Oferty dnia

Włochy - WYSPY LIPARYJSKIE: z wizytą u Boga Eola - relacja z wakacji

Zdjecie - Włochy -  WYSPY LIPARYJSKIE: z wizytą u Boga Eola

Cały jeden dzień z naszego i tak zbyt krótkiego pobytu na Sycylii przeznaczyliśmy na znajdujący się po sąsiedzku wulkaniczny archipelag Wysp o dwóch nazwach, bowiem Wyspy te nazywane są Liparyjskimi i jednocześnie Eolskimi - znanych jako - wietrzna siedziba mitologicznego boga wiatru Eola, ale to mityczny król Lipar gościł u siebie boga wiatrów Eola (i stąd też druga nazwa wysp).

Cały archipelag położony na morzu tyrreńskim liczy kilkanaście wysepek, chyba jest ich łącznie siedemnaście, z czego dziesięć zupełnie malutkich, a tylko siedem z nich jest w zasadzie wymienianych jako zbiór tych większych wysp; są to: Lipari, Vulcano, Salina, Stromboli, Panarea, Filicudi i Alicudi.

Obecnie na terenie wysp znajdują się 2 czynne wulkany, jeden z nich znajduje się na Stromboli, a jest najbardziej aktywny ze wszystkich, średnio co 25 minut z jego wnętrza wyrzucany jest pył; jest niezwykle widowiskowy szczególnie nocą. Drugim równie aktywnym wulkanem jest ten na Vulcano, dymi oparami siarki i wyrzuca z siebie niewielkie gejzery lawy i bomby kamieni; ostatnia większa erupcja miała tu miejsce z 15 lat temu.

Warto wspomnieć, że Wyspy Liparyjskie od 2010 roku są wpisane na listę Unesco w kryterium Przyrodniczym, jako rzadko spotykany przykład kształtowania i niszczenia wysp przez bezustanne procesy wulkaniczne.

Oczywiście jeden krótki dzień nie pozwoli nam poznać wszystkich wysepek, ale przynajmniej dowiedziałam się na miejscu, że jest możliwość zorganizować sobie tutaj kiedyś osobny urlop i zamieszkać np. w jednym z malutkich hoteli na Lipari i wtedy móc cieszyć się swobodą i czasem przeznaczonym na poznawanie kolejnych wysp przez kolejne dni naszego tutaj pobytu.

Kto wie....? może to jest jakiś pomysł na nieszablonowe wakacje....? może więc kiedyś to zrealizujemy...? ale tyle mamy już w planach tych wszystkich ciekawych miejsc na świecie na kiedyś, że ten pomysł odłożymy raczej na bliżej nieokreślony termin, czyli coraz bardziej odległą emeryturę :))(ja jeszcze mam „tylko” prawie 18 lat do roboty, a potem w końcu zasłużona wolność :)) i brak kasy na wyjazdy :)).

Wróćmy jednak na ziemię: my skorzystaliśmy tu na miejscu z jednej z wielu ofert jednodniowych wycieczek, których opcji do wyboru jest sporo: najbardziej kusiła wycieczka: 3 wyspy: Lipari, Stromboli i Vulcano, ale po 1 godzince na każdej z wysp, a reszta czasu na morzu wydała mi się nieco bez sensu; więc odpuściliśmy sobie Stromboli, do którego dotrzemy może kiedyś z Kalabrii, gdzie płynie się krócej, bowiem Stromboli jest najdalej od Sycylii oddaloną wyspą archipelagu, za to leży nieco bliżej włoskiej Kalabrii.

Wybraliśmy więc opcję wycieczki: dwie wyspy, podczas której odwiedziliśmy: największą Lipari i sąsiednią Vulcano.

W ciągu tego dnia czasu starczyło i tak w zasadzie tylko na pobieżne rozejrzenie się po wysepkach , ale ten właśnie jeden dzień wystarczył aby zakochać się w tym niesamowitym krajobrazie.

Zapraszamy Was więc na krótką wycieczkę po Lipari i Vulcano.

Żeby dostać się na promy i szybkie łodzie wypływające na Wyspy najpierw trzeba dotrzeć do Milazzo- miasteczka w zachodniej części Sycylii, gdzie z portu do Lipari (to największe miasto archipelagu o tej samej nazwie co sama wyspa) wypływają wszelkiej maści łodzie na wyspy. ; my musimy przebyć dość spory kawałek drogi z Cefalu ( to jakieś 150 km), więc czas potrzebny na dotarcie do Milazzo to prawie 2 godziny; kolejne 2 godziny płynie się z Milazzo do Lipari szybką łodzią motorową; a więc cała „operacja” jest dość czasochłonna i wymaga niestety wczesno-porannej pobudki:). Ale potem jest już tylko coraz piękniej.

Podczas podróży łodzią można wykupić sobie krótki objazd po wyspie z przewodnikiem (ogłoszenia przez megafon nadaje obsługa łodzi w kilku językach (w tym i po polsku)). Można też samodzielnie poszwędać się po miasteczku, ale wysepka to nie tylko samo Lipari, a czasu na dotarcie wszędzie pieszo, mimo niewielkich rozmiarów wyspy- po prostu nie starczy; decydujemy się więc na taki objazd, który trwa ok 1,5 godziny, a potem mamy jeszcze tyle samo czasu wolnego.

Naszą wycieczkę rozpoczynamy od urokliwego miejsca zwanego Quattroocchie czyli w wolnym tłumaczeniu: dwie pary oczu, a ta dziwna nazwa wzięła się po prostu od konieczności posiadania dwóch par oczu aby ogarnąć całą tutejszą panoramę na niezwykłej urody Faralioni - to wystające z morza bazaltowe głazy.

Ten mały region tutaj to Quattropani, którego nazwa pochodzi od 4 rodzajów chlebków wyrabianych przez lokalesów. Fajne są te tutejsze nazwy:), już mi się podoba.

W tym miejscu próbujemy smaczne miejscowe specjały, różne winka Malvasia i wspaniałe przekąski, takie jak arancini i brucchetta eolska - szczerze polecam, bo są naprawdę pyszne.

Całą Lipari porastają tu dość bujnie opuncje i kapary nazywane lokalnie - Orchideą Eolską. To właśnie tutaj zbocza porasta też pewne rozsławione na cały świat zioło o lokalnej nazwie vermouth (czyli po prostu piołun), który wszyscy dobrze znacie, bo wyrabia się z niego słynne Martini oraz lokalne trunki. Co ciekawe, wysokie stężeniu esencji tego ziela, działa jak opium; można więc chwilowo sobie odpłynąć nie tylko po morzu :).

Rośnie tu też dość powszechnie bergamotka pysznogłówka, której zapach rozgniecionych świeżych listków łudząco przypomina ....herbatę earl grey. Podobno używano jej kiedyś do podróbek tej herbaty, ale naprawdę pachnie tak intensywnie earlgreyem, że niczego nie musi udawać :).

Zauważyłam, że roślinność jest tu bujniejsza niż na Sycylii; zieleń jest zieleńsza; a czerwień kwiatów intensywniejsza, nawet owoce i warzywa mają tu bardziej intensywny kolor i smak. To zasługa żyznej wulkanicznej gleby na której wszystko tutaj rośnie zdrowo i obficie, a dzięki całorocznemu nasłonecznieniu, Lipari cała pokryta jest winnicami i produkuje się tu unikalne i doskonałe wino Malvais di Lipari. Do zakupu tego winka zachęcają informacje, że jest ono produkowane w coraz mniejszych ilościach ze względu na zmniejszającą się ilość tutejszych rolników-winiarzy uprawiających tu winorośl. Można więc powiedzieć, że to wino jest już takim liparyjskim endemitem, podobnie jak wspomniany wcześniej rosnący tu kapar - storczyk liparyjski.


Tutaj wszędzie widać mnóstwo obsydianu i pumeksu, które wydobywa się tu metodą odkrywkową. Przejeżdżamy obok lśniących czernią w piękne pasiaste wzory głazów obsydianu i odkrytych pokładów pumeksu, ba, całych wielkich kamieniołomów! ; sprzedawcy mają nawet dla wielbicieli skamielin i geologów-amatorów kawałki lśniącego szkła wulkanicznego.

Kolejnym przystankiem na trasie naszej wycieczki są północne zbocza wyspy, gdzie zatrzymujemy się popodziwiać przecudne widoki na pobliską Salinę i sąsiednie małe Alicudi i Filikudi; a po prawej dumnie wystaje z morskiej otchłani równiuteńki jak z obrazka Stromboli, choć jest słabo widoczny. Gorąc dnia, bryza morska i wilgotność powietrza często powoduje tutaj mglistą aurę, dlatego dalej położone wyspy są widoczne zawsze zamglone; bardzo rzadko w ciągu dnia zdarza się tu „klarowne, przejrzyste” powietrze idealne dla fotoamatorów.


Stąd zmierzamy na zachód wyspy; po drodze podziwiamy widoki; Dalej przemierzamy północną część wyspy, podziwiając malownicze okolice Acquacalda z malowniczymi, kamienistymi plażami; zatrzymujemy się w ciekawszych miejscach, w urokliwym Porticello, gdzie wody sa najbardziej lazurowe jakie widziałam tu na Wyspach i na Sycylii.

W końcu docieramy do malutkiego miasteczka Canneto; to senna osada w malowniczej zatoczce z urokliwymi, kamienistymi plażami. Wracamy już do Lipari, gdzie mamy czas wolny aż do odpłynięcia promu. Jest to niestety najgorętszy moment dnia; słońce grzeje niemiłosiernie a żar lejący się z nieba nie zachęca już do dalszego zwiedzania.

Czas, który nam tu pozostał pozwolił jedynie na pobłąkanie się po zacienionych uliczkach, pobuszowanie trochę po sklepikach w celu zakupu tutejszych specjałów i na przerwę w jakiejś przyjemnej knajpce. Wracając do portu wchodzimy na chwilkę do ciekawego kościółka stojącego dosłownie prawie na wodzie - to maleńki Kościół Dusz Czyśćowych (Chiesa delle Anime del Purgatorio), jest tam na scianie kościoła ustawiona fajna makieta przedstawiająca scenki z życia liparyjskich rybaków; a napis nad frontonem kościoła głosi, że to Szopka Morska:);

Nasz prom wypłynął z Lipari o umówionej godzinie i wyruszyliśmy w stronę Vulcano, podziwiając po drodze niesamowicie wielkie skalne głazy, malownicze twory wypiętrzające się z morza, zwane tu Faraglioni.

Dopływając na Vulcano, czuć tę wyspę już z daleka:)). Co wrażliwsi mogą tu mocno wykrzywiać nosy, bo jak śmierdzi siarka..., jak śmierdzi duuuużo siarki ....większość z Was pewnie wie:).

Zapach zgniłych jaj będzie nam tu więc towarzyszył przez kolejne 2 godziny, jakie tu mamy zabawić, a momentami śmierdzi naprawdę dość boleśnie:)).

Na tej wyspie nie ma architektury, nie ma zabytków, kościołów, twierdz, itd..,nie ma żadnych miasteczek, urokliwych uliczek, marin jachtowych ani niczego takiego jak na pobliskiej Lipari. Na tej wyspie podziwia się naturalne piękno wulkanicznego krajobrazu.

Docieramy do niewielkiego Porto di Levante, niewielkiego porciku, gdzie przybywają statki kursujące między wyspami.

Vulcano widokowo jest wyspą dość surową i srogą. Nie ma tu soczystej zieleni, żadnych upraw ani kolorowego kwiecia, a wzdłuż jednej głównej drogi mija się ciąg sklepów, sklepików, małych pensjonatów, hotelików i knajpek, ale za to wszędzie wokół gdzie wzrokiem sięgnąć roztaczają się przed nami żółte od siarki góry i skalne twory-potwory zastygłe z lawy; gdzieniegdzie widac opary fumaroli i błotne bajorka z gorącą ale zdrową siarkową mazią.

Dla chętnych jest tu dziś opcja wejścia na jeden z kraterów wyznaczonym szlakiem, gdzie widoki na cały archipelag z pewnością są przepiękne, ale czasu jest już na to niewiele, a upał jest niemiłosierny.

Nie chcąc więc zamienić przyjemnego spaceru, jakim powinien być trekking z założenia - w jakiś dziki galop - rezygnujemy z tej przyjemności i idziemy sobie do basenów błotnych gdzie można potaplać się w siarkowym, gorącym błocku jak hipcie:)).

Błotne kąpiele w tutejszych basenach termalnych są ponoć bardzo zdrowe i zbawienne dla skóry; kiedyś się już taplałam w czymś podobnym w Turcji, tym razem jednak odpusciłam:)), głównie ze względu na brak gumowych butów, bez których wejście do bulgocącego i gorącego błota jest raczej niemożliwe, a niektóre miejsca są tu naprawdę bardzo gorące, widać gołym okiem jak z dna uwalniają się gorące pęcherzyki gazu; jednak jest tu sporo chętnych na zdrowotne kąpiele W tej siarkowej wodzie ale i w co tu dużo mówić: okropnym smrodzie, a ludzie głównie stoją, brodzą sobie, kucają, trochę się zanurzają.

Można też iść sobie na kilka czarnych wulkanicznych plaż, które nie są wcale aż takie bardzo czarne jak mówią przewodnicy (jak np. te na Teneryfie) tylko raczej w kolorze grafitu; te na Teneryfie to była czerń diabelska:), ale piasek na tutejszych plażach, mimo, że znacznie jaśniejszy parzył tak samo dotkliwie, jak ta kanaryjska sadza:)).

Szczerze mówiąc po wulkanicznych eskapadach na Teneryfie, Lanzarote i dopiero co odwiedzonej Etnie chwilowo nie mam jakiegoś specjalnego parcia na wulkany:)) i jakoś ten trekking na tutejszy krater spływa po mnie jak po kaczce zupełnie bez żalu:).

Ale mimo „przesycenia” wulanami pewnie jeszcze kiedyś popodziwiamy wulkaniczne, marsjańskie krajobrazy na Wezuwiuszu ( bo wybieramy się jeszcze w ten region Włoch, na Costa Amalfitana), ale tym razem może niekoniecznie.

Do wszędobylskiego i gryzącego tu w oczy intensywnego odoru siarki idzie się tu nawet przyzwyczaić; więc Ci co przyjeżdżają tu na kilka dni dla zdrowotnych kąpieli w tutejszym błotku- na pewno już nie czują tego gryzącego smrodu.

I tak upłynął nam kolejny dzień; z Vulcano płyniemy jeszcze 2 godziny do portu w Milazzo, a stamtąd kolejne 2 godzinki do Cefalu, do którego docieramy już na późną kolację.

Wyspa Vulcano może nie powala urodą, ale z pewnością jest ciekawa; przede wszystkim jest inna w swym żółtym, siarkowym majestacie, w dymiących fumarolach i w bulgocących gorących błotnych jeziorkach.

I to by było na tyle z naszej liparyjskiej przygody.

Będąc na Sycylii na pewno warto wybrać się na te wysepki, choćby dla samego zobaczenia czegoś innego i spędzenia relaksującego dnia na morzu...; a widoki malowniczych skalnych głazów wystających z morza z pewnością nikogo nie pozostawią obojętnym.

Na Wyspach Liparyjskich marzy nam się jeszcze wyprawa na Stromboli nocą, żeby popodziwiać niezwykły, iskrząco-ognisty spektakl naturalnych fajerwerków wypuszczanych przez ten groźny i niespokojny wulkan, który można tu podziwiać na tle nocnego nieba w czasie takich właśnie nocnych wycieczek; ale to będzie raczej możliwe dopiero przy okazji pobytu na kalabryjskim wybrzeżu, do którego być może kiedyś mam nadzieję jeszcze dotrzemy....

Szukasz wycieczki? Zobacz nasze propozycje wakacji we Włoszech:
Autor: piea / 2015.06
Komentarze:

piea
2015-11-13

Sworny, może dla Ciebie tak.... dla mnie i pewnie większości Liparyjskie to Liparyjskie, a Sycylia to inna bajka, choć blisko :)

Sworny
2015-11-11

Jak dla mnie, to chyba raczej Sycylia... :)

danutar
2015-11-08

Twoja interesująca relacja przypomniała mi moją wycieczkę na Wyspy Liparyjskie sprzed 12 lat. Z tym, że ja popłynęłam z Kalabrii. Mnie również zamarzyła się wycieczka na Stromboli nocą. Może kiedyś, jak będę na Sycylii, którą jak dotąd tylko w niewielkiej części zobaczyłam...
Ech, marzenia!
Twoja galeria bardzo piękna. Pozdrawiam.

krakowianka
2015-08-18

Ciekawa relacja i opis.Zreszta jak zawsze. Zdjecia robia wrazenie.Tylko kiedy to wszystko zwiedzic???

oscar
2015-08-13

Na Liparyjskich nie byłem. Z przyjemnością obejrzałem zdjęcia.
Dzięki

piea
2015-07-29

Aniu, ciężki wybór:) polecam i jedno i drugie:) bez względu na kolejność oba miejsca urzekają niezwykłą urodą i klimacikiem..., choć są tak różne....

Ania_M
2015-07-28

Ala, kusisz tymi relacjami i mam tylko dylemat Sycylia czy Toskania....