mycia rąk i wszystkiego, co zamierzamy zjeść na surowo. Trzeba też uważać na sery, bo mogą nieźle zagrać na jelitkach. Dobrze jest codziennie „zdezynfekować” przewód pokarmowy colą lub kieliszkiem czaczy (aczkolwiek czacza może też zaszkodzić, jest to ostatecznie bimber). W naszej grupie wycieczkowej codziennie ktoś padał na biegunkę i/lub wymioty tak, że był wyłączony ze zwiedzania. Chyba najgorsza jest pod tym względem kuchnia domowa u gospodarzy na agrokwaterach oraz w małych, rzadko uczęszczanych knajpach na uboczu.
  3. Żeby móc poznać gruzińską kuchnię od tej dobrej strony, należy spróbować:
    • chaczapuri (coś a la pizza z serem a la feta na ciepło);
    • chinkali (coś a la nasze pierogi z różnymi farszami);
    • pchali (kulki warzywne, m.in. z botwinki, z mielonymi orzechami);
    • charczo (zupy mięsnej);
    • bakłażanów z pastą orzechową;
    • kiszonych ogórków z papryką i kiszonych pomidorów;
    • arbuzów i melonów;
    • świeżych pomidorów (rewelacja, co za aromat);
    • chleba puri lub (coś pysznego, masa chrupiącej skórki);
    • gruzińskich orzechów (przepyszne, unikalne, coś a la dorodne fistaszki o smaku brazylijskich);
    • czurczcheli (orzechów oblanych gumiastym glutem winogronowym, całość wygląda jak woskowa świeca i jest przysmakiem dzieciarni);
    • pastii (kwaśnych owoców rozwałkowanych na cieniutkie placki i wysuszonych, bardzo orzeźwiające).

    Jest jeszcze masa innych specjałów, np. szaszłyki mięsne i warzywne, kiszony czosnek w główkach, czebureki - wielkie smażone pierogi z różnymi nadzieniami, kubdari - placek z mąki z mięsem jagnięcym na ostro, kebabi - pieczone, podłużne kotlety z mielonego mięsa z przyprawami, czy różne unikalne zupy (np. zupka z kapusty, głowizny i mirabelek), ale to już wedle uznania.
  4. Żeby zaznać smaku gruzińskich napojów, trzeba spróbować:
    • wód mineralnych Bordżomi i Nabeghlawi (tylko na zimno!);
    • lemoniady ziołowej (wygląda jak „Ludwik”), waniliowej, gruszkowej i cytrynowej;
    • czaczy (najlepiej góralskiej, takiej o 75 stopniach, co się zapala płomieniem);
    • wina domowej roboty.

    W tych czterech punktach satysfakcja NIE JEST gwarantowana, ale to bardzo gruzińskie drinki. Wina domowej roboty nie można przechowywać - kto kupi, niech od razu skonsumuje. Ale nie wiem, czy warto kupować. Z reguły są „krzyżowką” wina z octem.
  5. Żeby uciec od dymu papierosowego... nie można zrobić nic. Gruzini palą jak smoki wszędzie, na ulicach, w hotelach, w restauracjach (tylko w metrze nie). Nie zawsze są sale dla niepalących. A papierosy są nawet... w menu każdej szanującej się knajpy.
  6. Żeby jeździć własnym autem po gruzińskich drogach, należy uzbroić się w cierpliwość i dobre resory. Drogi są niebywale dziurawe i jeszcze do tego kręte. Na tzw. Gruzińskiej Drodze Wojennej jest odcinek prawie bez asfaltu, gdzie nisko zawiedzone samochody z pasażerami nie mają szans, a tak w ogóle to powinno się jeździć amfibiami. Nie należy też zapomnieć o środkach przeciw chorobie lokomocyjnej, bo na większości tras trzęsie i kręci jak w bębnie pralki. Z kolei w korkach miejskich można się w aucie upiec. Wszystko zależy od indywidualnej wytrzymałości, ale jeśli lato oznacza 40 stopni w cieniu, to pewnie większości z nas przydałaby się klimatyzacja.
  7. Żeby nie zostać okradzionym, najlepiej trzymać wszystko, co ważne na własnym ciele pod bielizną. Włamania do samochodów są częste, więc uwaga! Parkingi bywają strzeżone, ale generalnie trzeba pilnować - siebie i auta. Ja zawiesiłam swój otwarty portfel w busie na oparciu siedzenia przede mną. Zrobiłam tak, bo w plecaku wylała mi się cola. Wyjęłam wszystkie banknoty, rozłożyłam portfel i chciałam dać mu trochę czasu. Na 5-minutowym postoju w Kutaisi ktoś przechodzący obok busa musiał wykorzystać sekundę mojej nieuwagi (nie wysiadałam), wsadzić łapę przez okno i ściągnąć „fant”. Złodziej się nie obłowił, były tam tylko nędzne moniaki i żadnych dokumentów czy kart. Ale przykrość była, bo to portfel z Houston, może i odpustowy (jaskrawobłękitny w kolorowe żaby z gumy), ale pamiątkowy i doskonały do trzymania banknotów.
  8. Żeby nie zostać oszukanym przez kelnerów (lub sprytną pilotkę wycieczki), nie należy wierzyć w opowieści, że gruzińska obsługa klientów restauracji nie rozumie i nie akceptuje sytuacji, w której każdy konsument (lub każda rodzina) płaci za siebie. Należy prosić o menu (zawsze jest!), sprawdzać cenę każdej potrawy i napoju, prosić o wspólny rachunek na cały stół, a potem robić zrzutkę uwzględniając napiwek. Nasza pilotka Elenka nie dopuszczała nas do karty dań, nie podawała cen, sama wszystko zamawiała, a potem sumę na rachunku dzieliła na ilość osób (nie wliczając w to siebie ani kierowcy, co nie było w porządku, ponieważ w koszt wycieczki w ogóle nie wchodziło wyżywienie). Sumy na rachunkach musiały być zawyżane (w czym zorientowaliśmy się dopiero potem, jak nabraliśmy orientacji w cenach), tak że niewykluczone, że zarabiała na tym również kelnerka.
  9. Żeby się nie spalić, należy stosować codziennie krem z dobrym filtrem i nie oszukiwać siebie samego, że „to tylko krótki spacer częściowo w cieniu”. Latem słońce jest mordercze. Okulary, coś na głowę i mnóstwo picia to rzeczy niezbędne. Kto to zlekceważy, pożałuje. Poparzone nogi, brzuchy, nosy, ramiona i karki przeszkadzają w smakowaniu życia.
  10. Żeby w ogóle mieć jakiś fun z tej Gruzji, nie wolno tam pojechać z biurem Czajka Travel z Krakowa, bo to cwaniaki i partacze.

Komentarze:


marinik
2015-09-21


Wlasnie wrocilem z Gruzji - impreza biura Czajka Travel - Gruzja Kompleksowo. Mielismy innego pilota, a i obecna trasa jest minimalnie inna od tej, która była realizowana 3 lata temu. Nie będę się wdawal w polemikę z texarkana, ale nie mogę nie zareagować - bo jej negatywne odczucia sa zupełnie nieobiektywne i z sposób niesprawiedliwy przedstawiają biuro w czarnym swietle - nawet jeśli pilotka była niewypalem. Nie rozumeim jednego - po co texarkano decydowalas się na ten wyjazd i na co liczylas?

oscar
2015-08-23


Nie byłem z czajką, ale w ub roku byłem w Gruzji. Mam podobne wspomnienia. Do Gruzji nikt mnie nie zaciągnie przez najbliższe 10 lat

kamillord
2012-11-25


hehehehe dobre komentarze ;)

myszka
2012-11-25


Hm może ja też dorzucę moje 3 grosze. Wg mnie drogi Konzo - texarkana wykazała się odporna na krytykę, wzięła udział w dyskusji z klasą, pozdrowiła zarówno zwolenników jak i przeciwników Gruzji, nikogo nie obraziła w przeciwieństwie do kilku anonimowych wypowiedzi, które na jej temat były niezbyt pochlebne, i nie usunęła nieprzychylnych komentarzy. Mimo dość negatywnych odczuć opisanych w podróży to przynajmniej wiem czego mogę się spodziewać jeśli będę planowała wyjazd do Gruzji. Zachęcił mnie opis podróży oraz zdjęcia. Jak kangur napisał kto się tam wybiera i tak pojedzie i nic tego nie zmieni. Lubię wyzwania i uważam, że nie wszystko musi się wszystkim podobać. Tak jak texarkanie i jej k0leżance wymieniły opinie na + i - i dalej żyją w zgodzie. Uważam również, że TM po to właśnie są, żeby dzielić się wszystkimi opiniami a nie tylko tymi pozytywnymi. Preferuję rzetelną informację. Wolę same negatywy, ale szczere niż, fałszywe zadowolenie. Gratuluje TM za ujęcie się za koleżanką bo mimo, że nie znam osobiście mogę powiedzieć, że wiem z kim mam do czynienia jeśli chodzi o kangura, piea, czy texarkana za to niestety Konzo i spółka nic mi nie mówi. Przyznaję, że pierwsze co zrobiłam po przeczytaniu ich wypowiedzi to zerknęłam na ich profil celem zobaczenia ich podróży i opisów, niestety nie było mi to dane. Po prostu nic nie znalazłam. Dzięki za możliwość wypowiedzenia się. Pozdro dla wszystkich

konzo
2012-11-13


To że jestem zadowolonym klientem powyższego biura oburzonym takim artykułem to jeszcze nie znaczy, że jestem agentem biura. Ale rozumiem, że najłatwiej wszystko tłumaczyć teorią spiskową. A autorka pisząc taki krytykujący artykuł czemu sama nie jest odporna na krytykę...? To było do przewidzenia, że po taki artykule o Gruzji posypie się fala krytyki osób oczarowanych Gruzją.

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Galeria zdjęć (liczba zdjęć: 240)

Tbilisi spod SoboruTbilisi - Sobor Sw TrojcyCminda Sameba - wnętrzeTbilisi w pigułceCentrum TbilisiCentrum Tbilisi