Oferty dnia

Kenia - Mombasa - relacja z wakacji

Zdjecie - Kenia - Mombasa

„Dla wielu podróżników Afryka jest obiektem pożądania, miłości od pierwszego wrażenia, miejscem przebudzenia i ponownych narodzin” (John Hemingway).

Chyba każdy z nas pamięta ze swego dzieciństwa powieści przygodowe. Któż z nas nie był Stasiem ze strzelbą na ramieniu spacerującym po sawannie? Któż z nas nie był rozbitkiem na bezludnej wyspie wraz z bohaterami Verne'a? Któż z nas wreszcie nie marzył w głębi serca by tam być w tych miejscach? Do dziś wiele z miejsc poznanych w tamtych czasach ma dla mnie wydźwięk niemal baśniowy. Mombasa, Krzyż Południa, Słupy Karnaku, tajemnicze królestwo Mali. Świat czeka by go odkryć. W lutym 2009 roku udało mi się spełnić jedno z takich dziecięcych fantazji. Wybrałem się do kolebki ludzkości, do ojczyzny czerwonych słoni, do świata, który powoli niestety przemija i można go jeszcze tylko odnaleźć na kartach XIX-wiecznych książek.

Moja przygoda to safari w Kenii. Po prawdzie stasiową strzelbę zamieniłem na aparat fotograficznych, ale zapewniam, że wrażenia bardzo podobne. Po całonocnym locie wylądowaliśmy w Mombasie. Nie wiem, może tylko ja to tak odbieram, ale już sama nazwa Mombasa ma posmak arabskich przypraw, barwy kości słoniowej i dźwięki murzyńskich bębnów. To już przygoda sama w sobie. Niestety po wylądowanie część czaru prysł jak bańka mydlana. Nasz transfer z lotniska do hotelu biegł co prawda Barack Obama Road, ale poprzez prawdziwe slumsy choć trzeba przyznać, że kolorowe. Jak to w dawnych koloniach bywa, społeczeństwo jest wymieszane trochę tu jeszcze ostało się potomków europejskich farmerów, którzy nadal stanowią jakby miejscową arystokracje; jest tu bardzo duża kolonia Hindusów sprowadzonych przez Anglików do budowy Wschodnioafrykańskiej Linii Kolejowej biegnącej z Mombasy poprzez Nairobi aż do brzegów Jeziora Wiktorii; jest dosyć duża grupa Arabów pamiętająca jeszcze czasy gdy Mombasa była głównym ośrodkiem handlu przyprawami, kością słoniową i niewolnikami; i są tu wreszcie rdzenni mieszkańcy, Masajowie, Kikuju czy Tamburu, by wymienić te najbardziej znane plemiona. Każda z tych grup ma swoją religię, swoje stroje. I przyznać trzeba, że tylko europejczycy wypadają bezbarwnie i nudnie.

Ale wracajmy do tematu. Przekroczyłem po raz pierwszy w życiu równik. Co prawda na wysokości kilku tysięcy metrów ale zawsze się liczy prawda? Gdy jedzie się do Kenii jedzie się z dwóch powodów: bogata historia i jeszcze bogatsza przyroda. I Kenia spełnia te oczekiwania nieomal na każdym kroku. Mombasa to niesamowity miks wpływów europejskich: portugalskich i angielskich, arabskich i chińskich. Co do przyrody zaś, to jest tak jakby Zoo i ogród botaniczny przyszedł do nas. Baobaby, drzewa kiełbasiane, najróżniejsze gatunki palm, kwiaty jakich nigdy nie widziałem jeszcze, jaszczurki przechadzające się po ścianie, stado małp nawiedzających hotel w poszukiwaniu jedzenia, dziwne odgłosy nocnych zwierząt.

Z mojego pobytu chciałbym opisać trzy epizody. Safari w Tsavo, Safari w lesie deszczowym Shimba Hills oraz zwiedzanie Mombasy.

Pierwsze odbyło się dwudniowe safari w Parku Narodowym Tsavo East.
Dzień pierwszy. A raczej jeśli mam być dokładny dzień przed-pierwszy, w środku nocy, zostaliśmy zbudzeni i zawleczeni w półsennym transie na śniadanie. Po śniadaniu zostaliśmy zapakowani przed kierowcę do takiej śmiesznej małej Toyoty i dalej w półśnie ruszamy w dzicz. Tak na marginesie kierowca musiał być do tego przyzwyczajony bo poszło mu z nami całkiem sprawnie i bezstresowo. Gdybym tego nie przeżył nigdy bym nie uwierzył. Na sawannie dzień budzi się prawie w oka mgnieniu. Jest ciemno i 5 minut później słońce wychyla swoją wielką tarczę znad horyzontu. Jeszcze mamy dobre 2 godziny jazdy do parku a dla nas już się safari rozpoczęło.

Sawanna zaczyna się w gruncie rzeczy zaraz za granicami miasta i im dalej na zachód, w głąb lądu, tym bardziej sawanniasto. W trakcie jazdy widzieliśmy wielkie stada bydła wypasanych przez masajskie dzieci ubrane w tradycyjne stroje. Widzieliśmy tukany przelatujące z jednego drzewa owocowego na drugie. Widzieliśmy taki rodzaj kaktusowatej rośliny, którą widziałem u babci w Polsce ale, która tutaj przybrała postać sporego drzewa. Nim wjechaliśmy na teren parku zatrzymaliśmy się na picie, pamiątki i by nasz kierowca-opiekun mógł przygotować auto. Jak się okazało ta śmieszna mała Toyota miała podnoszony dach, tak więc każdy z nas mógł wygodnie stać w aucie i spokojnie przepatrywać się sawannie w poszukiwaniu kolejnych okazów zwierząt do „fotograficznego odstrzału”. I uwierzycie...pierwszym zwierzęciem, które zobaczyliśmy w Parku to masajskie krowy? Pełno ich tam. Ale już dalej w głąb parku zarówno flora i fauna zaczęła się robić coraz bogatsza.

Jedziemy śmiesznym autkiem po czerwonej drodze w poszukiwaniu trofeów. Do lunch’u mamy jeszcze jakieś dwie godziny. Kierowca ciągle gada przez SB-radio. Zaczyna nas to powoli wkurzać bo on tu gadu-gadu a my jak na razie tylko masajskie krowy widzieliśmy. Ale jak się okazało rozmawiał z innymi kierowcami gdzie i jakie zwierzęta się pojawiły. Dosyć szybko zresztą zaczęliśmy napotykać zwierzęta znane z Zoo czy z programów TV z Krystyną Czubówną w tle. Widzieliśmy gigantyczną jaszczurę czającą się na szczycie kopca termitów. Widzieliśmy stado słoni. Widzieliśmy gigantyczne stado (oceniane przez naszego kierowcę na 300 sztuk) bawołów. Ścigaliśmy się przez jakieś 300 metrów z głupim strusiem, który za wszelką cenę chciał przekroczyć drogę przed autem a nie za autem. Widzieliśmy sekretarze dostojnie kroczące poprzez morze traw w poszukiwaniu węży. W końcu zbliżyła się pora jedzenia. Po niedojedzonym i przespanym śniadaniu, po kilkugodzinnej jeździe po wertepach byliśmy głodni jak wilki. Na lunch udaliśmy się do przepięknie położonego lodge’a tuż nad niewielkim jeziorkiem. Po lunchu, kawie, papierosku i odpoczynku nad basenem udaliśmy się na dalsze łowy.

Przed lunchem, gdy słońce grzało niemiłosiernie nawet zwierzęta się chowały w cieniu. Lecz późnym popołudniem, gdy słońce obniżyło swe loty, gdy czuło się rześkie powietrze, gdy cienie się wydłużyły; sawanna ponownie budziła się do życia. Zwierzęta kierowały się do wodopojów, drapieżniki udawały się na łowy a ciekawskie ludziki na cudowne plenery. To popołudnie obfitowało w zwierzynę. Mijaliśmy stado żyraf i zebr. Widzieliśmy tapiry, pawiany i różne antylopy. W trakcie ostrzeliwania jednego ze stad słoni kierowca kazał nam usiąść i trzymać się mocno bo jedziemy zobaczyć lwy. Faktycznie, jazda z szybkością 50 km po tych wybojach była makabryczna. Ale udało nam się, widzieliśmy rodzinę lwów. Lwice leżały w cieniu małego drzewka na niewielkim wzniesieniu i obserwowały toczące się poniżej życie. Im więcej śmiesznych Toyot przyjeżdżało tym bardziej lwice robiły się niespokojne i w końcu powoli i statecznie skryły się w gąszczu traw i ciernistych krzewów.

Wieczorem gdy zaczynało już zmierzchać, mieliśmy bliskie spotkania ze słynnymi Czerwonymi Słoniami Tsavo. Rezerwat Tsavo jest jedynym miejscem na świecie gdzie można zobaczyć różowe słonie. Barwę taką słonie nabierają od jadowicie czerwonej ziemi. Rodzina słoni przechadzała się jakieś 150 metrów od naszego autka. Nie budziliśmy ich ani ciekawości ani niepokoju, po prostu byliśmy innym dziwnym zwierzęciem. Gdy zrobiło się już ciemno pojechaliśmy do naszego lodge’a na nocleg. Wcześnie rano ponownie zostaliśmy zapakowani i wysłani na sawannę. I moim zdaniem ten dzień był najlepszy. Poza pospolitymi bawołami, słoniami, żyrafami czy gazelami udało nam się zobaczyć polujące gepardy. Widzieliśmy je w odległości może dwóch sporych skoków od autka. Gdyby przyszło im do głowy, by nas zaatakować byłoby po nas. Nim kierowca wydostałby strzelbę, nim udało by nam się zamknąć dach naszej puszki, bylibyśmy nieźle poharatani. Co prawda gepard by się raczej nie przecisnął przez szparę w otwartym dachu, ale na pewno mógłby nas dosięgnąć pazurami. I chyba dlatego ten dzień był inny. Spotkanie z gepardami, świadomość ich bliskości, braku krat klatki i taki nieopisany stan bezpośredniości kontaktu to nam pozwoliło uświadomić sobie, że jesteśmy w sercu czarnej Afryki, jesteśmy na sawannie, gdzie to my musimy chronić się w „klatce” a zwierzęta są wolne, niezależne i bardzo niebezpieczne.

Kilka dni później udałem się na safari po lesie deszczowym na wzgórzach Shimba. Po poprzednim safari, które obfitowało w zwierzynę i ciekawe ujęcia fotograficzne, to safari wydawało się mało interesujące. Roślinność bujna. Zieleń aż bijąca po oczach. I od czasu do czasu przemykająca antylopa czy samica tapira z grupką warchlaków. Ale i tu zdarzały się cudowne momenty. Gdy stoimy na niewielkiej polanie, i słyszymy, że coś przedziera się przez las, coś łamie gałęzie i przewraca drzewka. Coś się zbliża. I w pewnym momencie na polanę wydostają się trzy słonie leśne, tak samo zaskoczone naszą obecnością jak my ich. Innym przeżyciem był lunch w nadrzewnym lodge’u położonym, a raczej zawieszonym nad wodopojem, do którego nieustannie schodził spragniony zwierz. Jedliśmy pyszne owoce morza, a pod nami widoczny między szczeblami balustrady spacerował smok, wielgachna jaszczura. I wszystko to z odgłosami baraszkujących w wodzie hipopotamami w tle. Niestety nie udało nam się zobaczyć nosorożca. Jest ich tak mało, że każdy osobnik ma swojego osobistego opiekuna i strażnika. Za zabicie hipcia odpowiada się w Keni jak za zabicie człowieka.

Wizyta w Mombasie jest przygodą z Historią, jest powrotem na karty ulubionych książek podróżniczych, jest spełnieniem egzotycznych marzeń. Mombasa to w miarę nowoczesne miasto z biurowcami, centrami handlowy i bazarami. Ale jednocześnie jest to miasto pełne przeciwieństw, każdy kto władał Mombasą w przeszłości pozostawił coś po sobie. Dla nas Mombasa na zawsze już pozostanie w pamięci serią klatek fotograficznych. Mombasa to średniowieczny bazar wonności, przypraw i egzotycznych owoców. Mombasa to hinduska świątynia ku czci boga, którego imienia nie jestem w stanie nawet wymówić, gdzie chodziliśmy boso i gdzie widzieliśmy znak swastyki w jej pierwotnym, dobroczynnym znaczeniu. Mombasa to przepiękna rozpadająca się starówka, to portyki domów misternie zdobione na arabską modłę. Mombasa to stary port rybny, w którym i dziś są wyładowywane kutry. Mombasa to położony centralnie na wejściu do portu stary portugalski Fort Jesus, który został wzniesiony by chronić handel żywym towarem raczej niż bronić miasto przed pirackimi napadami. Fort Jesus jest doskonałym przykładem meandrów mombaskiej historii. Portugalski fort zwieńczony blankami wzniesionymi przez sułtanat Zanzibaru, z tablicą nad wejściem głoszącą Brytyjski Protektorat Wschodnioafrykański proklamowany w lipcu 1895 roku. A nad tym wszystkim powiewająca flaga współczesnej Kenii.

Dla nas Mombasa to słynne słoniowe kły nad jedną z głównych arterii miasta, wzniesione w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku by uczcić wizytę Księżniczki Elżbiety, lecz, których ta nigdy nie zobaczyła bo w międzyczasie została królową i musiała wracać do swojego królestwa. Mombasa to rejs po porcie na pokładzie autentycznej arabskiej łodzi morskiej dhow. Mombasa to wzgórze, na szczycie którego znajdował się park baobabów. Mombasa wreszcie to park Bamburi z hodowlą krokodyli, ze starym hipciem, czarną mambą w terrarium z gigantycznym żółwiem i palmą, której liście rosły splątane jak warkocze.

Nie będę pisał jakiegoś wielkiego zakończenia. Podzielę się z Wami słowami Beryl’a Markham’a: „Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj (...). Jest tym czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom.” ...i co tu dużo pisać. Tak właśnie jest.

Planujesz wakacje? Zobacz nasze propozycje wycieczek:
Autor: Valion / 2009.02
Komentarze:
Brak komentarzy.